Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aborcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aborcja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 kwietnia 2025

Jeszcze o śmierci matczyno-płodowej

 

Parę dni temu całkiem przypadkiem trafiłem na Facebooku na profil pewnego ciekawego człowieka, którego to profilu główną chyba treścią jest pokazywanie się w towarzystwie różnego rodzaju paskudnych pająków, mrówek, jaszczurek, żmij, których wspólną cechą jest to, że ich jad jest tak bolesny, że został oficjalnie zakwalifikowany do najbardziej bolesnych na naszym pięknym świecie. Pokazuje się więc ów człowiek wraz z tymi stworzeniami i daje się im kąsać, a osoba mu towarzysząca kręci odpowiednio efektowne filmiki, na których możemy ów ból obserwować naprawdę z bliska.

Czemu człowiek ten robi to co robi, tego oczywiście nie wiem. W pierwszej chwili myślałem, że może on te jady testuje dla dobra nauki, ale po pewnym namyśle uznałem, że chyba jednak nie, natomiast to co mnie w nim intryguje, to to, czy dla niego ta przygodna związana jest jedynie z zarabianiem dobrych, jak to często ma dziś miejsce w internecie, pieniędzy, czy jest w tym czymś być może element pewnej przyjemności. W takim sensie, że dla niego to cierpienie – a z tego co widać, i co znajduje też potwierdzenie w wielu innych źródłach, jest to cierpienie nie byle jakie – jest czymś, bez czego byłoby mu trudno żyć, a więc stanowi rodzaj uzależnienia.

Kilka lat temu przez media przeleciała informacja o niejakim Richardzie Kuklińskim, urodzonym w Stanach Zjednoczonych Polaku, który zdobył sławę, stając się w pewnym momencie jednym z najbardziej bezwzględnych zawodowych zabójców. Sława Kuklińskiego została poważnie wzmocniona przez fakt, że pewien wybitny psychiatra przeprowadził z nim bardzo długi wywiad, który został nakręcony na taśmę filmową, a następnie wydany w formie dokumentalnego filmu. W filmie tym, który robi wrażenie swego rodzaju sesji psychiatrycznej, Kukliński opowiada o swoim życiu, o swojej rodzinie, wieloletniej pracy zawodowego zabójcy, wspomina swoje kolejne ofiary i to jak ginęły – a ginęły, co zresztą było dla Kuklińskiego charakterystyczne i co sprawiało, że przez dziesiątki lat pozostawał nieuchwytny, na najbardziej przemyślane sposoby – kiedy ma powiedzieć, co czuł, gdy kolejny człowiek z jego ręki umierał, niezmiennie odpowiadał, że nie czuł nic.

A ja uważam, że Kukliński – dziś już przed Bogiem, Jego nieskończoną sprawiedliwością i równie nieskończonym miłosierdziem – nie mówi prawdy, kiedy twierdzi, że dla niego zabijanie było jak splunięcie za ramię. Jeśli człowiek z zabijania czyni sobie stałe zajęcie, a zwłaszcza gdy, jak sam przyznaje, tych ofiar było grubo ponad setkę, jestem głęboko przekonany, że on tę robotę lubił, i to lubił bardzo. Jestem na granicy pewności, że dla Kuklińskiego każda dłuższa przerwa w pracy była prawdziwą udręką. Dla niego, każde kolejne zabójstwo, było, tak jak dla wspomnianego wcześniej człowieka od tych pająków i węży, jak narkotyk, uśmierzający o wiele większy ból, niż ból fizyczny – ból istnienia.

I ta konstatacja prowadzi mnie, jak pewnie się już domyślamy, do przypadku niesławnej pani lekarki ze szpitala w Oleśnicy, Gizeli Jagielskiej. Wielu z nas zachodzi w głowę, jak to się stało, że tak głęboka prowincja jak Oleśnica mogła urodzić takiego potwora i uczynić go sławnym na cała Polskę. Ja sam, kiedy pierwszy raz o niej usłyszałem, myślałem, że to jest jakaś stara pijaczka, jakich w tej branży nie brakuje, która przeprowadza te zabiegi za grube pieniądze, a tu tymczasem okazuje się, że nic podobnego. Szpital w Oleśnicy, z tego co czytam, to od lat najważniejszy ośrodek aborcyjny w Polsce, do którego ciągną wraz ze swoimi nienarodzonymi dziećmi kobiety z całego kraju. Dlaczego? No bo, jak od lat głoszą lewicowo-liberalne media, na czele z „Gazetą Wyborczą”, dr Gizela Jagielska nigdy im nie odmówi pomocy. A ona sama nie jest wcale ledwo żywą zapijaczoną staruchą, ale wręcz przeciwnie. Kiedy patrzę na jej zdjęcie, widzę stosunkowo młodą i, gdyby nie oczy, te oczy, to można by było nawet powiedzieć, że całkiem przyjemną z twarz kobietę. A kiedy czytam, skąd ona się wzięła, to okazuje się, że:

 „Od lat związana jest z Uniwersytetem Medycznym we Wrocławiu, gdzie pracuje jako asystentka w I Katedrze i Klinice Ginekologii i Położnictwa.

Posiada liczne certyfikaty z zakresu diagnostyki prenatalnej, w tym prestiżowe uprawnienia ‘Fetal Medicine Foundation UK’ dotyczące oceny serca płodu i badań USG w ciąży. Regularnie uczestniczy w międzynarodowych konferencjach i szkoleniach z zakresu medycyny matczyno-płodowej. Obecnie lek. Jagielska pełni funkcję koordynatorki Oddziału Położniczego, Patologii Ciąży i Bloku Porodowego w Powiatowym Zespole Szpitali w Oleśnicy”.

A zatem, ona nie tylko jest lekarzem pełną gębą, ale chodzącą dumą Powiatowego Zespołu Szpitali w Oleśnicy i osobiście nie widzę najmniejszej możliwości, żebym miał ją traktować, jako główny problem tego, co się tam wyprawia. Gdy przyglądam się całej tej sytuacji i kontekstowi, w jakiej ona zaistniała, to uważam, że nawet jeśli wszystkie sądy uznają, że tym razem Jagielska dokonała morderstwa z zimną krwią, a ona pójdzie za to siedzieć na długie lata, to naprawdę, to co w tym wszystkim jest najstraszniejsze pozostanie bez zmian. Rzecz bowiem w tym, że ona jest zaledwie – owszem, wybitnym – ale jedynie drobnym elementem owego legionu, któremu wspominana tu niejednokrotnie Peggy Noonan, przy okazji zabójstwa niezapomnianej Terri Schiavo, nadała imię „Zakochanych w śmierci”. Tak jak wówczas – niedawno minęła 20 rocznica tamtej tragedii – kiedy to nie któryś z lekarzy, który zamiast ratować życie pani Schiavo, odłączył ją od jedzenia i picia, ale cały przemysł, który wręcz wznosił modły do Szatana, by ona umarła, tak samo w wypadku tego chłopczyka, za jego śmiercią stoją tysiące okrutnych cięć, zadawanych przez wszystkich tych, dla których niewinna śmierć jest jak narkotyk.

To prawda, że Gizela Jagielska przeprowadza kolejne zabiegi aborcyjne, przede wszystkim dlatego, że każdy z nich sprawia jej nieopisaną przyjemność; to prawda, że jeśli tak się sprawy ułożą, że ona jednak zostanie skazana i w konsekwencji usunięta z zawodu, to jej największą zgryzotą nie będzie to, że będzie musiała swoją aktywność ograniczać do brania udziału w demonstracjach Strajku Kobiet, czy pisania felietonów do „Wysokich Obcasów”, ale to, że nie będzie mogła od czasu do czasu zabić bezbronne dziecko. I ja naprawdę nie wiem, jak ona sobie z tym poradzi. Może się powiesi, a może tylko rozpije i zacznie się snuć po galeriach handlowych i kraść drobne rzeczy a może po prostu się przerzuci na kokainę. Myślę zresztą, że tak czy inaczej ona źle skończy, natomiast z pewnością na posterunku pozostaną owi „zakochani w śmierci” komentatorzy.

