Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reforma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reforma. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 maja 2017

Spokojnie, to tylko reforma edukacji

Dziś, mam nadzieję, że nie tylko dla nabrania oddechu, najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Może te skojarzenia nie są najbardziej uprawnione, ale kiedy wczoraj dotarł do sieci ten film, gdzie grupa gimnazjalistek próbuje zatłuc na śmierć swoją koleżankę, a reszta dzieci im w tym przedsięwzięciu kibicuje, pomyślałem sobie, że to jednak będzie w temacie.


Ostatnio, raz za razem, i jak się zdaje coraz intensywniej, powraca do nas kwestia reformy edukacji, jaką najpierw w kampanii wyborczej Prawo i Sprawiedliwość nam obiecało, a dziś konsekwentnie realizuje. Napięcie wokół owego tematu zostało podgrzane do takiej temperatury, że pojawiają się wręcz żądania rozpisania w tej sprawie ogólnokrajowego referendum. Tymczasem fakty są takie, że w rzeczy samej tak naprawdę, cokolwiek byśmy mówili dobrego o działaniach rządu Dobrej Zmiany, jakkolwiek byśmy nie bronili premier Szydło i jej ministrów, jeśli się na poważnie wsłuchać w słowa, które do nas docierają na temat szkoły, jaką dostaniemy w wyniku wprowadzanej reformy, to tam tak naprawdę nie ma nic. I ja się obawiam, że nie ma nic nie dlatego, że minister Zalewska jest zbyt leniwa, głupia, lub tym bardziej ma złe intencje, ale dlatego, że polska szkoła to coś, co się może już tylko zwijać i nawet zespół najwybitniejszych i najbardziej oddanych sprawie specjalistów nic tu nie pomoże.
Rzecz bowiem polega na tym, że poziom poszczególnych szkół nie dość że nie zależy od sposobu, w jaki system edukacji jest zorganizowany, od tego, czy nasze dzieci będą chodzić do podstawówki przez sześć, siedem, osiem lat i czy ich starsi bracia, czy siostry będą się przygotowywać do matury trzy, czy cztery lata, to w dodatku na ów poziom nie mają wpływu choćby i sami nauczyciele, bo oni akurat są wszyscy mniej więcej tacy sami, a wraz z upływem lat raczej gorsi niż lepsi. To czy szkoła jest dobra, czy zła, zależy wyłącznie od poziomu reprezentowanego przez uczniów, a ten z kolei zależy wyłącznie od indywidualnych, często wrodzonych, talentów, od domu rodzinnego, wychowania przez rodziców, od Kościoła, od kolegów z jakimi się spotykają, czy wreszcie od inspiracji, jaką czerpią z filmów, książek, czy piosenek. A zatem to, czy uczeń jest dobry, czy zły też nie zależy od nauczyciela, z tego prostego względu, że nauczyciel jedyne co może zrobić, to ucznia zepsuć, a i to praktycznie tylko w teorii.
Półtora roku temu doszło w Polsce do politycznej zmiany warty. Tak zwani „nasi” objęli władzę i, jak możemy to oglądać każdego dnia, wstrząsy, jakie po tym wydarzeniu nastąpiły, nie ustają. Przeciwko nowej władzy protestują praktycznie wszystkie środowiska, z nauczycielami niemal na pierwszym miejscu. Otóż ja mam dla nich wiadomość, która powinna ich uspokoić. Rzecz w tym, że nie ma najmniejszych powodów do obaw. Po pierwszych zawirowaniach wszystko wróci do normy, a wy nadal będziecie mogli robić to, co umiecie robić najlepiej, czyli w pokojach nauczycielskich obgadywać uczniów, sprawdzać klasówki oraz zadania domowe, no i oczywiście z większym lub mniejszym sukcesem udawać srogich. No i byłbym zapomniał. W momencie gdy tylko ZNP da sygnał do podjęcia obywatelskiej aktywności, będziecie mogli zorganizować kolejny nauczycielski protest.

PS. Ponieważ film z owego ataku, prawdopodobnie w trosce o dobre imię III Gimnazjum im. Jana Pawła II w Gdańsku i jego młodzieży, przez youtube został usunięty, wesprzyjmy solidarnie ten gest i pokażmy, że tam tak naprawdę dzieje się przede wszystkim dobro. Jak zresztą w większości polskich gimnazjów.




