Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pycha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pycha. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 lipca 2015

Polska 2025, czyli o tym jak nasi szykują nam Gotham City w wersji turbo

Myślę, że większości z nas w jakiś kompletnie perwersyjny sposób udało się zapamiętać tamten dzień bardzo dobrze, a zapamiętując, oznaczyło go sobie, jako jeszcze jeden przykład emocjonalnego i intelektualnego upadku Platformy Obywatelskiej i ludzi zajmujących w niej pierwszorzędne miejsca, dla porządku jednak przypomnę. Oto w pewnym momencie, poseł Adam Szejnfeld na swoim profilu na Twitterze wkleił znalezione w Sieci zdjęcie z Kuwejtu, czy może Kataru, lub jakiegoś innego arabskiego państewka i dopisał do niego prognozę, że tak właśnie będzie wyglądała Polska po kolejnych czterech, czy ośmiu latach rządów Platformy. Wokół tej wypowiedzi rozległ się oczywiście najpierw szyderczy śmiech, a po nim przyszły już bardziej poważne analizy, sugerujące, że z tym Szejnfeldem faktycznie jest coś nie tak, i to bardzo mocno i raczej ostatecznie. No bo, powiedzmy sobie otwarcie, znaleźć gdzieś w czeluściach Internetu współczesną parodię Gotham City i uznać, że to jest ten nasz z dawna wymodlony „polisz drim”, to jest wydarzenie nie byle jakie.
A więc, zostaliśmy z tym Szejnfeldem i naszym czarnymi tu bardzo na jego temat myślami, miesiące mijały, i proszę sobie wyobrazić, że oto przedwczoraj właśnie bohaterowie naszej walki, bracia Karnowscy, wypuścili kolejny numer swojego tygodnika z fantastycznym wręcz okładkowym zdjęciem, na którym widzimy jeszcze bardziej niż dzisiaj posiwiałego Jarosława Kaczyńskiego, siwą Beatę Szydło, siwego Andrzeja Dudę i jak najbardziej siwego Andrzeja Dudę, a pod nim bardzo rozbudowany tytuł: „Ciekawe i zaskakujące prognozy naszych publicystów. Polska 2025. Kto będzie wielki, kto spadnie na dno. Piszą: Pawlicki, Zaremba, Janecki, Fausette, Górny, Skwieciński, Kostrzewa-Zorbas”.
Proszę więc, spójrzmy, jakież to zaskakujące prognozy proponują nam owi mistrzowie prawicowej publicystyki na najbliższe 10 lat. Po kolei:
Maciej Pawlicki – „Postawa prezydenta Dudy obudziła drzemiące dotąd instytucje państwa, które wreszcie stanęły w obronie okradanych przez banki obywateli RP. Najpierw więc szefowie i akcjonariusze korporacji bankowych, potem korporacji handlowych, chemicznych, energetycznych, medialnych i innych – zrozumieli, że wraz z rozpoczęciem tej prezydentury w Polsce skończyło się eldorado, że już nie będzie można strzyc Polaków jak bezwolne barany, jak bydło ubojne prowadzić na bankową rzeź.[…] Po dwóch prezydenckich kadencjach Andrzej Duda ma dopiero 52 lata. To dla polityka najlepszy wiek, Andrzej Duda obejmie więc funkcję szefa Unii Europy Środkowej, której był jednym z głównych rozgrywających przez ostatnie lata”.
Ktoś powie, że Pawlicki to bezczelny idiota, a więc nie ma o czym mówić. W takim razie prosimy następnego. Piotr Zaremba, „komentator i publicysta”, o Jarosławie Kaczyńskim – „Ale w roku 2023 poprowadził raz jeszcze zjednoczoną prawicę do zwycięstwa. I raz jeszcze nie został premierem, oddając pałeczkę tym razem Jarosławowi Gowinowi. Teraz zaś, po serii zdumiewających sondaży, miał szansę zostać wybrany na prezydenta po dwóch kadencjach Andrzeja Dudy. W wieku 75 lat!
Ten też kretyn? Dobrze. Prośmy więc Stanisława Janeckiego – „W 2025 roku Donald Tusk ma dużo pieniędzy, ale nie ma spokoju. Dlatego większość czasu spędza za granicą. Spokoju nie ma dlatego, że śledztwo smoleńskie nie zostało zakopane i na jaw wyszły różne przewinienia oraz zaniechania, które kwalifikują się nie tylko na postawienie przed Trybunałem Stanu”.
Janecki się nie liczy? Bierzmy następnego, Krzysztofa Fausette… no, tu niestety jest taki bełkot, że nie ma sposobu na jakikolwiek cytat.
Grzegorz Górny – „Dziesięć minut później stałem pod sceną, gdzie występowały zespoły muzyczne. Jeden grał heavy metal, kolejny punk rocka, następny reggae. Podszedłem do chłopaka i dziewczyny ubranych w stylu grunge. Ona miała na ręce tatuaż z wielkim krzyżem, a on z twarzą Jezusa”.
Robi się niebezpiecznie? Nic nie szkodzi. Jest jeszcze Piotr Skwieciński i jego prognozy – No, niestety, to jest jeszcze gorzej niż u Feusette. Chyba jednak wóda.
Na koniec Grzegorz Kostrzewa Zorbas, a więc człowiek poważny – „Dżihadyści zdobędą broń masowego rażenia”.
Myślę, że nadeszła pora na podsumowanie. Otóż wszystko, co starałem się tu pokazać, stanowi wybór z tak zwanego „dodatku specjalnego” do najnowszego wydania tygodnika „W Sieci”, pod tytułem „Polska 2025”, a ów dodatek zilustrowany jest kompilacją zdjęć z szejnfeldowego twittera, tworzącego jakiegoś urbanistycznego potwora, na widok którego on sam, miłośnik przecież, jak już wiemy, bardzo szczególnego typu estetyki by się ze strachu zwyczajnie wyrzygał. To co widzimy bowiem na tym rysunku, to przykryty tymi wieżowcami Pałac Kultury, co tworzy najbardziej koszmarny koszmar, z jego maleńkim, samotnym fragmentem z napisem – jak na ironię, przekopiowanym w lustrze – Muzeum Techniki. No i wielki tytuł: „Polska 20125”.
Bogu niech będą dzięki!
Oto zatem Polska w wyobraźni czołowych prawicowych publicystów, skupionych w redakcji tygodnika „W Sieci”. A ja już właściwie nie mam nic do powiedzenia poza informacją, że jeśli zdarzy mi się gdzieś na któregoś z nich wpaść, to dojdzie do pokazu przemocy, jakiego świat nie widział. Dlaczego? Z jednego prostego powodu. Mamy oto do czynienia z agresorem, przy którym wszystko to, co widzieliśmy dotychczas robi wrażenie nieszkodliwego zupełnie żartu, a ja naprawdę mam swoje emocje i nie zamierzam ich elegancko ukrywać tylko dlatego, że wiem, że świat się oficjalnie w ogóle się bardzo skiepścił.