Na zakończenie zacytuję kilka ostatnich zdań z pamiętnego tekstu Peggy Noonan, pisanego wobec zbliżającego się odejścia Terri Schiavo. Obyśmy nigdy nie zapomnieli tej nauki:

Terri Schiavo prawdopodobnie umrze. I z jej śmierci nie będziemy mieli żadnego pożytku. Jedynym efektem jej śmierci będzie to, że ci, którzy tak bardzo się w owej śmierci zakochali, będą jeszcze bardziej wściekli i wygłodniali.

A ci, którzy się wciąż uczą – nasze dzieci – o Boże! Jakąż to straszną lekcję one właśnie odbierają. Jakież to straszne historie pomagają im się kształtować. Oglądają one dramat Schiavo w telewizji, słuchają o nim w radio. Przed oczami mają społeczeństwo – społeczeństwo, w którym żyją – które stoi na granicy uznania, wręcz zaakceptowania faktu, że uszkodzone życie jest życiem nadającym się wyłącznie na przemiał. Nasze dzieci dorastały w epoce aborcji, i stanowią część epoki, gdzie podobno nawet bardzo szanowani ludzie myślą z entuzjazmem o eutanazji. Dla naszych dzieci i dla świata, który one będą tworzyć nie może być dobrą sytuacja, kiedy one otrzymują właśnie ową nową lekcję. Lekcję, podczas której dowiadują się, że życie ludzkie nie jest cenne, nie jest święte, nie ma nieskończonej wartości.

Kiedy już to uznamy – że ludzkie życie nie jest w końcu czymś aż tak bardzo szczególnym – wówczas wszystko jest możliwe, i nic już więcej nie będzie dobre. Gdy społeczeństwo dochodzi do przekonania, że życie ludzkie z samej zasady nie jest warte tego, by trwało, stąd już wiedzie bardzo śliska droga do komór gazowych. Jeśli to uznamy, znajdziemy się w jednej chwili na drodze, która zakręca w okolicy masowego morderstwa w Columbine, i prowadzi już prosto do Auschwitz.

Póki co, znajdujemy się w Pinellas Park w stanie Floryda”.





piątek, 28 stycznia 2022

Czekając na pierwszą polską romantyczną komedię o aborcji?

 

       Parę dni temu w rozmowie ze znajomym pojawiła się nagle kwestia – już nie pamiętam jaki był kontekst owego wspomnienia – pewnej bardzo szczególnej sceny z fimu „Prawdziwy Romans”. Otóż James Gandolfini, grający postać zimnego zabójcy, dopada w pokoju hotelowym Patricię Arquette w roli ex-prostytutki o imieniu Alabama i najpierw ją ciężko pobiwszy, a chwilę przed tym jak ma ją zabić, wygłasza niezwykle poruszającą mowę na temat swojej pracy, a brzmi ona mniej więcej tak:

A więc pierwszy raz gdy kogoś zabijasz jest najgorszy. I nieważne czy jesteś Wyattem Earpem, czy Kubą Rozpruwaczem. Pamiętasz tego faceta z Texasu? Tego co wystrzelał z tej wieży tych wszystkch ludzi. Założę się, że pierwszy którego trafił, to była cholera. Pierwszy jest zawsze ciężki, mówię poważnie.  Drugi, to też nie zabawa, ale jest już o tyle lepiej, że ten pierwszy raz masz już za sobą. No i czujesz się swobodniej. Jakoś tak lepiej. Nie uwierzysz, ale przy pierwszym, to się normalnie porzygałem. Trzeci to już pestka. Tyle co splunąć. Teraz to już tylko patrzę jak im się zmienia wyraz twarzy”.

      Jak mówię, nie pamiętam, o czym wtedy rozmawialiśmy, że musiał się pojawić ów Gandolfini, natomiast niemal chwilę później trafiłem na coś, co, gdyby wierzyć w tego typu przypadki, to on właśnie, wraz z tym swoim kompletnie obłąkanym tekstem, wywołał. Otóż, jak się dowiadujemy, w szpitalu w Częstochowie zmarła – jak się okazuje na COVID-19 – kobieta, która miesiąc wcześniej, będąc w pierwszym trymestrze ciąży, straciła bliźnięta. Pierwszy trymestr to, jak wiemy, pierwsze 12 tygodni, czyli dziecko będące wciąż w takiej fazie rozwoju, że nawet przeciwnicy aborcji są gotowi potraktować jako tak zwaną „kwestię sporną”, gdy chodzi o owej aborcji prawną dopuszczalność. Kobieta o której mowa, nosiła dwoje swoich dzieci, z tym że, jak się bardzo wcześnie okazało, jedno z tych bliźniąt było martwe. Od tego momentu ocena sytuacji się rochodzi w kompletnie przeciwnych kierunkach, bo wedle rodziny owej kobiety, szpital miał podjąć decyzję o usunięciu martwego płodu, szpital natomiast się tłumaczy, że lekarze nie bardzo chcieli przy tej ciąży nic kombinować, tak by nie ryzykować życia żywego dziecka. Są jeszcze oraganizacje typu Aborcyjny Dream Team oraz wspierające je media, które dostały wręcz furii, że zamiast ratować życie matki, szpital drżał ze strachu, że co to będzie jeśli oni zabiją też to drugie dziecko i Ziobro ze swoja mafią ich wszystkich wsadzi za kratki.

      A więc klasyka. Niemal powtórzenie nieszczęścia do jakiego doszło kilka miesięcy temu w szpitalu w Pszczynie. Jest jednak coś na co my tu, podczas rodzinnych rozmów, zwróciliśmy uwagę i wygląda na to, że w tym akurat wypadku doszło do swoistego coming-outu. Otóż gdy czytam przede wszystkich całą serię relacji publikowanych przez wspomniany Aborcyjny Dream Team, różne organizacje afiliowane, jak rónwnież, media i last but not least komentujące zdarzenie tak zwane „internety”, nie mogę nie zauważyć, że gdy oni piszą o owych zmarłych płodach, nie mówią nagle o płodach właśnie, embrionach, zygotach, zlepkach komórek, tylko – uwaga, uwaga – o dzieciach, chłopcach, bliźniętach, a nawet o małym dziecku, któremu owi „obrońcy życia” kazali cierpieć obok gnijących zwłok brata. Nic nie przesadzam. Wyobraźnia tych ludzi nagle doznała takiego wyostrzenia, że oni zobaczyli tam w łonie tej kobiety przerażonego małego chłopczyka pływającego obok rozkłądających się zwłok innego dziecka – jego brata bliźniaka. Oczywiście, tu wciąż, głównie może „Wysokie Obcasy”, trzymają się określenia „płód”, niemniej ani na moment nie opuszcza ich poczucie, że tam rozwijało się życie. Popatrzmy na tekst opublikowany na facebookowym profilu Aborcyjnego Dream Teamu:

Według ekspertyzy lekarskiej, 23 grudnia 2021 zmarł jej pierwszy z bliźniaków, niestety nie pozwolono na usunięcie martwego płodu, ponieważ prawo w Polsce temu surowo zabrania. Czekano aż funkcje życiowe drugiego z bliźniaków samoistnie ustaną. Agnieszka nosiła w swoim łonie martwe dziecko przez kolejne 7 dni. Śmierć drugiego z bliźniaków nastąpiła dopiero 29 grudnia 2021 r. Następnym karygodnym faktem jest, że ręcznego wydobycia płodów dokonano po następnych 2 dniach, a mianowicie 31.12.2021 roku. Przez ten cały czas, zostawiono w niej rozkładające się ciała nienarodzonych synków. Nie zapomniano jednak w porę poinformować księdza, aby przyszedł na oddział i odprawił pogrzeb dla dzieci”.

      I tu mowy nie ma, by którekolwiek z nich choćby jednym zdaniem wspomniało o „plemniku” „zlepku komórek”, czy choćby „embrionie”. A pamiętajmy, oni postanowili się pochylić nie nad płodem 20, czy 25-tygodniowym. Oni mówią o pierwszym trymestrze ciąży. A mówiąć „oni” mam na myśli organizację i ludzi, którzy na swoich sztandarach niosą hasło: „Każdy powód do aborcji jest OK. Aborcja jest OK”. A tu nagle „rozkładające się ciała nienarodzonych synków”.