Przypominam, że nasza księgarnia została otwarta pod nowym adresem i w całkowicie nowej witrynie. Zachęcam serdecznie; basnjakniedzwiedz.pl

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Nie pozwólmy zadusić polskiej szkoły

      Jak nam od pewnego czasu donoszą media, dziś prezydent Duda ma podjąć decyzję odnośnie podpisania, ewentualnie zawetowania ustawy o zmianach w systemie edukacji. Z tej oto okazji chciałbym dziś przypomnieć swój stary, bo jeszcze z marca 2012 roku, tekst, w którym pisałem o tym, jak polska edukacja, pod czujnym okiem władzy Platformy Obywatelskiej, umiera. Dziś już nie pamiętam, jaki miałem ogólny nastrój w marcu roku 2012, kiedy jednak dziś na nowo wracam do tamtego tekstu, wydaje mi się, że na ów klimat beznadziei musiały mieć wpływ jakieś dziś już zapomniane przez nas polityczne wydarzenia. W każdym razie, kiedy wygląda na to, że po tych wszystkich ciemnych latach odzyskaliśmy szansę na autentyczną naprawę tego, co III RP zdążyła w tak spektakularny sposób spieprzyć, grzechem byłoby owej naprawie przeszkadzać. Mam nadzieję, że prezydent Duda ma tego świadomość.


      Weekendowa „Rzeczpospolita” opublikowała właśnie tekst poświęcony czemuś, co zostało, dziś już chyba z 10 lat temu, nazwane reformą systemu edukacji, i co wraca do nas z każdym rokiem w postaci nie reformy, lecz jakichś przedziwnych ruchów, które zamiast reformować, powodują tylko kolejne wstrząsy. I stopniową zapaść całego systemu.

       No i oczywiście „Rzeczpospolita”, dokładnie w swoim stylu, odpowiednim do tego typu sytuacji, zamiast zwrócić uwagę na sedno problemu, kieruje nas na stary – i skutecznie wypróbowany – tor rozważań, na temat tego, czy to co się w polskiej szkole dzieje, budzi protesty środowiska, bo nauczyciele, tak jak każda korporacja, dbają tylko o własną kieszeń, czy może za tymi niepokojami stoi zwyczajny lęk o dalszy spadek jakości nauczania? Czy jest tak, jak mówi były szef MEN Edmund Wittbrodt – dziś oczywiście człowiek Platformy Obywatelskiej – że „każde środowisko protestuje, kiedy burzy się porządek, do którego się przyzwyczaiło”, czy może rację ma ów anonimowy nauczyciel z Krakowa, który wyraża obawę, że w nowym systemie uczniowie „zupełnie zbagatelizują naukę tych przedmiotów, których nie wybiorą jako rozszerzonych”? Czy wreszcie, jak alarmują dyrektorzy szkół, zmiana programu nauczania sprawi, że wielu nauczycieli straci pracę, czy może bardziej należy wierzyć jakiemuś Andrzejowi Jasińskiemu z czegoś, co się nazywa Ośrodkiem Rozwoju Edukacji, który zapewnia, że wprawdzie na poziomie ogólnym liczba godzin niektórych przedmiotów się zmniejszy, ale wszystko się wyrówna w ramach późniejszych specjalizacji?

      I tak się toczy ta niby-debata, a tymczasem, jak już wspomniałem na początku, system edukacji systematycznie się rozpada. I to z powodów całkiem niezależnych od tego, co powie któryś z dyrektorów, czy jakiś urzędnik zatrudniony w jednym z tych absurdalnych urzędów tuczących się na polskiej szkole. A początek przecież, trzeba przyznać, nie był całkiem niedorzeczny. Pomysł, by skrócić podstawówkę z ośmiu do sześciu lat, miał zdecydowanie ręce i nogi. Nie trzeba przecież wybitnego umysłu, by rozumieć, że 7 i 8 klasa, a więc 14 i 15-latki, to dzieci zdecydowanie za duże, żeby chodzić do tej samej szkoły co 7-latki. I że trzymanie ich dzień w dzień, przez całe lata, w tym środowisku, w dodatku w towarzystwie tych nauczycieli, ich wyłącznie, i to pod każdym możliwym względem, demoralizuje.