Bardzo serdecznie zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie wciąż są do kupienia moje książki. Szczerze polecam.


wtorek, 23 grudnia 2014

Tym razem bez życzeń. Nie tym razem.

Myślę że każdy, nawet ów mniej uważny, czytelnik tego bloga wie, że, jak to śpiewał swego czasu Mistrz, „tu się psia nędza nikt nie oszczędza”. A skoro tak, to czytelnik ten też wie, że w pierwszym szeregu tych, co do których nikt się tu nie oszczędza, stoją tak zwani „dziennikarze niepokorni”. Oni na tym blogu są tępieni w sposób bezwzględny i systematyczny od lat i jak wiele na to wskazuje, sytuacja ta już raczej się nie zmieni – przynajmniej do czasu, gdy jakaś nieoczekiwana rewolucja ich raz na zawsze najzwyczajniej w świecie stąd wymiecie.
O co autor tego bloga i komentujące na nim stale osoby mają do owych „niepokornych dziennikarzy” pretensje? Otóż po pierwsze o to, że oni są słabi; zwyczajnie słabi. Pod względem umiejętności czysto dziennikarskich, niemal stuprocentowa większość z nich to amatorzy i to amatorzy z całkowitego przypadku. Po drugie, niemal stuprocentowa większość z nich – choć tu mam wrażenie, że wyjątków nie ma – pozostaje całkowicie obojętna w stosunku do sprawy, o którą rzekomo walczą. I tego jestem pewien. Gdyby każdego z nich spróbować prywatnie zaczepić w którejkolwiek ze spraw, które dręczą na co dzień każdego z nas, oni by jedynie wzruszyli ramionami i powiedzieli nam, by im nie zawracać głowy. Po trzecie wreszcie zarówno sami autorzy dostarczanych prawicowej opinii publicznej tekstów, jak i ich dysponenci, są głęboko przekonani, że oni wszyscy uprawiając tę swoją działkę, mają do czynienia z takimi durniami, że choćby oni stoczyli się do poziomu najniższego, nikt z tych bałwanów tego nie zauważy. Ja mam pretensję do polskiego tak zwanego „dziennikarstwa niepokornego” o to, że oni, z jakiegoś kompletnie dla mnie niewyjaśnionego powodu, żyją w głębokim przekonaniu, że nie ma takiego idiotyzmu w ich wykonaniu, który ja na przykład byłbym w stanie dostrzec. No i sobie używają. I za to ich tu na tym blogu tępię bez żadnej litości. Tych bezczelnych idiotów, tę ich gnuśność i wręcz karykaturalną bezmyślność.
Ponieważ jednak ta walka trwa już tyle lat – przypominam, że mój pierwszy tekst, zamieszczony jeszcze w roku 2008 pod dawnym adresem toyah.salon24.pl, dotyczył osoby i publicystycznej działalności Rafała Ziemkiewicza – mam wrażenie, że pojawiająca się tu od czasu do czasu krytyka owej „niepokornej publicystyki”, przez niektórych z nas traktowana jest jako swego czasu rytuał. Chodzi mi o to, że uważam za bardzo prawdopodobne, że kiedy my tu zajmujemy się gnojeniem jakiegoś Skwiecińskiego, czy Zaremby, pewna część czytelników uważa, że to jest tylko taka zabawa; że wszystko się bierze stąd, że autor tego bloga ma taki a nie inny charakter, a ów charakter tworzy autpmatycznie charakter tych tekstów. Otóż możliwe, że tak się niekiedy dzieje, jednak nie w tym wypadku. Gdy chodzi o kwestie dziennikarstwa – w tym przed wszystkim (inne naszej tu uwagi raczej nie zajmuje) dziennikarstwa prawicowego – tu żartów nie ma. Tu wszystko się toczy na poziomie jak najbardziej poważnym.
Myślę, że nadszedł czas – a niech już będzie, że przy okazji zbliżających się Świąt – by pokazać, w czym rzecz, i to w taki sposób, by każdy z nas zrozumiał powagę sytuacji. Oto wczoraj, powiem szczerze, że nie bardzo nawet wiem dlaczego, zacząłem bardzo solidnie przeglądać kolejne wiadomości ukazujące się na portalu wpolityce.pl, który, o czym niektórzy z nas mogą nie wiedzieć, jest internetową ekspozyturą popularnego prawicowego tygodnika opinii „W Sieci”. I proszę sobie wyobrazić, że najpierw natknąłem się na tekst niejakiego (daje słowo, że ja tych redaktorów nie znam) Tomasza Domalewskiego, „wieloletniego redaktora krakowskiego ‘Dziennika Polskiego’”, który nas informuje, że premier Kopacz skompromitowała się udzielając wywiadu magazynowi „Viva” i dziś ma o tę kompromitację pretensję do „Vivy”, zamiast do siebie. „Zarówno sama Pani Premier, jak też cały fraucymer biegający za nią, zestaw doradców, opiekunów medialnych i tych od propagandy, został ośmieszony wyłącznie na własne życzenie, z powodu własnych niedostatków. Wiadomo jakich. I bicie przedświątecznej piany, próba zamiany próżności w obfitość ilorazu niczego nie zmieni. Lustereczko nie kłamie”, pisze Domalewski, a czytelnikowi pozostaje już tylko zachodzić w głowę, o co poszło. Czy Kopacz powiedziała coś głupiego, a ci zamiast ją ocenzurować, ową wpadkę puścili? Czy może „Viva” zamieściła jakieś kompromitujące ją zdjęcie? A może oni czegoś na czym Premier bardzo zależało, nie puścili? Oczywiście, zaciekawiony, o co mogło pójść, że to aż Kancelaria Premiera musiała interweniować, poszperałem w Sieci i odpowiedź znalazłem: chodziło o to, że „Viva” Kopaczowej założyła jakiś ciuch i obok właściwego tekstu zamieściła też reklamę sklepu, który owym ciuchem handluje. A więc reklama. Tyle że o tym już ani słowa. Dlaczego? To proste. Wówczas mogłoby się okazać, że my, a więc z punktu widzenia Domalewskiego i redaktorów portalu banda skończonych, nic nie wartych durniów, nie daj Boże, nie zrozumielibyśmy z tego nic, no i nie wiedzielibyśmy, że w najbliższych wyborach należy głosować na PiS, a nie na Platformę. A więc najlepiej jest po prostu obrzucić Kopacz szyderstwami i liczyć, że one nie okażą się zbyt wyszukane.