      Rozmawialiśmy troche o tym i nagle przyszła nam do głowy rzecz bardzo ciekawa. Otóż jest bardzo prawdopodobne, że oni wszyscy tak naprawdę wcale nie uważają, że poczęte dziecko to zlepek komórek, zygota, czy zaledwie coś co dopiero ewentualnie się zdarzy. Jest całkiem możliwe, a czym dłużej o tym myślę, to nabieram coraz większej pewności, że to jest coś jak najbardziej realnego, oni doskonale wiedzą, że kiedy krzyczą „Aborcja jest OK”, to doskonale zdają sobie sprawę z tego, że tu ginie człowiek, i to ginie w sposób wyjątkowo brutalny, niemal tak brutalny jak brutalna jest myśl o „rozkładających się ciałach nienarodzonych synków”.

        Oni zatem, wzywając do tego by zabijać te dzieci, robią to w stanie najwyższego upojenia. Uważam, że zdecydowana większość ludzi i organizacji wzywających do legalizowania aborcji na życzenie, robi to, ponieważ owa myśl o tym, jak te dzieci wiją się z niepojętego przerażenia, by potem cierpieć niewymowne męki, ich najzwyczajniej w świecie podnieca. Sprawia im ona taką przyjemność, że gdyby tylko mieli okazję obserwować ową rzeź na żywo – tak jak to jest w przypadku samych aborterów – to by już tylko patrzyli, jak tym dzieciom się zmienia wyraz twarzy. Dlatego też coraz częściej apelują, by legalizować aborcję do ostatniego tygodnia ciąży. Wtedy zdecydowanie lepiej widać.

       Wspomniana scena z filmu, od której zacząłem dzisiejszy tekst kończy się tak, że gdy Gandolfini siedzi w krześle ze spluwą, patrząc na pobitą do krwi i cierpiącą Alabamę, i rozmarzony snuje tę swoją szatańską opowieść, ona podnosi się z podłogi i zamierza się w jego kierunku porzuconym na podłodze korkociągiem. Ten się szeroko uśmiecha i mówi: „No dalej, mała. Uderz mnie”. Nie powiem co dalej, bo nie chcę palić zakończenia, ale zapewniam, że jest naprawdę piękne. Polecam. To tylko film, ale zapewniam, że jest o czym pomarzyć.



 

wtorek, 15 czerwca 2021

Czy Diabeł wie że należy spłukiwać toaletę?

 

      Wczoraj przyniósł nam Internet pewną naukę, moim zdaniem, nadzwyczaj interesującą, a ponieważ, jak mi wiadomo, znaczna część z nas trzyma się bardzo z dala od tego akurat źródła swojej codziennej wiedzy, pomyślałem że się nią tu podzielę, choćby po to by żadnego z nas nie ominęła szansa poznania czegoś, co wiedzieć jak najbardziej warto. A zaczęło się od tego, że media tak zwane oficjalne poinfomowały nas o tym że w oczyszczalni ścieków w Ząbkowicach Śląskich, podczas czyszczenia jednego ze zbiorników, pracownik trafił na zwłoki płodu, i to płodu na tyle już dużego, że postanowił o swoim odkryciu powiadomić policję. Ta z kolei widząc to co widzi, uznała sprawę za na tyle poważną, że zdecydowała się powiadomić o niej służby medyczne, oraz oczywiście prokuratora. Wstępnie stwierdzono tylko tyle, że w chwili śmierci wspomniany płód miał grubo ponad cztery miesiące, natomiast cała reszta, a więc to, kim jest matka i co lub kto sprawił że doszło do tego nieszczęścia pozostaje do dziś tajemnicą.

       I pewnie na tym moglibyśmy te nasze smutki zawiesić do czasu uzyskania bardziej szczegółowej w tym temacie wiedzy, gdyby nie fakt, że owo zdarzenie – i tu wkracza do akcji Twitter – wywołało histeryczną wręcz reakcję wszelkiego możliwego lewactwa, spod wszelkich możliwych symboli, w postaci tłumaczenia każdemu kto ma tylko ochotę słuchać, że w końcu nie stało się nic takiego, poza zwykłym poronieniem. W końcu kobiety na całym świecie niemal od zawsze tracą ciąże każdego dnia i nigdy dotychczas nie było tak, by z tej okazji były one prześladowane przez policję i prokuraturę. I że jeśli tak dalej pójdzie, to już wkrótce policja będzie przyszukiwała wszystkie oczyszczalnie ścieków w kraju i wzywała polskie kobiety, by przedstawiały zużyte podpaski jako dowody w tym czy innym śledztwie.

      To natomiast co mnie w tym wszystkim tak porusza, to wbrew pozorom nie owa demonstracja klasycznego zidiocenia, ale wręcz przeciwnie, swego rodzaju cwaniactwa. Otóż ja nie mam wątpliwości co do tego, że nawet najgłupsi z nich doskonale zdają sobie sprawę z tego, że tym razem stanęli nie wobec zwykłego poronienia, czy choćby najmniej cywilizowanej formy aborcji – bo przeciw tym zjawiskom zdążyli się już uodpornić – ale paradoksalnie właśnie dziecka spłukanego w toalecie. Jestem w stu procentach przekonany, że każdy z nich wie doskonale, że to co odnaleziono w tych ściekach, to nie była kupka zakrwawionych tkanek, ani tym bardziej plamka samej krwi, ale coś co do tego stopnia przypominało człowieka, że ów biedny pracownik oczyszczalni się zaniepokoił. I to akurat – mimo iż udają że jest inaczej – oni wiedzą doskonale, że on zobaczył maleńkie, skutecznie obmyte z krwi, martwe dziecko. I ta pewność moim zdaniem sprawia, że się zdenerwowali do tego stopnia, że postanowili tę prawdę zakrzyczeć, kłamiąc sobie samym prosto w oczy.

      Oni wszyscy, jestem tego pewien, wiedzą tak samo dobrze jak każdy z nas, że tak duże dziecko nie jest w stanie ot tak sobie wyskoczyć z matki, kiedy ona siedzi na toalecie i robi siusiu, i że ona albo była w takiej desperacji, że je sobie z siebie wydłubała przy pomocy jakiegoś narzędzia, albo ktoś – czy to ojciec dziecka, czy może jej rodzice – ją do tego skłonił siłą lub bardzo poważną perswazją, lub ewentualnie ów przedwczesny poród spowodował jakiś wynająty konował. A ponieważ zrobił to całkowicie nielegalnie, to owa zbrodnia została na tyle ukryta, że jedynym lepszym rozwiązaniem było to dziecko zjeść. I oni to wiedzą. A wiedząc to, mają jak najbardziej świadomość, że los owej nieszczęsnej matki pozostaje dramatycznie wręcz dla nas nieznany, nie wykluczając też i takiej możliwosci, że ona również, podobnie jak jej dziecko, została spuszczona do jakiegoś odpowiadającego jej rozmiarom zbiornika.

        A więc oni to wiedzą. A ja sobie myślę, że skoro to wiedzą, a mimo to wciąż coś plotą na temat zygoty, podpasek i wczesnych poronień, to znaczy że coś ich bardzo, ale to bardzo, dręczy. I domyślam się jak najbardziej, co to takiego. Otóż, jak już wspomniałem wcześniej, jest to strach przed tym, że trzeba im będzie zaakceptować fakt, że to o co oni z taką zawziętoscią walczą i co w wielu wypadkach stanowi sens ich życia, to o prawo do bezkarnego unicestwiania tego co bezbronne. Mało tego: chodzi o prawo do otwartego głoszenia owego przekonania, że zabójstwo może być... cool. I oni wszyscy nagle to ujrzeli tak strasznie wyraźnie w obrazie tego dziecka, w tej jego koszmarnej podróży wśród naszych szczyn, gówien i innych nieczystości, do wyboru do koloru.