       A więc zaproponowany system 6 + 3 + 3 mógł być z pewnością dobrym rozwiązaniem. Jednak sens tego rozwiązania mógłby być odpowiednio rozpoznany pod jednym warunkiem, że po skończeniu szkoły podstawowej, małe dzieci staną się dziećmi dużymi, a więc gdyby po szóstej klasie 13 latki przechodziły w doroślejszy system nauczania. Niestety, wbrew, jak się domyślam, planom jakie mieli autorzy tej reformy, polskie gimnazja nigdy nie miały okazji pełnić owej funkcji pośredniego ogniwa między podstawówką dla małych i liceum dla dużych; skracać pobyt w szkole dla małych, do 13 roku życia i przygotować do pobytu w szkole dla dużych, od 16 roku życia.

     Gimnazja działające przy liceach – tyle że niestety bardzo nieliczne – akurat starają się to robić, i z nienajgorszym skutkiem, co widać po wynikach, ogólnej postawie i stopniu dojrzałości swoich absolwentów. Tyle że są to gimnazja pojedyncze, najczęściej specjalistyczne, a więc przeważnie z oddziałami dwujęzycznymi, do których w dodatku dzieci przyjmowane są na podstawie wewnętrznych egzaminów. No i bardzo dobrze. Myślę zresztą, że tak to właśnie miało, przynajmniej w teorii, wyglądać w całej Polsce: 13-latki będą podlegały edukacji bardziej zbliżonej do tej, jakiej podlegają 18-latki, niż tej, która obejmuje dzieci 7 czy 9-letnie.

      Oczywiście, może też być tak, że kiedy postanowiono wprowadzić gimnazja, akurat nikt nic sobie szczególnego nie myślał, ani tym bardziej nie planował. Mogło się zdarzyć, że gdzieś ktoś coś usłyszał, pomyślał, że właściwie czemu nie, i tyle. Że od samego początku nikt nawet nie brał pod uwagę, że gimnazja zostaną wyodrębnione ze szkół podstawowych, i że one będą pełniły jakąkolwiek inną funkcję poza posiadaniem tej swojej nazwy. A może któryś z tych urzędników pomyślał, że kiedyś były gimnazja, więc niech i dziś, w nowej Polsce, też będą? Wszystko jest możliwe.

      Nieważne. To co się liczy, to fakt, że owe gimnazja generalnie, co widać po 10 latach od czasu jak się pojawiły, zaczęły żyć własnym życiem, stając się czymś całkowicie – zakładam dobrodusznie – niezamierzonym. A więc przede wszystkim przedłużeniem podstawówek, wylęgarnią młodocianych przestępców i polem nieustannego użerania się nauczycieli z uczniami, i odwrotnie. Miałem okazję przed kilkoma laty pracować zarówno w takim, które było przerobioną podstawówką i w takim, które zostało podczepione do liceum. Różnica jest wręcz niewyobrażalna. Oczywiście, dzieci są tylko dziećmi i oczywiście są różne wszędzie. Jednak nigdzie tak jak w tym typowym osiedlowym gimnazjum, nie widać było tak wyraźnie, że to jest dalej ta sama podstawówka, tyle że akurat gdzieś wywiało maluchy. Dlaczego tak się dzieje? To oczywiste. Te szkoły są za duże, bez żadnego oblicza – a przez to wszystkie takie same – i oczywiście obowiązkowe dla wszystkich, bez jakiejkolwiek preselekcji, z identycznym dla wszystkich egzaminem końcowym.

      Pamiętam 15 latków przychodzących do liceum 10 lat temu, i pamiętam te podstawówkowe dzieci, jak stawały się niemal dorosłą młodzieżą po dwóch czy trzech miesiącach pobytu w liceum; tyle im było potrzeba żeby się przestawić na doroślejszy system w szkole. Na samodzielne robienie notatek, na elementarną odpowiedzialność za własne zaniedbania, lenistwo czy nieobecności, na porzucenie nawyku uciekania się do oczywistych kłamstw jako wymówek itd. Teraz do liceum przychodzą dzieci 16 letnie, i kiedy można by się było spodziewać, że ów dodatkowy rok, jaki uzyskały dzięki trzem latom w gimnazjum, pozwoli im wejść w ten nowy świat z większą powagą i przygotowaniem, okazuje się, że wszystko poszło w dokładnie przeciwnym kierunku. Ich podstawówkowe nawyki zostały tylko lepiej utrwalone, a przez to, że wiek 15-16 lat to czas naprawdę szczególny, stały się też znacznie trudniejsze do wyprostowania, i teraz często nawet semestr, nawet rok, do tego nie wystarcza. I tę zmianę widzi każdy w miarę doświadczony nauczyciel.