Po Domalewskim pojawia się tekst podpisany przez „Zespół wpolityce.pl” i zatytułowany „Prawie połowa Polaków nie uznaje wyniku wyborów samorządowych”, i tu już nie można mieć najmniejszych wątpliwości, że mamy do czynienia z akcją opartą na zasadzie „ci durnie i tak nie wyjdą poza tytuł”. Bo co takiego się dzieje? Otóż z tekstu zamieszczonego na prawicowym portalu wpolityce.pl dowiadujemy się, że 68 procent osób które wzięły udział w wyborach wierzy w oficjalnie podane wyniki, natomiast z tych, którzy w wyborach udziału nie wzięły, w oficjalne dane wierzy zaledwie 48 procent. Jeśli się jednak tych ludzi spytać, co należy w tej sprawie zrobić, zaledwie 7 procent chce, by policzyć jeszcze raz wszystkie głosy. Oczywiście to nie przeszkadza „zespołowi w polityce.pl”, by tytułować swój tekst zdaniem: „Prawie połowa Polaków nie uznaje wyników wyborów samorządowych”. Czemu tak? Sprawa jest jasna. Chodzi o to, byśmy my, banda idiotów, którzy ani nie umieją czytać, ani tym bardziej myśleć, wykonali robotę za panów dziennikarzy.
No i wreszcie mamy na koniec autentyczny rodzynek. Oto przed nami tekst człowieka nazwiskiem Tomasz Rakowski, który pod spodem przedstawia się jako: „Informatyk, przedsiębiorca, podwójny absolwent Politechniki Gdańskiej. Zaangażowany w działalność społeczną od 10.04.2010. Publikował w pierwszym ‘Uważam Rze’. Współpracownik Ruchu Społecznego im. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Katolik, konserwatysta, homosceptyk. Dumny z tego, że jest Polakiem. Interesuje się kinematografią” (daję słowo, nic nie zmyślam). I oto okazuje się, że ów Rakowski ma dla nas naukę, w jaki sposób powinniśmy zareagować na to, że sieć EMPiK uznała za stosowne do swojej akcji promocyjnej zaangażować muzyka Adama Darskiego i gwiazdę telewizji TVN24 Marię Czubaszek, nazywanych przez Rakowskiego „satanistą” i „aborcjonistką”. Otóż zdaniem Rakowskiego powinniśmy pójść do EMPiK-u, wrzucić do koszyka towar za ciężkie pieniądze, przyjść do kasy, a kiedy kasjerka to wszystko nabije do kasy, odwrócić się na pięcie i odejść z honorem. Taki to jest plan. Rakowski, abyśmy – banda tępych durni – wszystko do początku do końca zrozumieli, opisuje nam punkt po punkcie, jak to wszystko on sam dla nas zrobił. Otóż (daję ponowne słowo honoru, że nic nie zmyślam) zaszedł ów człek do EMPiK-u, nawrzucał do koszyka przeróżnego towaru i ustawił się w kolejce do kasy. Kiedy przyszła na niego kolej, okazało się, że trzeba będzie zapłacić aż 500 zł. Tu pozwolę sobie zacytować cały odpowiedni fragment tekstu na prawicowym portalu wpolityce.pl:
- A co ze zniżką?
- Nie mogę, niestety.
- To jak to? Dla całej rodziny, na pół tysiąca zakupy i żadnej zniżki?
- Niestety.
- No cóż – skapitulowałem sięgając do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wyciągnąłem portfel. Brak gotówki.
- Można kartą? – zapytałem naiwnie.
- Można! – rozwiała moje obawy pani kierownik. Odgarnęła włosy. Jej wyciągnięta w moim kierunku ręka zawisła w powietrzu. Od mojej dłoni, w której trzymałem plastykowe pieniądze dzieliło ją kilka centymetrów.
I w tym momencie następuje atak:
- Jak się nazywa ta sieć księgarń, która reklamuje się przy pomocy satanisty? – Zmieszanie na jej twarzy było nie do ukrycia. Kobiecie odjęło mowę. Oczy zaczęły uciekać na boki, jakby w geście obrony jej ręka po raz kolejny wyciągnęła się w kierunku mojej karty. - Nie wiem – bąknęła. - No nie pamięta pani? – nie odpuszczałem - No ten satanista. Wie pani, nie chciałbym, żeby doszło do jakiejś pomyłki. On tam jeszcze występuje z jakąś starszawą panią, aborcjonistką.
I tak jeszcze przez chwilę nasz rycerz „zaangażowany w działalność społeczną od 10.04.2010” pognębia funkcjonariusza Systemu i wreszcie triumfalnie ogłasza: „A to w takim razie będzie rezygnacja” i z tym obrazem zostawia nas, bezmyślne wyborcze mięso, które z całą pewnością się ucieszy, że nasze media, panie, napisały, że ten Nergal to satanista, ta Czubaszek morduje małe dzieci, a kasjerka z EMPiK-u to jakiś tępy leming. A jeśli się nie ucieszy, to wyłącznie dlatego, że sami jesteśmy lemingami.
I ten cały, tak bezczelny przekręt, firmują Jacek i Michał Karnowscy – nasi czołowi prawicowi publicyści.
Powtórzę jeszcze raz. Ten blog działa już od siedmiu lat i naprawdę można się było przyzwyczaić. Można było również sobie pomyśleć, że to wszystko jest zaledwie taką umową między nami a nimi, gdzie my tu będziemy się na nich złościć i im dokuczać, a oni będą dalej robić to co robią, dla naszego i wspólnego dobra. Otóż nie. To tak nie działa. Bo tu nie chodzi ani o nas, ani o nich. Tu chodzi o Polskę. A jeśli w tej walce o Polsce pojawiają się jacyś – powiedzmy to wreszcie otwarcie – ruscy cwaniacy, to dla nich nie będzie litości. Oni będą niszczeni jak najgorsze robactwo. Nawet – a może szczególnie – w czasie Świąt Bożego Narodzenia.

Przypominam że nasze książki, w tym moja najnowsza o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji, są do nabycia na stronie www.coryllus.pl.

czwartek, 9 października 2014

Dlaczego oni chcą zabić Jarosława Kaczyńskiego?