       Przepraszam bardzo, ale, moim zdaniem, choćby najbardziej okrutna prezentacja poćwiartowanych dziecięcych zwłok, a tym bardziej demonstrowanie owych wymodelowanych w skali 1:1 figurek dwunastotygodniowych dzieci, czy ich stópek i paluszków na przypinkach, to ledwo słyszalny szept wobec dzisiejszych myśli o tym dziecku w oczyszczalni ścieków w Ząbkowicach Śląskich.

       Czy w związku z tym jest coś na co szczególnie liczę? Powiem szczerze, że nie bardzo. Moim zdaniem, mając dzisiaj już tylko ten jeden wybór pomiędzy przyznaniem, że to co znaleziono w owym zbiorniku to człowiek i że ktoś się do jego śmierci przyczynił, a powtarzaniem w kółko zaklęć na temat zygoty, oni wybiorą zygotę. Może z wyjątkiem choćby tego jednego nawróconego... a z mojego punktu widzenia, to już byłby sukces i nadzieja na lepsze.

     


niedziela, 31 stycznia 2021

O tym jak Pussy Galore została na nowo kobietą

 

       Ostatnio w mojej przestrzeni najpierw pojawił się termin „osoba partnerska”, chwilę potem kolejny, „osoby z macicą”, a jeśli ktoś nie do końca orientuje się, o co chodzi z tymi „osobami”, już spieszę wyjaśnić. Otóż chodzi o to, że zdaniem niektórych, coś takiego jak „kobieta”, czy „mężczyzna”, jeśli w ogóle istnieje, to wyłącznie w formie szczątkowej, stopniowo będąc zastępowane przez cały szereg płci, wśród których my mężczyźni i kobiety stanowimy zaledwie żałosny kaprys. Chciałem sprawdzić o co chodzi z tą „osobą”, a zatem wpisałem w swojej wyszukiwarce termin „persons with uterus” i okazało się, że to wszystko już działa od lat, a my, jak zwykle wleczemy się w cywilizacyjnym ogonie, udając że jesteśmy jak najbardziej na bieżąco. Miałem też plan, by coś na ten temat napisać, zahaczając nawet o coś pozornie tak odległego od tematu jak najnowszy wręcz zalew telewizyjnych reklam ze środkami na potencję dla prawdziwych mężczyzn, ale ostatecznie nie znalazłem w sobie dość sił, by choćby tę refleksję odpowiednio rozpocząć.

       I oto, proszę sobie wyobrazić, ledwie co wczoraj trafiłem na informację, że w telewizji TVN24 wystąpiła niejaka Natalia Broniarczyk, przedstawicielka organizacji o nazwie Aborcyjny Dream Team, która, jak sama nazwa wskazuje, z dumą i odpowiednim zacięciem organizuje dostęp do aborcji dla wszystkich chętnych na całym świecie. Natalia Broniarczyk, z dla nas jak najbardziej oczywistych powodów podpisująca się imieniem Nata Lia Broniarczyk, udzieliła wypowiedzi wspomnianej telewizji i z rozmowy wyszła nadzwyczaj niezadowolona, czemu dała wyraz w swoim wpisie na Facebooku, który ja zdecydowałem się przytoczyć tu dziś w całości. Proszę o cierpliwość:

To będzie o stygmie aborcyjnej w polskich mediach. Wczoraj był jeden z najintensywniejszych dni w całej historii adt. Na naszym pomocowym lajfie zwróciłyśmy się do TVN24 żeby nie bali się nas zapraszać do swoich programów. Nie będziemy im robić skandali aborcyjnych, ale chętnie opowiemy o tym jak wygląda organizowanie sobie czy komuś aborcji. Wiedzę mamy pokaźną, a czas jest wyjątkowy - zależy nam, żeby informacja o tym, że jest gdzie się zwrócić po pomoc dotarła jak najszerzej. Miałyśmy wczoraj dwie setki do programów tvn24. Zareagowałyśmy z entuzjazmem - będzie szansa powiedzieć numer, że wspieramy finansowo, emocjonalnie i logistycznie, że osoby nie są same, że aborcje się dzieją.

Obie z Justyną spędziłyśmy po pół godziny z dziennikarkami. Mówiłyśmy, że osoby codziennie przerywają ciążę, że najczęściej tabsami w domach, ale, że dzięki aborcji bez granic jesteśmy tez w stanie skutecznie pomagać również w organizacji zabiegów za granicą, że nikogo nie zostawiamy bez wsparcia, że finansujemy wszystko, jeśli jest taka potrzeba, i że będziemy to robić. Oba materiały zostały tak pocięte i zmontowane, że nic co było naszym celem nie zostało osiągnięte. W materiale z Justynką pada, że to są ciężkie rozmowy i czasem dzwonią partnerzy. A u mnie, że ‘w przyszłym tygodniu pierwsze osoby jadą na zabiegi do Holandii’ i tu pada komenarz dziennikarki ‘bo je na to stać’ zero numeru, zero info jak uzyskać od nas pomoc.

Ja wiem, że my ze swoim destygmatuzujacym [tak jest w oryginale] zacięciem jesteśmy dla wielu za radykalne i trudne za do zaakceptowania, ale jeśli tworzysz materiał o tym jak wygląda aborcja i jak można ją zrobić, to nie wybieraj tylko tego co ci pasuje pod tezę. To jest manipulowanie nastrojami społecznymi a nie rzetelne dziennikarstwo. My nie chcemy mieć z tym nic wspólnego i zwyczajnie nie mamy na to czasu. Od dziś w Tvn24 tylko live - choć zapewne nas i tak nigdy nie zaproszą karo dziś miała wywiad z Tvn24 - mam nadzieje, że tego nie spierdolą.

Druga ważna rzecz to w ogóle poziom debaty na temat aborcji w mediach głównego nurtu. Wiem, że strategia na litość wydaje się ciągle wielu osobom skuteczna i jest też na stałe wdrukowana w strategie komunikacyjną innych organizacji zajmujących się aborcją.

Wiem, że ja czy Justynka mówiąca o tym, że towarzyszymy w aborcjach w piątek, świątek czy niedziele, że grup pomagających w aborcjach jest coraz więcej i naprawdę coraz szerzej docieramy, że pomagamy osobom w pierwszych trymestrach, ale również w 23, 24,25, 26 tygodniu ciąży całościowo poprzez kasę, informacje, logistykę i całościowe wsparcie emocjonalne w porównaniu do narracji innej organizacji, która mówi, że ‘telefon dzwonił całą noc, a kobiety tak płakały, że nie można było ich zrozumieć, i (ona- dyrektorka) musiała okazać się najdzielniejsza i wspierać kobiety w kryzysach emocjonalnych) wydaje się mediom mało ‘hot’ i ‘seksi’, zwyczajnie nudne i nie pasuje pod tezę. Ciągle musimy zmierzać się z tym i zagryzać zęby.

Z całych kręgów stygmatyzacji aborcji a jest ich 5, obszar mediów jest najtrudniejszy. Czuję jakbyśmy waliły głową o ścianę. Nie zamierzamy przekonywać osób, że aborcja nie musi być najtrudniejsza decyzja w życiu - wszak dla wielu, to ciągle jest obszar opinii a nie faktów. Natomiast jak dzwonicie do nas i chcecie porozmawiać o tym jak ADT czy ABG pomaga w aborcjach to róbcie materiał o tym, o czym miał być. Bo to ze pomagamy i jak pomagamy to są fakty a nie opinie. To, że w zeszłym roku minimum 7 tysięcy osób skorzystało z naszej pomocy to jest fakt. To ze cała kwota udzielonego wsparcia z zeszłego roku wyniosła ponad 320 tysięcy złotych a średnia kwota na osobę ponad 3 tysiące złotych to jest fakt. To, że numer 22 29 22 597 działa codziennie i jest rozgrzany do czerwoności to jest fakt. Mail zapchany, skrzynki fb i insta tak samo - gdyby nie nasze ‘adt wsparcie’ w postaci 9 wspaniałych osób, to byśmy już leżały nieprzytomne. To, że pomagamy w aborcjach każdego dnia to są wszystko fakty. Nie chcesz o tym mówić na wizji - nie zawracaj nam głowy.