      I teraz wchodzimy w coś, co zostało nazwane reformą podstawy programowej. Od września 2012 owa fikcja w postaci gimnazjów, które miały stanowić wspomniane przez mnie wcześniej ogniwo na drodze do dorosłości, a stały się bezsensownym i nie służącym niczemu przedłużeniem podstawówki, zamiast ulec poważnej naprawie, została tylko wzmocniona i jakby oficjalnie zatwierdzona. Przypomnę bardzo krótko, o co w tej reformie chodzi. Myśl jest mianowicie taka, że skoro młodzież uzyskuje tak fantastyczne wykształcenie ogólne w podstawówkach i gimnazjach, a nam, w nowych, jakże wymagających czasach, trzeba przede wszystkim specjalistów, prawie całe nauczanie ogólne będzie się odbywało w podstawówkach i gimnazjach, natomiast licea zajmą się niemal już tylko kształceniem wspomnianych fachowców. I znów, oczywiście, być może miałoby to sens, gdyby gimnazja można było uznać za sukces. Bo w teorii wszystko do siebie pasuje: trzy lata kształcenia ogólnego w gimnazjum + rok ogólnego kształcenia w liceum + dwa lata na specjalizację. A więc cztery plus dwa – wszystko wygląda rozsądnie. Tyle że teoretyczne założenia wzięły w łeb pewnie z powodu (oczywiście!) braku pieniędzy na przebudowanie szkół, ich zmniejszenie itd., a więc czegoś, co było pierwszym i być może podstawowym warunkiem sukcesu.

      A więc co będziemy mieli? Dokładnie to co napisałem wyżej, tyle że jeszcze gorzej. Bo w momencie, gdy te biedne dzieci nabiorą podstawowej ogłady, by wziąć się wreszcie do prawdziwej nauki, okaże się, że czas już minął. I w efekcie, pojawi się cała armia 19 latków, którzy ani nie będą umiały liczyć, ani pisać, ani mówić, którzy będą się snuły po ulicach, bez pracy, bez jakiegokolwiek sensu w życiu i bez jakichkolwiek perspektyw. I proszę mi nie mówić, że ja przesadzam i dramatyzuję. Już jest bardzo źle.      Niedawno w tej samej „Rzeczpospolitej”, w której dziś czytam ten kompletnie pusty tekst, nawet nie wiadomo po co i dla kogo, Robert Mazurek rozmawiał z pewną panią doktor z Uniwersytetu Warszawskiego, która ma zajęcia ze studentami dziennikarstwa. I w tej oto rozmowie, skarżyli się właściwie oboje, że ci właśnie młodzi ludzie, pragnący w przyszłości zostać dziennikarzami, systematycznie nie są w stanie rozpoznać nawet najbardziej pospolitych polskich frazeologizmów, takich jak „posypać głowę popiołem”, czy „gdzie dwóch się bije” i takie tam. I to są studenci dziennikarstwa. I proszę mi teraz powiedzieć, na jakiej zasadzie mamy wierzyć, że studenci budownictwa, medycyny, psychologii, matematyki, czy elektroniki są lepiej przygotowani?

      Oto prawdziwy problem. Pewnie, że nauczyciele boją się, że stracą pracę, czy choćby nawet tylko część godzin. Może akurat my angliści mniej niż fizycy, matematycy, czy poloniści, ale tu też przecież nie jest łatwo. Strach przed kryzysem jest powszechny. I wcale nie dotyczy tylko nauczycieli. Życie jest coraz trudniejsze, koszty utrzymania rosną, przyszłość jest bardzo, bardzo niejasna. Nikt nie jest spokojny. W tej sytuacji, uważam za wyjątkową bezczelność ze strony tych, którzy w tak bezmyślny sposób psują polską szkołę, pokazywanie palcem na nauczycieli i ogłaszanie, że oto mamy kolejną korporację, z jej antyspołecznymi pretensjami. Że polski rząd stara się wreszcie uczynić ten system wydajnym i i bardziej przystosowanym do nowych wyzwań, a tymczasem grupa leniuchów, dla swoich prywatnych interesów, gotowa jest wysadzić w powietrze tak potrzebną reformę. Oczywiście dobrze się tego typu argumentów słucha, zwłaszcza gdy samemu się jest produktem tego nieszczęsnego systemu. Nie zmieni to jednak faktu, że w rzeczywistości o żadnej reformie mowy nie ma, i że tu wcale nie chodzi o nauczycieli. Oni zresztą akurat, wbrew tej propagandzie, nigdy za wiele nie mieli. Problemem jest polska szkoła, która zwyczajnie umiera.