Nieuchronnie zbliża się seria wyborów, zaczynając od tych najbliższych, lokalnych, a kończąc na akcji związanej z przejęciem Parlamentu, z próbą niedopuszczenia Bronisława Komorowskiego do drugiej kadencji w środku, i jak już tu nie raz sobie rozmawialiśmy, perspektywy wyglądają wyjątkowo marnie. Oczywiście, poziom kompromitacji, jaki stał się udziałem Platformy Obywatelskiej i związanych z nią środowisk jest tak wielki, że można by było sądzić, że nawet gdybyśmy mieli głosować, do Parlamentu przeciwko nim wystawiając kupę kamieni, a w wyborach prezydenckich kawałek sztachety z domalowanym tyłkiem, można by nawet nie przeprowadzać wyborczej kampanii. Niestety, jak wiele na to wskazuje, kamienie nam jacyś rozkradli, a gdy idzie o sztachetę, to jedna wprawdzie jeszcze gdzieś jest, ale artysta wyjechał na robotę do Niemiec i nie ma nikogo, by tę dupę w miarę porządnie namalować.
Jest natomiast dyskusja, z której wynika, że wszystko jest tak proste, że wystarczy sięgnąć ręką i tylko brać, brać, brać. Jeśli rzucić okiem na nasze prawicowe media, tam właściwie atmosfera jest już tak figlarna, jakby oni wszyscy uznali, że można już dzwonić po pizzę. Telewizji Republika wprawdzie nie oglądam, gdy idzie o Toruń, ostatnio mam wrażenie, jakby ich ostatecznie zwyczajnie zamknięto, a z tygodników opinii zdarza mi się tylko czytać „W Sieci”, to jednak w pełni mi wystarczy. Jak mówię, pomijając mniej lub bardziej ukrytą reklamę, tam już jest niemal wyłącznie balanga i tak zwany stand-up, natomiast gdy chodzi o poważne analizy polityczne, mamy Stanisława Janeckiego i jego tekst, gdzie ów dziwny człowiek przedstawia nam prosty sposób na wygranie wyborów prezydenckich. Aby nie uciekać się do zbyt rozbudowanych cytatów, spróbuję może wymienić w punktach propozycje Janeckiego.
Po pierwsze zatem i, jak się domyślam, najważniejsze, należy „uświadomić Polakom, że Bronisław Komorowski, wbrew swojej opozycyjnej działalności w PRL, jest prezydentem postpeerelowskim”. Po drugie, „poważny konurent Bronisława Komorowskiego powinien kilka razy w trakcie kampanii wezwać go do publicznych debat, w tym np. do dyskusji na jednej z najlepszych polskich uczelni (oczywiście transmitowanej w mediach). Na takiej debacie można by się pokusić o pokazanie horyzontów intelektualnych kandydatów na najwyższy urząd w państwie. Sprzyjałoby temu włączenie pracowników nauki i studentów do dyskusji”. W dodatku, podczas tych debat należałoby Komorowskiemu zadać całą serię trudnych pytań dotyczących jego uwikłania w szereg bardzo brudnych interesów, czy to na poziomie jego zaangażowania we wspieranie WSI, ale też na przykład takich kwestii, jak „skąd wziął swoją część z 260 tys. niemieckich marek, które wraz z innymi osobami zainwestował na początku lat 90. w piramidę finansową”. Po trzecie, „poważny konkurent Bronisława Komorowskiego powinien w kampanii wyborczej pokazać (i poprzeć to mocnymi dowodami), że obecny prezydent jest bardzo ważnym elementem systemu rządów PO”. Po czwarte wreszcie, „poważny rywal urzędującego prezydenta musi być znacząco od niego młodszy (najlepiej liczyć nieco ponad 40 lat) i znacznie lepiej wykształcony”. Powinien też znać języki obce i mieć „udaną i wspierającą go rodzinę”, no i najlepiej by było, by owym kandydatem był któryś z obecnych posłów lub senatorów, bo wtedy byłoby łatwiej organizować relacjonowane przez media „konferencje, eventy i parlamentarne wystąpienia”.
I to mniej więcej wszystko. Cała reszta to już, zdaniem Janeckiego, jazda z górki.
Przyznaję uczciwie, że ja z Janeckim mam pewien bardzo poważny kłopot, który niewykluczone, że wręcz nie pozwala mi obiektywnie komentować jego aktywności. Otóż ile razy przypomnę sobie jego nazwisko, a do tego jeszcze twarz, nie mogę się powstrzymać przed odruchowym więc skojarzeniem z jakąś „Trybuną Ludu”, czy „Dziennikiem Telewizyjnym”. To znaczy, ja świetnie wiem, że Janecki z tamtą propagandą nie miał nic wspólnego, choćby z tego względu, że, mimo dość już zaawansowanego wieku, stał się osobą publiczną dopiero za III RP, ale takie mam skojarzenia i nic z nimi nie potrafię zrobić. Słyszę nazwisko Janecki i od razu mi się przypominają te wszystkie komuchy, takie jak Rolicki, Mistewicz, czy Rakowski, a więc i nie bardzo też potrafię pisać o nim w sposób obiektywny i wyważony. No ale, jak sami widzimy, on mi nie daje za bardzo wyboru. Jeśli bowiem przyłazi do nas z takim tekstem i z pełną powagą każe nam go traktować jako zestaw porad dotyczących usuwania Bronisława Komorowskiego z funkcji Prezydenta RP, to co ja mam robić?
Otóż mimo że, jak już wspomniałem, ja wiem, że w latach 80. Janecki głównie imprezował, a jeśli robił coś brzydkiego to najwyżej kapował do SB na swoich kumpli, więc żadnego doświadczenia w brudnej peerelowskiej propagandzie on mieć nie może, ja mam bardzo mocne wrażenie, że tekst w tygodniku „W Sieci” to najbardziej parszywa propagandowa ustawka mająca na celu doprowadzenie do tego, by żaden z kandydatów wystawionych przez tak zwaną prawicę, broń Boże, Komorowskiego nie pokonał. Ja jestem niemal w stu procentach pewien, że te wszystkie pomysły, zaczynając od tego, by głównym tematem kampanii uczynić uwikłanie Komorowskiego w ciemne postpeerelowskie interesy i jego związki z Platformą Obywatelską, przez organizowanie transmitowanych przez telewizję debat na uniwersytetach, gdzie studenci i profesorowie pomogą nam pokazać, jaki ten Komorowski jest głupi, po propozycję, by naszym kandydatem był któryś z młodszych posłów lub senatorów ze znajomością języków obcych, bo im akurat będzie można łartwiej organizować różnego rodzaju propagandowe eventy, to mamy do czynienia wyłącznie z najbardziej brutalną i bezczelną prowokacją. Nie ma takiej możliwości, by Janecki, pisząc to co pisze, był szczery i pełen życzliwych myśli. Za tym co on robi, stoi wyłącznie najbardziej brudna perfidia. I co do tego nie może być jakichkolwiek wątpliwości.
Pozostaje więc pytanie, po co on to robi, no i dlaczego redakcja „W Sieci” bierze w tym przekręcie udział? Odpowiedzi oczywiście na to pytanie nie znam, natomiast chodzi mi po głowie parę tropów. Jeden z nich niedawno mi podpowiedział Coryllus w jednym z komentarzy. Otóż kiedy zasugerowałem, że coraz bardziej powszechny stosunek do Jarosława Kaczyńskiego sprowadza się do tego, że tamci życzą mu możliwie szybkiej i bolesnej śmierci, a nasi szybkiego i, jeśli Pan Bóg pozwoli, łagodnego, przejścia na polityczną emeryturę, Coryllus zapytał mnie, czy ja wiem, ilu „naszych” życzy Kaczyńskiemu nie emerytury, ale śmierci właśnie. Otóż niezależnie od tego, kto tu ma rację, czy ja, czy może jednak on, wiele wskazuje na to, że przynajmniej w środowiskach zawodowo związanych z uprawianiem polityki – marzenie jest jedno: żeby tego Kaczora wreszcie w ten czy inny sposób szlag trafił, i że skoro nie da się tego osiągnąć siłami natury, trzeba go najpierw doprowadzić do jak najbardziej spektakularnego upadku politycznego, a następnie z hukiem wypieprzyć na najbardziej głęboki margines. I mam wrażenie, a kiedy czytam tygodnik „W Sieci”, a w nim teksty takie, jak wyżej omawiana analiza Janeckiego, wręcz pewność, że dziś cała praca na prawicy idzie w tym właśnie kierunku: skończyć wreszcie z tą ofiarą losu, choćby i kosztem kolejnych czterech, czy ośmiu nawet lat w opozycji.
I myślę, że tak jak w wielu różnych miejscach mogę się mylić, jak choćby w moim nieustannym poparciu dla Jarosława Kaczyńskiego, czy w tym niemal już wyssanym z mlekiem matki wiecznym przekonaniu, że jakoś to będzie, tu mam bezwzględną rację. Oni chcą nas najzwyczajniej w świecie zniszczyć, a ja jedyne co mogę na to zrobić, to tę prawdę wciąż powtarzać i wykorzystywać każdą okazję, by ich tłuc po tych nabitych bezczelną pychą łbach.