Chcesz tworzyć pełne stygmy materiały? Nie zawracaj nam głowy. My chcemy docierać z informacją o naszej pomocy jak najszerzej a nie być wycięte i wykorzystane do materiału rodem z tvp.

Aborcja z przyczyn embriopatologicznych jest często powiązana z poczuciem żalu, smutku, a nawet żałoby. Wiemy o tym, rozmawiamy i piszemy z osobami w takich sytuacjach dosyć często. Mogłybyśmy opowiedzieć o tym, ale Wy nie chcecie słuchać! Macie swoje wizje i zero elastyczności. Tak właśnie działa stygmatyzacja aborcji w mediach.

Chcecie, żeby was łączyć z takimi osobami, żebyście mogli usadzić je tyłem, zmienić im głos i pokazać płacz. Jak mamy wam zaufać i łączyć was z tymi osobami, skoro nawet nas potraficie wykorzystać w taki sposób??? Jak mam uwierzyć w dobre intencji dziennikarki, która wycina moje słowa i montuje materiał tak, że nabierają one całkowicie innego znaczenia?

Walcie się.

Głęboko wierzymy, że nie da wywalczyć wolnego dostępu do aborcji jednocześnie ją stygmatyzując. To nie była, nie jest i nigdy nie będzie nasza strategia.

Aborcja na żądanie - bez przepraszania! Inaczej zawsze będzie mniejszy lub większy syf. Nie będziemy się ścigać z innymi organizacjami na drastyczniejsze przypadki. Nie chcemy przykładać ręki do tego, że osoby będą się jeszcze bardziej wstydzić aborcji, bo ‘nie płakały za dużo’, bo ‘nie miały wystarczającego powodu’.

Aktualnie państwo tylko pokazało, że w dalszym ciągu zamierza umywać ręce od wszelkiej odpowiedzialności za nasze zdrowie i za nasze życie.

Jedyne co mamy to siebie nawzajem.

To jest bardzo dużo, ale potrzebujemy tez zmiany na lepsze, zmiany na poziomie legislacyjnym, bo to dotyczy naszej godności i naszego poczucia bezpieczeństwa.

Mamy prawo czuć się bezpiecznie w miejscu, w którym mieszkamy z naszymi rodzinami. Dopóki nie będzie takich zmian na poziomie legislacyjnym to zawsze możecie liczyć na całą Aborcje Bez Granic i ADT, zawsze możecie zapytać nas jak przerwać ciąże i otrzymać od nas pomoc, niezależnie od powodu, ze względu na który chcesz przerwać ciąże, niezależnie od tego czy w trakcie ciąży zostały wykryte wady genetyczne.

I pamiętaj wszystko co czujesz w kontekście swojej aborcji jest ok. Aborcja nie powoduje traumy, depresji tak jak nam próbują wmawiać niektórzy politycy. Większość osób decyduje się na aborcje bo nie chce tej ciąży. Umiemy podejmować odpowiedzialne decyzje dotyczące naszego życia, naszego zdrowia i ciała. Czas najwyższy nam zaufać.

My wiemy co robimy, i żadne prawo, nawet najbardziej surowe nie sprawi, że przestaniemy te decyzje podejmować.

Nie chcemy mieć dostępu do aborcji

z litości ‘bo używamy wieszaków’.

Nie chcemy być ratowane.

Chcemy mieć dostęp do aborcji,

bo go po prostu chcemy,

bo go potrzebujemy,

bo go żądamy,

bo na niego zasługujemy.

Chcemy mieć dostęp do aborcji,

bo przerywamy ciąże.

A media głównego nurtu może kiedyś to zrozumieją”.

      A ja, chcąc ów manifest w jakiś sensowny sposób skomentować, chciałbym zakomunikować, że ja też dziś wyjątkowo również przedstawię swój swego rodzaju manifest. Otóż, proszę sobie wyobrazić, że właśnie, korzystając z uprzejmości platformy HBO odtworzyłem sobie zamierzchły już bardzo film z Agentem 007, zatytułowany „Goldfinger”. Proszę mi pozwolić na krótkie streszczenie. Oto – jeśli dobrze zrozumiałem wątek –  jest człowiek, który planuje na najbliższe 50 lat radioaktywnie skazić całość zgromadzonych w złocie rezerw federalnych Stanów Zjednoczonych w ten sposób, że jego osobiste rezerwy zwiększą swoją wartość wielokrotnie, a jego główną w owym planie bronią jest wyjątkowo zła i bezwzględna kobieta imieniem Pussy Galore (swoją drogą bardzo dobry zespół punk rockowy). Któregoś dnia jednak, zanim dojdzie do nieszczęścia, między Bondem i Pussy Galore dochodzi do siłowej konfrontacji i Bond ową kobietę, ku jej oczywistemu zadowoleniu, gwałci. Sceny samego gwałtu, jako że były to wczesne lata 60.,  oczywiście nie oglądamy, natomiast wiemy, że owa Pussy Galore przechodzi natychmiast na stronę Dobra, co James... James Bond, w osobie niezastąpionego Seana O’Connery, komentuje następującymi słowami: „To przez to że wzbudziłem w niej instynkt macierzyński”.

     Zdaję sobie oczywiście sprawę, że gdy chodzi o Nata 

Lię Broniarczyk, może nie pójść aż tak łatwo, zwłaszcza że mamy nie rok 1964, ale lata całkowicie od tego co było różne, ale ja wciąż wierzę, że to jest niezmiennie najlepszy sposób: wzbudzić w tym, kto tego najbardziej potrzebuje, uczucia macierzyńskie. Gdy chodzi o nią akurat, światełkiem w tunelu jest to, że ona w swoim wpisie na Facebooku dwa razy się zapomniała i użyła słowa „kobiety”. 

      No i jeszcze jedno. Biorąc pod uwagę, jak ona wygląda w rzeczywistości i to jakie robi sobie zdjęcia, świadczy o tym, że w jej biednej głowie, wciąż tkwią niezmierzone pokłady zwykłej dziewczęcej tęsknoty.



 

środa, 2 grudnia 2020

O tym, jak zwykły hamburger potrafi zdławić wyrzuty sumienia

       Pewnego dnia w maju 1978, 25-letni mieszkaniec  pewnej wioski w Kaliforni nazwiskiem Robert Alton Harris poprosił swojego młodszego brata Daniela, by ten pomógł mu obrabować bank. 2 lipca, Daniel ukradł z domu sąsiada dwa pistolety i obaj udali się do San Diego. Dwa następne dni bracia przeznaczyli na zakup amunicji, oraz konkretne już próby przed atakiem, by 5 lipca na parkingu przed miejscowym centrum handlowym zauważyć dwóch 16-letnich chłopców, Johna Mayeskiego i Michaela Bakera, gdy ci siedzieli w zielonym fordzie Mayeskiego i jedli hamburgery. Mayeski i Baker byli bliskimi kuplami, którzy spędzali wesoło ów dzień, świętując w ten sposób świeżo uzyskane przez Mayeskiego prawo jazdy i kiedy zobaczyli zbliżające się Zło, nie zdążyli nawet zareagować.  Robert Harris przesunął chłopców na tylne siedzenie, sam siadł za kierownicą forda i ruszył przed siebie, Daniel natomiast, w drugim samochodzie pojechał za nimi. W pewnym momencie Robert przystanął, kazał chłopcom wysiąść i uklęknąć. Chłopcy posłusznie padli na kolana i zaczęli się modlić. Wtedy Robert powiedział: „Przestańcie się mazać i umrzyjcie jak mężczyźni” i obu zastrzelił. Po wszystkim obaj wrócili do domu i tam, zgłodniawszy nieco, zjedli niedokończone przez Mayeskiego i Bakera hamburgery. Po godzinie, kiedy się już najedli, pojechali do wcześniej upatrzonego banku, zrabowali 2000 dolarów, a ponieważ, jak się okazało, jedyną rzeczą którą potrafili robić naprawdę dobrze, to zabijać, po następnej niecałej już godzinie zostali zatrzymani, osądzeni, posadzeni, a sam Robert Alton Harris po 14 latach kolejnych apelacji, odroczeń i całej serii protestów ze strony organizacji broniących praw człowieka, 21 kwietnia 1992 roku zmarł w komorze gazowej w więzieniu San Quentin.