      Ktoś pewnie mi teraz powie, że łatwo jest mi tak się tu oburzać i tylko krytykować tych co, co by o nich nie mówić, przynajmniej próbują coś robić. A czy ja mam jakieś propozycje? Ale przecież ja je tu przedstawiłem. Niech już zostanie ten system. Niech te gimnazja sobie będą. Tyle że bez podjęcia przez państwo pewnego wysiłku – również finansowego – co do tego, by z gimnazjów zrobić prawdziwe szkoły dla dzieci, które już za chwilę staną się dorosłe, nie ma w ogóle o czym mówić. To już lepiej było tego nie ruszać i zostawić tamtą 8-letnią podstawówkę sprzed lat i cztery lata liceum z fakultetem w dwóch ostatnich klasach. Lub ewentualnie, skoro koniecznie trzeba coś zmieniać, wrócić do tego co mieliśmy w dawnej Polsce, a więc do systemu 6 letnich, lub jeszcze lepiej, 5-letnich – czyli obowiązkowo do 18 roku życia – gimnazjów, zorganizowanych na takiej zasadzie, że będą się mieściły jak najdalej od lokalnych szkół podstawowych. Dziecku, które weszło w 13 rok życia, powie się, że jest już dużym chłopcem – dziewczynkom akurat mówić tego nie będzie trzeba, bo one same dobrze to wiedzą – a teraz marsz do gimnazjum, do nauki! No ale żeby to skutecznie przeprowadzić, trzeba wiedzieć, po co się to robi i z jaką perspektywą. A więc trzeba mieć na sercu polską szkołę i polskiego ucznia… no i może przede wszystkim samą Polskę.

       No właśnie. Polskę. Za cokolwiek się wziąć, na końcu i tak pojawia się Polska. A więc znów odbyliśmy sobie taką akademicką pogawędkę, wywołującą najwyżej wzruszenie ramion.


       Niezmiennie przypominam, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl   są do kupienia moje książki. Polecam gorąco.

niedziela, 4 marca 2012

Toyahowa: Komu potrzebna jest polska szkoła?