Jeśli komuś spodobała się powyższa refleksja, zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić moje książki. A tam, jestem tego pewien, takich tekstów jest znacznie, znacznie więcej.Proszę bardzo o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. To wciąż jeszcze niemal podstawowe źródło naszego utrzymania. W tych dniach widzimy to szczególnie boleśnie.

czwartek, 17 stycznia 2013

Uwaga, Diabeł!


Starsza Toyahówna, o czym być może już tu wspominałem, niemal wszystkie swoje wolne wieczory spędza w towarzystwie związanym z tak zwanym Duszpasterstwem Akademickim działającym przy tak zwanej lokalnie „Krypcie”, natomiast jak idzie o kościół, to modli się albo tam, albo – ostatnio – u nowo świeżo tu sprowadzonych Dominikanów. Czy mi się to podoba? Owszem, podoba mi się bardzo, bo uważam, że spędzanie czasu blisko Kościoła jest rzeczą dobrą niejako z automatu. Poza tym jednak, mam już tu same zastrzeżenia i obawy. Przede wszystkim nie podoba mi się, że znaczna część nowych znajomych mojej córki, w tym sam ksiądz duszpasterz, to Ślązacy, i to nie Ślązacy tacy, co uważają, że śląskość to piękna rzecz, że rolada z kluskami i modrą kapustą to najlepsze danie na świecie, a śląska mowa to pieśń słowika, ale ten ich szczególny gatunek, dla którego niedawna niespodziewana śmierć Michała Smolorza, to najsmutniejsze wydarzenie od czasu niedawnej przegranej Ruchu Autonomii Śląska w wyborach w Bytomiu, a kiedy Polacy grają w piłkę z Niemcami, to oni zachowują pełną neutralność.
To jest pierwszy z powodów, dla którego to że ona tam chadza, wprawia mnie w nastrój różny. Drugi to ten związany już z Dominikanami, i o nich będzie już więcej może za chwilę, natomiast jeszcze zanim przejdę do rzeczy, wspomnę tylko, że ja, kiedy byłem w jej wieku, również w tym Duszpasterstwie bywałem, kiedy tylko była ku temu okazja, tyle że wtedy akurat nie istniał ani problem Śląska, ani Dominikanów, a i jak sądzę, towarzystwo też było znacznie wybitniejsze. No i mimo że tu mogę się mylić, to jest to również jeden z powodów, dla którego, ile razy ona tam idzie, myślę sobie, że kiedy ja to robiłem, to wszystko miało znacznie większy sens.
Na msze nie chodzę ani do Dominikanów, ani nawet do Krypty. Dlaczego nie do Dominikanów, wyjaśniałem to zarówno tu na blogu, jak i choćby w swoim „Elemenarzu”, jak idzie o Kryptę, to mam tych powodów kilka, ale wydają mi się one na tyle nieistotne, że nie będę się w nie wgłębiał. Nie, i już. Jak idzie o mnie, to ja chodzę wyłącznie do Kościoła Garnizonowego, który mamy tuż pod naszym nosem, i tak właśnie jest mi niezwykle dobrze.
Starsza Toyahówna nie lubi naszego kościoła. Ona nie lubi go przede wszystkim przez to, że jej zdaniem tu nie ma tej atmosfery, którą ona znajduje w Krypcie, ale też z jej punktu widzenia, służący tutaj księża nie są nawet w stanie równać się z księżmi, do których ona się przyzwyczaiła chodząc do Krypty. I oto w ostatnich tygodniach doszło do wydarzenia, które wszystko – i to nie tylko u nas w domu, ale i w całym mieście – może przewrócić do góry nogami. Otóż, o czym chyba przy jakiejś okazji wspominałem, parę tygodni temu biskup polowy (ten od Komorowskiego), z godziny wręcz na godzinę, odwołał naszego dotychczasowego księdza proboszcza. To wszystko odbyło się w takim tempie i tak poza wszelkimi, nawet i kościelnymi, standardami, żeśmy wszyscy zwyczajnie zdębieli. No ale ponieważ jesteśmy ludźmi Wiary i Kościoła, o nic nie pytaliśmy i nic nie mówiliśmy. Na jego miejsce, w tymczasowym zastępstwie, przyszedł skromny i bardzo sympatyczny ksiądz, no a po nim już prawdziwy, nowy proboszcz.
Jak wspomniałem, kiedy byłem w wieku mojej córki, przez wiele lat uczęszczałem do Duszpasterstwa Akademickiego. W sumie poznałem pięciu księży akademickich, zaczynając i kończąc na księże Stanisławie, z których każdy był absolutnie wybitnym kaznodzieją i człowiekiem, a ostatni – myślę, ze najgorszy z nich – ks. Stanisław Puchała jest dziś wielkim i wspaniałym proboszczem Katedry Chrystusa Króla. A proszę pamiętać, że owe czasy były czasami, kiedy to wszelkiego typu wybitność nie była nawet w połowie tak cenna jak jest dziś. Wtedy, wybitni byli wszyscy. Niewykluczone, że nawet biskup Pieronek, a już z całą pewnością nieżyjący już dziś biskup Życiński. Oni też byli jak trzeba.