        O tym co się działo między jedną a drugą śmiercią, w swojej książce „The Way Things Ought To Be”, w rozdziale poświęconym temu w jaki sposób światowe lewactwo walczy z prawem i sprawiedliwością, bardzo interesująco pisze Rush Limbaugh, mnie jednak dziś akurat nie interesuje ani samo morderstwo, ani ów wyrok śmierci wydany na Harrisa, ani nawet te 14 lat, którymi mógł się on jeszcze cieszyć zanim ostatecznie zszedł nam z oczu. To o czym dziś myślę, to te hamburgery, które obaj braci wsunęli zaraz po morderstwie, no i ów głód jaki ich w tym momencie nagle nie wiedzieć czemu dopadł. Bo o co chodzi? Otóż parę dni temu zobaczyłem w telewizji występ kilku uczestniczek tak zwanego Strajku Kobiet, jak one na zmianę opowiadały o tym, jak to dokonały pierwszej aborcji w życiu i jedyne co potem poczuły to niesamowity głód, a ja, pisząc ten tekst, chciałem im – ale też tym wszystkim ich przyjaciółkom z branży – zakomunikować, że nie mają się tak znowu czym chwalić. Z tego co już wiemy, tego typu reakcja w tego typu sytuacji jest jak najbardziej normalna.



 

 

 

 

 

wtorek, 1 grudnia 2020

Peggy Noonan: Zakochani w śmierci

Jeszcze wczoraj wieczorem Integrator zamieścił tu krótki filmik wraz ze swoim jeszcze krótszym komentarzem, a ja sobie myślę o tych kobietach, które zostały w tak brutalny sposób zmuszone do straszliwej wręcz autokompromitacji i zastanawiam się, czy kiedy one – widząc chyba przecież, co się dzieje, a mimo to brnąc dalej w jakimś kompletnym zamroczeniu – kierowały się złością na tego, kto spróbował odsłonić jej prawdziwą duszę, czy wciąż tym samym zachwytem nad śmiercią, który je opętał już na zawsze. Proszę teraz może na początek obejrzeć wspomniany film, a potem wrócić tu i przeczytać – niektórzy już po raz drugi – tekst Peggy Noonan, który przetłumaczyłem z myślą o Czytelnikach i opublikowałem tu jeszcze w roku 2012. O ludziach najwyraźniej bez pamięci zakochanych w śmierci. Przykro mi, ale wygląda na to, że tym razem nie przyniosę choćby okruchu pocieszenia.




 

      Bóg stworzył świat, lub nie.

      Bóg stworzył nas, lub nie.

      Jeśli tak, to maleńkie ludzkie życie zostało dotknięte świętością, i wciąż tą świętością jest wypełniane. Jeśli to prawda, musiałoby to dotyczyć każdego człowieka, a nie tylko tych wybranych. I znów, jeśli to prawda, każde ludzkie życie jest cenne, ma wartość nieskończoną, godne jest najwyższego szacunku.

      Większość – może nie wszyscy, ale pewnie większość – z tych, którzy wspierają prawo Terri Schiavo do życia, wierzą w to co zostało powiedziane wyżej. I ta wiara tłumaczy ich pasję i ich emocje. Wierzą oni, że prowadzą walkę o ludzkie życie, które jest bezcenne i niezastąpione. Są jak owa słynna matka, która znalazła w sobie dość siły, by unieść tył swojego samochodu, by uwolnić przyciśnięte do ziemi dziecko. To jest właśnie ta desperacja, by ratować życie; to jest ów zastrzyk adrenaliny, który sprawia, że na ten ułamek sekundy stajesz się nad-człowiekiem, i robisz coś co jest niemożliwe.

      I to jest właśnie to, co próbują robić oni.

      Oni nie chcą, by niewinne ludzkie życie zakończyło się z przyczyn, które wyglądają na tak bardzo praktyczne, i tak bardzo z tego świata. Ów świat mówi, że jakość życia pani Schiavo jest super niska, a więc jej życie nie ma sensu. Odpowiadają więc oni na to: „A kto powiedział, że nie ma sensu? I czym w ogóle jest ów sens? Może sensem jest już samo życie?”

      Emocji, jakie kierują ludźmi głoszącymi potrzebę odłączenia pani Schiavo od aparatury nie rozumiem. Co im każe się tak angażować? Czy to wszystko dlatego, że są oni tak pełni współczucia, i na samą myśl, że pani Schiavo cierpi, krwawią im serca? Ale przecież od samego początku, jak ta sprawa jest dyskutowana, nikt nigdy nie stwierdził, że Terri Schiavo dręczy fizyczny ból, tak jak to ma miejsce w przypadku osób konających na raka.

      Jeśli jednak to jej ból każe im się tak o nią troszczyć, dlaczego wydają się zupełnie niewzruszeni bólem, jaki jej zadano, kiedy pozbawiono ją jedzenia i picia. I dlaczego argumentując za prawem pani Schiavo do tej śmierci, używają oni tak bardzo agresywnego języka? Przewodniczący Amerykańskich Demokratów nazwał Republikanów ludźmi „bez mózgu”. Michael, mąż pani Schiavo, o przywódcy parlamentarnej większości, Tomie DeLay, powiedział, że to „obleśna żmija”.

      Każdy kto zabierał publicznie głos w obronie prawa pani Schiavo do życia otrzymywał maile, które robiły wrażenie jakby były dyktowane przez osoby psychicznie niestabilne, a pisane przez wariatów. Na portalu Democratic Underground ktoś napisał, że „faszystom należy skopać dupy”. W miniony wtorek twarz Jamesa Carville [popularny demokratyczny polityk – przyp. Toyah], kiedy przeklinał Republikanów, że chcą uratować życie pani Schiavo, wykrzywiło tak nieprawdopodobne szyderstwo, że aż można było ujrzeć jego dziąsła. Gdybyśmy nie wiedzieli, jaki to w gruncie rzeczy pan Nikt, moglibyśmy uznać, że oto przed nami pojawił się prawdziwy Szatan.

      Czemu więc oni wszyscy tak bardzo zaangażowali się w to, by ta kobieta umarła?

      Otóż mam wrażenie, że oni są w śmierci zakochani.

      Czego symbolem jest dla nich życie Terri Schiavo? Co im chodzi po głowie, kiedy pomyślą, że ona jednak może żyć?

      Dlaczego owa perspektywa życia tak strasznie ich złości? I znów, jeśli czujemy, że życie Terri Schiavo stanowi bezcenny dar od Boga, pasja z jaką go bronimy, jest oczywista. Pasja demonstrowana przez zwolenników śmierci już zrozumiała nie jest. Nie jestem w stanie pojąć ich pewności siebie. Jak idzie o samą wiedzę, osobiście nie mam pojęcia, czy jakakolwiek poprawa w leczeniu Terri Schiavo wchodzi w grę. Mam oczywiście taką nadzieję, wiedzy jednak już nie. I nikt z nas wiedzieć nie może, natomiast z pewnością możemy się „mylić stając po stronie życia”. Skąd jednak ci, co stają po stronie śmierci wiedzą, że nie ma mowy o poprawie, o wyleczeniu, o cudzie wyzdrowienia? Wygląda na to, że oni się wręcz zakochali w tych wciąż przez siebie powtarzanych frazach o „stanie wegetatywnym”, o „śmierci mózgowej”, o „korze mózgowej w stanie ciekłym”.

      Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego ludzie, którzy, zresztą podobnie jak ja, tak bardzo się angażują w ochronę wielorybów, uważają, że kampania na rzecz ratowania człowieka jest tak mało interesująca. Nie umiem zrozumieć ich braku emocji. A mimo to jest faktem, że ludzie poświęcający się walce o ratowanie wielorybów jakoś niezbyt często są jednocześnie ludźmi, których można spotkać wśród tych, którzy sprzeciwiają się aborcji. Działacze PETA, organizacji na rzecz etycznego traktowania zwierząt, ci sami, którzy opowiadają, jak to bardzo zależy im na tym, by skończyć z okrucieństwem wobec zwierząt, robią wrażenie, jakby problem późnej aborcji, która jest przecież jednoznacznym przykładem okrucieństwa, tyle że tym razem wobec człowieka, ich w żaden sposób nie interesował.