Weekendowa „Rzeczpospolita” opublikowała właśnie tekst poświęcony czemuś, co zostało, dziś już chyba z 10 lat temu, nazwane reformą systemu edukacji, i co wraca do nas z każdym rokiem w postaci nie reformy, lecz jakichś przedziwnych ruchów, które zamiast reformować, powodują tylko kolejne wstrząsy. I stopniową zapaść całego systemu.
No i oczywiście „Rzeczpospolita”, dokładnie w swoim stylu, odpowiednim do tego typu sytuacji, zamiast zwrócić uwagę na sedno problemu, kieruje nas na stary – i skutecznie wypróbowany – tor rozważań, na temat tego, czy to co się w polskiej szkole dzieje, budzi protesty środowiska, bo nauczyciele, tak jak każda korporacja, dbają tylko o własną kieszeń, czy może za tymi niepokojami stoi zwyczajny lęk o dalszy spadek jakości nauczania? Czy jest tak, jak mówi były szef MEN Edmund Wittbrodt – dziś oczywiście człowiek Platformy Obywatelskiej – że „każde środowisko protestuje, kiedy burzy się porządek, do którego się przyzwyczaiło”, czy może rację ma ów anonimowy nauczyciel z Krakowa, który wyraża obawę, że w nowym systemie uczniowie „zupełnie zbagatelizują naukę tych przedmiotów, których nie wybiorą jako rozszerzonych”? Czy wreszcie, jak alarmują dyrektorzy szkół, zmiana programu nauczania sprawi, że wielu nauczycieli straci pracę, czy może bardziej należy wierzyć jakiemuś Andrzejowi Jasińskiemu z czegoś, co się nazywa Ośrodkiem Rozwoju Edukacji, który zapewnia, że wprawdzie na poziomie ogólnym liczba godzin niektórych przedmiotów się zmniejszy, ale wszystko się wyrówna w ramach późniejszych specjalizacji?
I tak się toczy ta niby-debata, a tymczasem, jak już wspomniałem na początku, system edukacji systematycznie się rozpada. I to z powodów całkiem niezależnych od tego, co powie któryś z dyrektorów, czy jakiś urzędnik zatrudniony w jednym z tych absurdalnych urzędów tuczących się na polskiej szkole. A początek przecież, trzeba przyznać, nie był całkiem niedorzeczny. Pomysł, by skrócić podstawówkę z ośmiu do sześciu lat, miał zdecydowanie ręce i nogi. Nie trzeba przecież wybitnego umysłu, by rozumieć, że 7 i 8 klasa, a więc 14 i 15-latki, to dzieci zdecydowanie za duże, żeby chodzić do tej samej szkoły co 7-latki. I że trzymanie ich dzień w dzień, przez całe lata, w tym środowisku, w dodatku w towarzystwie tych nauczycieli, ich wyłącznie, i to pod każdym możliwym względem, demoralizuje.
A więc zaproponowany system 6 + 3 + 3 mógł być z pewnością dobrym rozwiązaniem. Jednak sens tego rozwiązania mógłby być odpowiednio rozpoznany pod jednym warunkiem, że po skończeniu szkoły podstawowej, małe dzieci staną się dziećmi dużymi, a więc gdyby po szóstej klasie 13 latki przechodziły w doroślejszy system nauczania. Niestety, wbrew, jak się domyślam, planom jakie mieli autorzy tej reformy, polskie gimnazja nigdy nie miały okazji pełnić owej funkcji pośredniego ogniwa między podstawówką dla małych i liceum dla dużych. Skracać pobyt w szkole dla małych – do 13 roku życia, i przygotować do pobytu w szkole dla dużych – od 16 roku życia.
Gimnazja przy liceach – tyle że niestety bardzo nieliczne – akurat starają się to robić, i z nienajgorszym skutkiem, co widać po wynikach, ogólnej postawie i stopniu dojrzałości swoich absolwentów. Tyle że są to gimnazja pojedyncze, najczęściej specjalistyczne, a więc przeważnie z oddziałami dwujęzycznymi, do których w dodatku dzieci przyjmowane są na podstawie wewnętrznych egzaminów. No i bardzo dobrze. Myślę zresztą, że tak to właśnie miało, przynajmniej w teorii, wyglądać w całej Polsce: 13-latki będą podlegały edukacji bardziej zbliżonej do tej, jakiej podlegają 18- latki, niż tej, która obejmuje dzieci 7 czy 9-letnie.
Oczywiście, może też być tak, że kiedy postanowiono wprowadzić gimnazja, akurat nikt nic sobie szczególnego nie myślał, ani tym bardziej nie planował. Mogło się zdarzyć, że gdzieś ktoś coś usłyszał, pomyślał, że właściwie czemu nie, i tyle. Że od samego początku nikt nawet nie brał pod uwagę, że gimnazja zostaną wyodrębnione ze szkół podstawowych, i że one będą pełniły jakąkolwiek inną funkcję poza posiadaniem tej swojej nazwy. A może któryś z tych bałwanów pomyślał, że kiedyś były gimnazja, więc niech i dziś, w nowej Polsce, też będą? Wszystko jest możliwe.