Ksiądz, który jak grom z jasnego nieba pojawił się w naszym kościele, to zjawisko, jakiego ja nie miałem okazji oglądać w całym swoim życiu. To jest ksiądz o tak potężnej kaznodziejskiej sile, że wszyscy moi dotychczasowi księża nie są w stanie się nawet do tego co on pokazał zbliżyć. Mowy nie ma. Kiedy on odprawiał tu swoją pierwszą mszę, sądziłem, że on potrzebował się pokazać, i stąd to wszystko. Jednak w minioną niedzielę było jeszcze lepiej i jeszcze mocniej. Jak mówię – widziałem wiele, ale czegoś takiego w życiu.
I proszę sobie wyobrazić, że mnie to wcale, ale to wcale nie ucieszyło. Przede wszystkim, ja sobie pomyślałem, że on jest zwyczajnie za dobry. Że jeśli ktoś jest dobry, to jest dobry, ale jeśli ktoś jest aż tak dobry, to ja bym poprosił jednak o chwilę przerwy na zastanowienie się. To była moja pierwsza myśl. Druga natomiast była taka, że kiedy o nim dowie się miasto, nasz skromny, nikomu już poza tymi starszymi już bardzo ludźmi niepotrzebny, Kościół Garnizonowy przeżyje prawdziwe oblężenie. Kiedy o tym, jak tu jest, dowiedzą się wszyscy ci, którzy do kościoła chodzą przed wszystkim po to, by otrzymać jakość, machną rękę na wszystko to co obok nich, i zaczną chodzić tutaj. A kiedy ten ksiądz to zobaczy… no to wtedy będziemy mieli problem. Bo ja podejrzewam, że on i tak już dziś swoje wie – on to musi wiedzieć – ale wtedy on może tego zwyczajnie nie wytrzymać. Bo kiedy ten kościół zacznie przeżywać swoje dni, jego proboszcz będzie miał tylko dwa wyjścia: albo zrobi wszystko, by ludzie go jeszcze bardziej kochali, albo zrobi wszystko, by go zaczęli nienawidzić. A to po to, by w efekcie oni go przestali kochać, a zaczęli zwyczajnie szanować. Może być nawet bardzo. I boję się, że on jednak na to nie wpadnie. I to będzie jego koniec.
Nie będę opowiadał o naszym nowym księdzu. Nie powiem nawet, jak się nazywa. Natomiast bardzo chętnie powiem, skąd mi przyszło do głowy, by o nim dziś pisać. I co mnie tak zainspirowało. Otóż, podobnie jak wielu z nas, mocno się przejąłem wiadomością o tym, że najsłynniejszy gdański kaznodzieja, dominikanin Jacek Krzysztofowicz zakochał się w jakiejś kobiecie, stracił wiarę i odszedł z Kościoła. Wszystko niemal w jednej chwili. Jego wybór, jego sprawa, no i jego nieszczęście. To co mnie jednak zastanawia, to to co dziś słyszę o tym Krzysztofowiczu. On przez minione 25 lat trzymał cały pobożny Gdańsk w pozycji klęczącej i na baczność. Słyszę, że kościele, gdzie on stacjonował, odprawiał w każdą niedzielę ostatnią wieczorną mszę, na której gromadził tłumy coraz to większe i większe. Wraz z rosnącą tych mszy sławą. I trwało tak długo aż wreszcie przyszedł Szatan i go sobie wziął jak swego.
I już przypomina mi się jedna rozmowa, jaką swego czasu miałem z panią Toyahową. Wróciliśmy z którejś z mszy w naszym garnizonowym kościele, gdzie wszystko było do bani. Ludzie spali, ksiądz robił wrażenie jakby nie dość że był skacowany i przeżarty, to jeszcze akurat doszedł do wniosku, że jemu się w ogóle tego wszystkiego już szczerze nie chce, a moja żona powiedziała, że kiedy ksiądz jest tak beznadziejny, to wtedy ludzie muszą się bardziej starać. I odwrotnie – kiedy przed sobą mają jakiegoś mistrza ruletki, to wiedzą, że nic tu po nich. Mogą się najwyżej napawać jego sprytem. A więc, w sumie, lepiej już próbować brać sprawy w swoje ręce.
Jak idzie o naszego nowego proboszcza, póki co wszystko wskazuje na to, że całość należy do niego. On stara się jak może. Opowiada nam o tym, jak bardzo ważne jest to, byśmy mieli świadomość, że wszystko w naszych rękach. Że jesteśmy sokołami Jezusa Chrystusa, że jesteśmy Jego rycerzami, i że to jest prawdziwe szlachectwo, które zobowiązuje. A ja już tylko mam nadzieje, że kiedy tam się zrobi naprawdę gorąco, on nas wszystkich tak opieprzy, że się nie pozbieramy. A ci, co tam i tak nie mają czego szukać, zwyczajnie się rozpierzchną. Myślę też, że by nie zaszkodziło, gdyby on ten numer wykonał po pijanemu. Choćby po to, by nikomu nie przyszło do głowy sądzić, że on nie jest człowiekiem. Takim jak każdy z nas.