      Nie potrafię pojąć, dlaczego ludzie, walczący o zaprzestanie wierceń na Alasce, na rzecz zachowania piękna lokalnej przyrody, nie wykazują najmniejszej ochoty, by się zaangażować walkę na rzecz ratowania piękna, jakie jest w człowieku.

      Nie rozumiem, dlaczego ci wszyscy, którzy postulują wstrzymanie wykonywania kary śmierci, tak by każdy przypadek przejrzeć raz jeszcze pod kątem badań DNA – gest świadczący o wielkim współczuciu w stosunku do tych, którym udowodniono bardzo ciężkie przestępstwa – nie wykazują najmniejszego zainteresowania tym, by pewnej kobiecie, której nikt nigdy nie oskarżył o jakiekolwiek przestępstwo, też dać jeszcze jedną, może ostatnią szansę.

      Istnieją w Ameryce kobiece organizacje, bardzo mocno zaangażowane w walkę o prawa kobiet dręczonych przez swoich mężów, kobiet bitych i pogardzanych. Wciąż z ich ust słyszymy o tym, jak to kobieta nie jest własnością mężczyzny. I świetnie. Tylko dlaczego owe dobre kobiety nie zaangażują się w walkę o życie Terri Schiavo. Jak by one wyjaśniły swój brak zaangażowania w tej sprawie? Jeśli pani Schiavo umrze, umrze z ręki swojego męża, i tylko z tej ręki. Bo to on właśnie zapewniał wszystkich, że ona bardzo chciała, a może chciałaby, a może tylko w pewnej rzekomej rozmowie lata temu mówiła, że by chciała umrzeć. Marna to podstawa do pozbawienia życia człowieka.

      Osoby żądające, by ludzi cierpiących odłączać od aparatury mówią: „Ależ on musi mieć dość życia z tak bardzo uszkodzonym mózgiem!”. O tak! Z całą pewnością. Inna sprawa, że jeśli przyjąć tę argumentację, należy też założyć, że jakiś rodzaj emocji Terri Schiavo jednak odczuwa. Kto z nas nie czułby ogromnego smutku, wiedząc, że jest tak fatalnie niepełnosprawny? Ja pewnie bym płakała każdego dnia, Wy nie?

      Popatrzcie jednak na swoje życie. Czyż w nim nie ma momentów, które sprawiają, że jest Wam niezwykle smutno, kiedy czujecie nieznośny ból, frustrację, lub jesteście zwyczajnie źli? Jednak mimo to, wciąż cieszycie się, że żyjecie, czyż nie? Ja tak. Nikt nie lubi leżeć na łożu śmierci. Mało kto tak naprawdę chce odejść.

      Terri Schiavo prawdopodobnie umrze. I z jej śmierci nie będziemy mieli żadnego pożytku. Jedynym efektem jej śmierci będzie to, że ci, którzy tak bardzo się w owej śmierci zakochali, będą jeszcze bardziej wściekli i wygłodniali.

      A ci, którzy się wciąż uczą – nasze dzieci – o Boże! Jakąż to straszną lekcję one właśnie odbierają. Jakież to straszne historie pomagają im się kształtować. Oglądają one dramat Schiavo w telewizji, słuchają o nim w radio. Przed oczami mają społeczeństwo – społeczeństwo, w którym żyją – które stoi na granicy uznania, wręcz zaakceptowania faktu, że uszkodzone życie jest życiem nadającym się wyłącznie na przemiał. Nasze dzieci dorastały w epoce aborcji, i stanowią część epoki, gdzie podobno nawet bardzo szanowani ludzie myślą z entuzjazmem o eutanazji. Dla naszych dzieci i dla świata, który one będą tworzyć nie może być dobrą sytuacja, kiedy one otrzymują właśnie ową nową lekcję. Lekcję, podczas której dowiadują się, że życie ludzkie nie jest cenne, nie jest święte, nie ma nieskończonej wartości.

      Kiedy już to uznamy – że ludzkie życie nie jest w końcu czymś aż tak bardzo szczególnym – wówczas wszystko jest możliwe, i nic już więcej nie będzie dobre. Gdy społeczeństwo dochodzi do przekonania, że życie ludzkie z samej zasady nie jest warte tego, by trwało, stąd już wiedzie bardzo śliska droga do komór gazowych. Jeśli to uznamy, znajdziemy się w jednej chwili na drodze, która zakręca w okolicy masowego morderstwa w Columbine, i prowadzi już prosto do Auschwitz.

      Póki co, znajdujemy się w Pinellas Park w stanie Floryda.


*Peggy Noonan jest amerykańską dziennikarką oraz autorką książek, w latach 1984-1986 głównym autorem przemówień prezydenta Reagana oraz jego Specjalnym Asystentem. Obecnie związana z Wall Street Journal, gdzie publikuje swój cotygodniowy felieton.

 

poniedziałek, 30 listopada 2020

Myra Hindley twarzą Strajku Kobiet?

 

Ponieważ Donald Trump udzielił wywiadu telewizji Fox News, w którym poinformował o tym, że to co się aktualnie dzieje w Stanach Zjednoczonych, jest największym publicznym przekrętem w całej historii państwa, a jednocześnie zadeklarował gotowość walki do samego końca, sprawę amerykańskich wyborów odkładam na później. Na później – ewentualnie – odkładam też fakt, że protestujące w ramach Strajku Kobiet dziewczęta, zamiast standardowych tabliczek z napisem „***** ***” postanowiły uzbroić się w zakrwawione podpaski. A w tej sytuacji, postanowiłem się trzymać utartych ścieżek i zamieścić kolejny dawny już bardzo felieton, jeszcze z roku 2010. O Życiu.

 

 

        W zamykającej pierwszą płytę zespołu The Smiths piosence, której tytuł Suffer Little Children można by pewnie po prostu przetłumaczyć na nowotestamentowe „pozwólcie dzieciom”, chodzi o bardzo w Wielkiej Brytanii wspominane wielokrotne morderstwo, którego w latach 1963-1965 w okolicach Manchesteru dokonała niejaka Myra Hindley z jakimś Ianem Bradym. Hindley i Brady najpierw uprowadzili, następnie zgwałcili i w końcu zamordowali pięcioro dzieci, za co zostali ostatecznie skazani na dożywocie. W pewnym sensie obu się udało, bo kiedy wydawano na nich wyrok, w Wielkiej Brytanii właśnie zakazano wykonywania kary śmierci. W efekcie Hindley zmarła dopiero parę lat temu, a Brady jakoś wciąż sobie radzi.

      Morrissey nie opisuje ani samej zbrodni, ani nie śpiewa o losie tych dwojga dziwnych ludzi, jedynie przedstawia strasznie ponury obraz zimnych angielskich wrzosowisk, po których krążą ni to dzieci, ni to ich duchy, w otoczeniu wszechobecnej śmierci. I pewnie nie mielibyśmy nawet pojęcia, że tu w ogóle chodzi o jakąkolwiek zbrodnię, gdyby nie powtarzające się imiona tych dzieci, prawdziwych dzieci, i ten fragment o tym, jak Hindley się nagle budzi, no i wreszcie gdyby nie to wyłkane przez Morrisseya – tak jak tylko on to potrafi – zawodzące, wciąż powracające, pełne groźnego smutku ostrzeżenie: „Oh Manchester, so much to answer for”.