Nieważne. To co się liczy, to fakt, że one generalnie, co widać po 10 latach od czasu jak się pojawiły, zaczęły gimnazja żyć własnym życiem, stając się czymś całkowicie – zakładam dobrodusznie – niezamierzonym. A więc przede wszystkim przedłużeniem podstawówek, wylęgarnią młodocianych przestępców i polem nieustannego użerania się nauczycieli z uczniami, i odwrotnie. Miałem okazję przed kilkoma laty pracować zarówno w takim, które było przerobioną podstawówką i w takim, które zostało podczepione do liceum. Różnica jest wręcz niewyobrażalna. Oczywiście, dzieci są tylko dziećmi i oczywiście są różne wszędzie. Jednak nigdzie tak jak w tym typowym osiedlowym gimnazjum, nie widać było tak wyraźnie, że to jest dalej ta sama podstawówka, tyle że akurat gdzieś wywiało maluchy. Dlaczego tak się dzieje? To oczywiste. Te szkoły są za duże, bez żadnego oblicza – a przez to wszystkie takie same – i oczywiście obowiązkowe dla wszystkich, bez jakiejkolwiek preselekcji, z identycznym dla wszystkich egzaminem końcowym.
Pamiętam 15 latków przychodzących do liceum 10 lat temu, i pamiętam te podstawówkowe dzieci, jak stawały się niemal dorosłą młodzieżą po dwóch czy trzech miesiącach pobytu w liceum; tyle im było potrzeba żeby się przestawić na doroślejszy system w szkole. Na samodzielne robienie notatek, na elementarną odpowiedzialność za własne zaniedbania, lenistwo czy nieobecności, na porzucenie nawyku uciekania się do oczywistych kłamstw jako wymówek itd. Teraz do liceum przychodzą dzieci 16 letnie, i kiedy można by się było spodziewać, że ów dodatkowy rok, jaki uzyskały dzięki trzem latom w gimnazjum, pozwoli im wejść w ten nowy świat z większą powagą i przygotowaniem, okazuje się, że wszystko poszło w dokładnie przeciwnym kierunku. Ich „podstawówkowe’ nawyki zostały tylko lepiej utrwalone, a przez to, że wiek 15-16 lat to czas naprawdę szczególny, stały się też znacznie trudniejsze do wyprostowania, i teraz często nawet semestr, nawet rok, do tego nie wystarcza. I tę zmianę widzi każdy w miarę doświadczony nauczyciel.
I teraz wchodzimy w coś, co zostało nazwane reformą podstawy programowej. Od września 2012 owa fikcja w postaci gimnazjów, które miały stanowić wspomniane przez mnie wcześniej ogniwo na drodze do dorosłości, a stały się bezsensownym i nie służącym niczemu przedłużeniem podstawówki, zamiast ulec poważnej naprawie, została tylko wzmocniona i jakby oficjalnie zatwierdzona. Przypomnę bardzo krótko, o co w tej reformie chodzi. Myśl jest mianowicie taka, że skoro młodzież uzyskuje tak fantastyczne wykształcenie ogólne w podstawówkach i gimnazjach, a nam, w nowych, jakże wymagających czasach, trzeba przede wszystkim specjalistów, prawie całe nauczanie ogólne będzie się odbywało w podstawówkach i gimnazjach, natomiast licea zajmą się niemal już tylko kształceniem wspomnianych fachowców. I znów, oczywiście, być może miałoby to sens, gdyby gimnazja można było uznać za sukces. Bo w teorii wszystko do siebie pasuje: trzy lata kształcenia ogólnego w gimnazjum + rok ogólnego kształcenia w liceum + dwa lata na specjalizację. A więc cztery plus dwa – wszystko wygląda rozsądnie. Tyle że teoretyczne założenia wzięły w łeb pewnie z powodu (oczywiście!) braku pieniędzy na przebudowanie szkół, zmniejszenie ich itd., a więc czegoś, co było pierwszym i być może podstawowym warunkiem sukcesu.