Bardzo proszę o nas nie zapominać. Dziękuję.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Refleksja bardzo otwarta na temat pewnego jeszcze bardziej otwartego listu

Kiedy pisałem swoja poprzednią notkę o potrzebie uwzględnienia perspektywy takiej oto, że być może przyjdzie nam w tej wojnie zacząć walić z baśki, a nawet jeszcze kiedy ową notkę umieszczałem na blogu, nie znalem listu, jaki Marek Migalski wysłał do prezesa Kaczyńskiego. Więcej – nie wiedziałem nawet, że w ogóle myśl o jego napisaniu zrodziła się w głowie dr Migalskiego. Tym bardziej jednak zbieżność obu tekstów, a więc mojego o baśce i Migalskiego o jego dramatycznym poczuciu niespełnienia, wydaje się być dość ciekawa. Czyżby moja bezgraniczna sympatia do Marka Migalskiego miała też swój poziom metafizyczny?
Bo, trzeba Wam wiedzieć, ja do Migalskiego mam stosunek irracjonalnie entuzjastyczny. Jeszcze kiedy go oglądałem w telewizji w roli zwykłego komentatora, jak mówili mądrzy ludzie, na usługach PiS-u, byłem zachwycony każdym jego słowem i każdą jego analizą, a później, kiedy już miałem okazję go poznać osobiście mój podziw dla niego wyłącznie wzrastał. I za jego inteligencję – co zawsze muszę podkreślić, inteligencję w najlepszym słowa tego znaczeniu – za jego niezwykły urok, za wdzięk, uprzejmość i bezpretensjonalność. Nie wiem, ilu z Was udało się poznać Migalskiego osobiście, ale jestem przekonany, że ktokolwiek go zna bliżej, wie, o co mi chodzi, kiedy mówię, że nawet jeśli on udaje, to nic nie szkodzi. Niech sobie udaje.
No i dziś mamy z Migalskim problem. I kiedy to mówię, wiem, że w tym akurat wypadku nie ma mowy ani o moim zacietrzewieniu, ani starczej zawziętości, która mnie zamknęła na jakiekolwiek argumenty z drugiej strony. Wystarczy choćby zajrzeć na sondę, jaką przeprowadził Salon24 wśród osób tam zaglądających. Większość bowiem uczestników tej ankiety twierdzi, że Migalski zwyczajnie odjechał, a już zdecydowana większość twierdzi, że odjechał całkiem lub częściowo. I nie mam wątpliwości, że nie jest przy tym tak, że klientela Salonu24, to w większości podstarzała pisobolszewia. A zatem, tu jednak jest coś nie w porządku z samym Migalskim.
Myślę, że nikt nie powinien mieć wątpliwości co do tego, że na temat jego obecnego zachowania i listu, o którym dudnią od wczoraj wszystkie media mam swoje do powiedzenia. Inna sprawa, czy mam na ten temat gadać ochotę. No ale wszystko wskazuje, że nie bardzo mam inne wyjście. Każdy dzień przynosi nowe wydarzenia, a to akurat jest jedno z tych bardziej ważnych. Powiedziałbym, najważniejszych. Zanim jednak przejdę do sedna, chciałbym powiedzieć, że nie mam do Migalskiego najmniejszych pretensji o to, że pisze co mu leży na sercu. Nie mam też żadnych wątpliwości, że jego świętym prawem jest krytykowanie tego co robi Jarosław Kaczyński i jego najbliższe otoczenie, i proponowanie rozwiązań, które on – choćby tylko on – uważa za słuszne. Jestem szczerze przekonany, że ostatnią rzeczą za jaką Migalski może być potępiony w Prawie i Sprawiedliwości, to za to, że ośmielił się powiedziec, że Jarosław Kaczyński prowadzi kiepską politykę, nawet jeśli temu stwierdzeniu towarzyszyłby postulat zmiany władz partii. Z mojego punktu widzenia, Marek Migalski, jak i ktokolwiek zresztą inny, mogą sobie na temat PiS-u i Kaczyńskiego gadać, co im ślina na język przyniesie, pod warunkiem, że będą merytoryczni i uprzejmi, i jeśli ktokolwiek się za to ma na nich obrazić, to z całą pewnością nie będzie to Jarosław Kaczyński.
Ale to też idzie w drugą stronę. I Jarosław Kaczyński i każda inna osoba związana emocjonalnie z tym projektem może Migalskiemu powiedzieć, co sobie o tych jego wywodach, a także o nim samym i o stanie w jakim się znalazł, myśli. Bo, wbrew temu co głosi banda jakiś albo wynajętych, albo zaczadzonych komentatorów, PiS to jest partia, gdzie na każdego kto się bez sensu obraża, większość patrzy w najlepszym wypadku ze zdziwieniem. Bo prawda jest taka, że PiS to jest partia ludzi inteligentnych, intelektualnie samodzielnych i odważnych w głoszeniu swoich poglądów.
Skoro to sobie już wyjaśniliśmy, mogę spokojnie przejść do samego Migalskiego i jego kuriozalnego listu, i powiedzieć, że Migalski ostatnio zachowuje się, jakby oszalał, albo uznał, że znalazł metodę na poprawienie sobie samopoczucia po wyborach, których nie udało nam się wygrać. I wcale nie chodzi mi o to, co on w tych swoich, z mojego punktu widzenia dziwnych, wypowiedziach, chce nam powiedzieć. W końcu wszyscy dyskutujemy. Jedni mają takie opinie, inni inne, a inni jeszcze inne. Ja na przykład dochodzę do wniosku, że styl kampanii wyborczej, na jaki zdecydował się Jarosław Kaczyński i jego sztab był jednak nieskuteczny. Że lepiej było do prowadzania tej kampanii wziąć nie Pawła Poncyliusza, lecz Jacka Kurskiego, że trzeba było gadać wyłącznie o katastrofie i oczywiście, że należało od samego początku, bez oglądania się na to co o nas mogą powiedzieć ci co nas nienawidzą, a przede wszystkim zgodzić się na to, by Marta Kaczyńska brała w tej kampanii jak najbardziej aktywny udział. A jeśli mój kolega LEMMING, czy ktokolwiek inny uważa że się mylę, to nic w tym złego. Problem z Migalskim polega na tym, że jego ostatnie zachowania bardziej niż o jego poglądach świadczą o nim samym. Że forma tego listu, a przy tym oczywiście i trochę sama jego treść, wskazują na to, że on chyba jednak nie jest aż tak inteligentnym i uroczym człowiekiem, jak się mogło wydawać. Że w nim jest coś co świadczy o tym, że on ma tam coś jeszcze, o czym na co dzień nas nie informuje.
Otwarty list, jaki Migalski zaadresował do Jarosława Kaczyńskiego zawiera niemal pełne cztery strony tekstu, w układzie edytorskim, jakim mamy tu okazję niemal codziennie się zajmować. A więc jest niemal dwukrotnie dłuższy od tego co ja tu najczęściej – ku ubolewaniu miłośników krótkiej formy – wklejam. Jest nawet dłudzy od tego wpisu, bardzo jednak długiego. I nie jest to literacka pogawędka adresowana do czytelnika, który dał już wielokrotnie do zrozumienia, że na to czeka i się tym bawi, ale tak zwany bryk, którego miejsce byłoby raczej w Gazecie Wyborczej, i to w dodatku na stronie o gospodarce, a nie na biurku Prezesa, który ostatnio tak jakby miał inne sprawy na głowie – zauważył Pan to, Panie Pośle? – niż podziwianie narracyjnej bystrości jednego, choćby nawet i wybitnego, z komentatorów. Moje dzieci mówią mi, że ja nie powinienem dosłownie traktować tego adresu. Że wprawdzie tekst Migalskiego nosi tytuł listu do Kaczyńskiego, ale tak naprawdę jest polityczną wypowiedzią adresowaną do… no właśnie, nie za bardzo wiadomo kogo. Ale niech nawet będzie tak, że oni mają rację. Że to nie chodzi o Kaczyńskiego, tylko o politykę i o miejsce w niej, jakie dla siebie widzi Migalski. Sytuacja w jakiej dziś znajduje się Polska i sam Jarosław Kaczyński, sprawia jednak, że można na niego reagować wyłącznie na dwa sposoby – albo niesmakiem, albo podejrzeniem, że Migalski coś tam jednak chowa po kieszeniach. No i do kogo wreszcie on adresuje te żenująco śliskie zapewnienia o swojej nieskończonej wdzięczności za to, że Jarosław Kaczyński dał mu to co on dziś ma, kiedy wydawało się, że za chwilę nie będzie miał nic, jak tylko jakąś opętaną panią sędzię na głowie, jeśli nie do Jarosława Kaczyńskiego? A jeśli do niego, to jak on – człowiek tak inteligentny i umiarkowany – mógł się okazać tak pyszny, że uznał, że te słowa do Kaczyńskiego dotrą i że dotrzeć powinny?
Jest więc dla mnie list Migalskiego okrutną zagadką. Domyślam się, że on go napisał, bo jest politykiem i coś kombinuje. Jego prawo, ale nie mam pojęcia, co tak inteligentny człowiek jak on może w tej sytuacji, i przy ostatnich doświadczeniach tak zwanej Polski Plus, czy Marka Jurka, kombinować? Biorę też pod uwagę, że za tym listem stoi jedynie zwykła, skromna potrzeba podzielenia się swoimi opiniami z naszą sceną polityczną. Ale tego akurat tym bardziej nie rozumiem, już ze względów czysto praktycznych. Kogo bowiem obchodzi, co Migalski sądzi o Kaczyńskim, o ile z jego opinii nikt nie będzie miał żadnego pożytku, poza chwilową satysfakcją jakichś paru czarnych komentatorów? Widzę też jeszcze inną możliwość. Że Marek Migalski stal się ofiarą swojego własnego sukcesu i zwyczajnie odjechał. Że doszedł do wniosku, że on jest poważna gwiazdą i że na jego słowa wszyscy z niecierpliwością czekają. Że on jest jak Palikot, tyle że nie dla idiotów, lecz dla ludzi posiadających prosty wdzięk i zwykłą ludzką elegancję. I że to jest bardzo przyjemnie, jak człowiek nagle jest tematem głównych wiadomości. I to w dodatku jako wzór bezkompromisowej, lecz mądrej odwagi. A coś takiego, jak List Otwarty Do Jarosława Kaczyńskiego, to bardzo dobry środek do tego, by zrobić sobie dobre wejście tam. Właśnie tam.
Wczoraj, w jednym z komentarzy na tym naszym blogu, Traube zwrócił uwagę na fakt, że Jarosław Kaczyński jest głównym, by nie powiedzieć, że niemal jedynym tematem pierwszych codziennych wiadomości we wszystkich możliwych mediach. Ja z kolei zauważyłem całkowicie świeży komentarz jakiegoś onetowca, który żalił się, że dopóki Jarosław Kaczyński będzie rządził, w Polsce nie będzie dobrze. A więc wygląda na to, że to jest ten temat. Jarosław Kaczyński. On, jak zawsze, jest w polskiej politycy polskiej i początkiem i końcem. No a przede wszystkim trampoliną, po której kto chce może sobie poskakać, w nadziei, że może nagle uda mu się ten jeden naprawdę dobry skok. I że Marek Migalski po długich miesiącach jak najbardziej zasłużonych sukcesów uznał, że chyba sam już nie da rady. I że czemu nie skorzystać z Kaczyńskiego? A więc zgrzeszył podwójnie: pychą i próżnością.
Ktoś kiedyś powiedział, że to co się liczy, to rzeczy najdrobniejsze. I że jeśli chcemy poznać źródło naszych poszukiwań, należy szukać szczegółu. I oto proszę bardzo – jest szczegół. Już pierwsze zdanie listu Migalskiego daje nam coś niezwykłego: „Pozwalam sobie na wysłanie do Pana listu w tej właśnie otwartej formie, bowiem chciałbym, iżby sprawy, o których będzie tutaj mowa, mogły stać się tematem powszechnej w naszej partii dyskusji”. Patrzę na to „iżby” i nie mogę uwierzyć własnym oczom. Co on wyprawia? Czy on oszalał? Czemu on nie napisał normalnie „żeby”, albo króciutko „by”? Ostatnio jak miałem okazję pękać ze śmiechu – zresztą nie tylko ja – na tego typu styl, to było jeszcze w starych czasach, gdy głównym autorytetem był jeszcze Adam Michnik. To on właśnie aż do przysłowiowego porzygania zadręczał nas tymi wszystkim „jakożby” i „azaliż” czy „zawżdy”. Z jednej strony śmialiśmy się z tego, a z drugiej wiedzieliśmy, że to musi o czymś świadczyć I to wcale nie zgodnie z tym, co sobie Michnik zamyślił.
To pogadaliśmy sobie, Panie Pośle, prawda? Niech Pan tylko nie mówi, że się Panu nie podobało. W końcu jest debata, czy nie?

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...