A więc co będziemy mieli? Dokładnie to co napisałem wyżej, tyle że jeszcze gorzej. Bo w momencie gdy te biedne dzieci nabiorą podstawowej ogłady, by wziąć się wreszcie do prawdziwej nauki, okaże się, że czas już minął. I w efekcie, pojawi się cała armia 19 latków, którzy ani nie będą umieli liczyć, ani pisać, ani mówić, którzy będą się snuć po ulicach, bez pracy, bez jakiegokolwiek sensu w życiu i bez jakichkolwiek perspektyw. I proszę mi nie mówić, że ja przesadzam i dramatyzuję. Już jest bardzo źle. Niedawno w tej samej „Rzeczpospolitej”, w której dziś czytam ten kompletnie pusty tekst, nawet nie wiadomo po co i dla kogo, Robert Mazurek rozmawiał z pewną panią doktor z Uniwersytetu Warszawskiego, która ma zajęcia ze studentami dziennikarstwa. I w tej oto rozmowie, skarżyli się właściwie oboje, że ci właśnie młodzi ludzie, pragnący w przyszłości zostać dziennikarzami, systematycznie nie są w stanie rozpoznać nawet najbardziej pospolitych polskich frazeologizmów, takich jak „posypać głowę popiołem”, czy „gdzie dwóch się bije” i takie tam. I to są studenci dziennikarstwa. I proszę mi teraz powiedzieć, na jakiej zasadzie mamy wierzyć, że studenci budownictwa, medycyny, psychologii, matematyki, czy elektroniki są lepiej przygotowani?
Oto prawdziwy problem. Pewnie, że nauczyciele boją się, że stracą pracę, czy choćby nawet tylko część etatów. Może akurat my angliści mniej niż fizycy, matematycy, czy poloniści, ale tu też przecież nie jest łatwo. Strach przed kryzysem jest powszechny. I wcale nie dotyczy tylko nauczycieli. Życie jest coraz trudniejsze, koszty utrzymania rosną, przyszłość jest bardzo, bardzo niejasna. Nikt nie jest spokojny. W tej sytuacji, uważam za wyjątkową bezczelność ze strony tych, którzy w tak bezmyślny sposób psują polską szkołę, pokazywanie palcem na nauczycieli i ogłaszanie, że oto mamy kolejną korporację, ze swoimi antyspołecznymi pretensjami. Że polskie państwo stara się wreszcie uczynić ten system wydajnym i i bardziej przystosowanym do nowych wyzwań, a tymczasem grupa leniuchów, dla swoich prywatnych interesów, gotowa jest wysadzić w powietrze tak potrzebną reformę. Oczywiście dobrze się tego typu argumentów słucha, zwłaszcza gdy samemu się jest produktem tego nieszczęsnego systemu. Nie zmieni to jednak faktu, że w rzeczywistości o żadnej reformie mowy nie ma, i że tu wcale nie chodzi o nauczycieli. Oni zresztą akurat, wbrew tej propagandzie, nigdy za wiele nie mieli. Problemem jest polska szkoła, która zwyczajnie umiera.
Ktoś pewnie mi teraz powie, że łatwo jest mi tak się tu oburzać i tylko krytykować tych co, co by o nich nie mówić, przynajmniej próbują coś robić. A czy ja mam jakieś propozycje? Ale przecież ja je tu przedstawiłem. Niech już zostanie ten system. Niech te gimnazja sobie będą. Tyle że bez podjęcia przez państwo pewnego wysiłku – również finansowego – co do tego, by z gimnazjów zrobić prawdziwe szkoły dla dzieci, które już za chwilę staną się dorosłe, nie ma w ogóle o czym mówić. To już lepiej było tego nie ruszać i zostawić tamtą 8-letnią podstawówkę sprzed lat i cztery lata liceum z fakultetem w dwóch ostatnich klasach. Lub ewentualnie, skoro koniecznie trzeba coś zmieniać, wrócić do tego co mieliśmy w dawnej Polsce, a więc do systemu 6 letnich, lub jeszcze lepiej, 5-letnich – czyli obowiązkowo do 18 roku życia – gimnazjów, zorganizowanych na takiej zasadzie, że będą się mieściły jak najdalej od lokalnych szkół podstawowych. Dziecku, które weszło w 13 rok życia, powie się, że jest już dużym chłopcem – dziewczynkom akurat mówić tego nie będzie trzeba, bo one same dobrze to wiedzą – a teraz marsz do gimnazjum, do nauki! No ale żeby to skutecznie przeprowadzić, trzeba wiedzieć, po co się to robi i z jaką perspektywą. A więc trzeba mieć na sercu polską szkołę i polskiego ucznia… no i może przede wszystkim samą Polskę.
No właśnie. Polskę. Za cokolwiek się wziąć, na końcu i tak pojawia się Polska. A więc znów odbyliśmy sobie taką akademicką pogawędkę, wywołującą najwyżej wzruszenie ramion.

Powyższy tekst właściwie napisała pani Toyahowa. To znaczy, najpierw go napisała, a następnie powiedziała, że on jest tak beznadziejny, że ona nie życzy sobie bym go publikował i ją kompromitował. I że mam go tak przepisać, by się go przynajmniej dało normalnie czytać. No więc napisałem go jeszcze raz, najlepiej jak potrafię. Nie zmienia to jednak faktu, że to przede wszystkim jest jej robota. Jeśli komuś się podobało, proszę uprzejmie wesprzeć ten blog, korzystając z podanego obok numeru konta. Ono i tak jest wspólne. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...