      Przypomniała mi się dziś właśnie ta piosenka i ten upiorny refren, z którego w stronę Manchesteru płynie owa bezlitosna informacja, że przyjdzie kiedyś za to wszystko zapłacić. Że to Manchester odpowiada za śmierć tych dzieci. Nie on, nie ona, ale Manchester. A może nie za śmierć. Może za śmierć oni, natomiast Manchester za coś znacznie większego. Ciekawa bardzo ta piosenka. I bardzo przejmująca. Przypomniała mi się ona właśnie dziś, kiedy usłyszałem, że Sąd Apelacyjny w Katowicach kazał Gościowi Niedzielnemu przeprosić i wypłacić jakieś tam grubsze tysiące Alicji Tysiąc – kobiecie, której polskie państwo nie pozwoliło zamordować swojego nienarodzonego dziecka, i przez to ona dziś to dziecko musi mieć. Pisałem tu dwukrotnie o Alicji Tysiąc. Raz w formie, która Administracja uznała za zbyt hardcorową i notkę usunęła, a następnie w nowej, która wprawdzie ja uznałem za jeszcze twardszą, ale mimo to jakoś jej się upiekło.     I wszystko co chciałem tam powiedzieć – powiedziałem. Każde pojedyncze słowo, każde spojrzenie, każdy gest, każda łza i każdy jęk bólu, jaki chciałem w tym tekście wyrazić, znalazły się tam i nie mam już nic więcej do dodania. Jestem oboma tymi tekstami tak wypełniony, że myślę sobie o nich z pełnym spokojem, i wiem przy tym, że one są i tam gdzie mają krążyć – krążą.

A więc nie będzie już nigdy nic więcej o Alicji Tysiąc i jej dziecku. Dziś będzie o Katowicach. Proszę sobie wyobrazić, że wczoraj otrzymałem telefon od mojej uczennicy, która gdzieś na początku roku musiała przerwać naukę, bo była w zaawansowanej ciąży i lekarze uznali tę ciążę za zagrożoną. A więc przerwała ona te lekcje i poszła do szpitala. Wczoraj zadzwoniła i poinformowała mnie, że dziecko się urodziło i ma się dość dobrze. A więc niby standard. Ale jest też coś w tej informacji bardzo szczególnego. Otóż to dziecko urodziło się w szóstym miesiącu, i kiedy przyszło na świat ważyło zaledwie kilogram z kawałkiem. Dziś ma już miesiąc, potrafi samodzielnie oddychać, i waży już półtora kilograma. I już jest bezpieczne. Żyje.

Myślę sobie o tych lekarzach ze szpitala w Katowicach, czy Sosnowcu, czy może Tychach – nie wiem – ale gdzieś tu w okolicy, jak oni przez ten miesiąc bardzo dbali o to, żeby to maleńkie dziecko nie umarło. Ja nawet nie umiem sobie wyobrazić, jak małe musi być dziecko, które waży jeden kilogram, i jak musi być słabe. Nie umiem sobie wyobrazić, jak strasznie wielki trzeba włożyć wysiłek w to by tak małe i słabe dziecko zachować przy życiu. Nie wiem nawet, czy dla lekarzy, którzy tym dzieckiem od miesiąca się zajmują, ta akurat sytuacja była bardzo szczególna. Wiadomo – dzieci rodzą się czasem przedwcześnie. Może i zdarza się, że w szóstym miesiącu. Może medycyna i opieka szpitalna tak już się posunęła, że takie rzeczy się po prostu dzieją. Nie wiem. Wiem, ze trwało to miesiąc, i przez ten miesiąc cała kupa lekarzy w którymś z tych tutaj szpitali stawała na głowie, żeby to dziecko żyło. I żyje.

Ale wiem też, że sześciomiesięczne dzieci w w wielu najbardziej cywilizowanych miejscach świata zabija się w majestacie prawa. Szósty miesiąc, to jest – jak wiemy – 24 tydzień. Pomyślmy tylko, jak to beztrosko brzmi. 24 tydzień. Ale wiem też, że w tym samym mniej więcej czasie, kiedy w tamtym szpitalu toczyła się walka o życie tego dziecka, sędzia w katowickim sądzie – też w majestacie prawa – wydała ten wyrok. I to jest, moim zdaniem wyrok nie byle jaki. To jest też gest nie byle jaki. To jest nie byle jakie świadectwo. Coś się stało. W tym samym czasie, gdy to maleńkie dziecko, tak bardzo bezbronne, dzięki temu że trafiło w ręce takich lekarzy, żyje, sędzia katowickiego Sądu Apelacyjnego dała swój znak.

No i teraz już naprawdę nie pozostaje nic więcej powiedzieć, jak powtórzyć za Morrisseyem, z tą małą modyfikacją, w stronę mojego miasta – ale przecież jakże mały jest ten nasz świat – och, za wiele trzeba będzie odpowiedzieć! O tak. Właśnie tak.




piątek, 6 listopada 2020

Czy Patryk Vega kręci film o psychopatycznym gwałcicielu z zespołem Downa?

 

Dziś proponuję byśmy zajrzeli do „Warszawskiej Gazety”, której najnowszy numer dziś właśnie trafia do kiosków, a w niej mój najnowszy felieton na tematy jak najbardziej bieżące, plus parę ponurych prognoz.

 

      Gdy Prezydent zaproponował, by owym wilkom spragnionym krwi nienarodzonych dzieci, rzucić na pożarcie te, które i tak mają minimalne szanse, by się w ogóle narodzić, a przez to przynajmniej zamknąć podnoszoną podczas owych marszów śmierci kwestię cierpień kobiet obsadzanych przez „faszystowskie państwo” w roli „żywych trumien”, nie miałem cienia wątpliwości, że owa propozycja automatycznie uruchomi atak na dzieci z zespołem Downa. I nie trzeba było długo czekać, jak pojawiła się kolejna narracja, wedle której kobieta, która zdecydowała się przyjąc na świat dziecko z ową wadą, zgotowała sobie los wcale nie lepszy niż ten, który musiałaby cierpieć, nosząc w łonie „żywego trupa”.

       Oto jak słyszę, dzieci dotknięte zespołem Downa, z reguły wykazują ponadnormalny popęd seksualny, który przy naturalnym w ich wypadku ograniczeniu umysłowym sprawia, że one stają się autentycznym zagrożeniem dla otoczenia. Krótko mówiąc, osoby te bardzo często stają się okrutnymi gwałcicielami. Niedawno któraś z telewizji przeprowadziła rozmowę z biorącą udział w protestach uczennicą, która poskarżyła się, że ona wciąż pamięta, jak jeszcze w gimnazjum musiała regularnie uciekać przez jednym z owych „downów”, który ją seksualnie atakować. O tym, czy jej się w jej gimnazjum zdarzało uciekać też przed innymi, tym razem już całkiem zdrowymi kolegami, którzy się zasadzali na jej dziewczęce wdzięki, nie wspominała, dzięki temu w eter poszedł obraz, na który wielu z utęsknieniem czekało.

       Mało tego. Gdy piszę ten felieton, na Twitterze toczy się wymiana, gdzie ktoś opowiada o swojej kuzynce, która ze zgryzoty spowodowanej koniecznością opiekowania się „stukilogramowym bykiem, umysłowo na poziomie dwulatka, o agresji na niespotykanym w przyrodzie poziomie” popełniła samobójstwo, i zastanawia się, co z tym „fantem” zrobić – „zamknąć w psychiatryku na zawsze czy w ośrodku?”, a tego typu opowieści, jak słyszę, z każdą chwilą tylko przybywa.

       A ja sobie myślę, że przekraczamy kolejną granicę. Dotychczas było tak, że wszystkie te osoby, mniej lub bardziej szczęśliwie starające się przeżyć swój czas na tym świecie, były narażane na publiczne wysłuchiwanie informacji, że stanowią obiektywny kłopot, i to zarówno ze względu na dostarczaną rodzicom codzienną udrękę , jak i na generowane do końca swojego nędznego życia koszta specjalistycznej opieki, a niekiedy też bardzo drogiej rehabilitacji. Dziś, jak mówię zrobiliśmy kolejny krok i one się od nas dowiadują, że większość z nich w większym lub mniejszym stopniu jest obciążona tego rodzaju agresywnym zboczeniem, które ich skazuje bądź to na fizyczną eliminację, bądź na straszenie miłośników amerykańskich horrorów, gdzie głównym straszydłem jest wypuszczone z klatki stukilogramowe dziecko z zespołem Downa, pustoszące spokojne wioski i miasteczka.

     To uliczne szaleństwo – a nie mam co do tego wątpliwości – wkrótce przeminie i wrócimy do naszych codziennych spraw, niestety obawiam się przy tym, że tego zła, jakie dziś jest zasiewane w głowach wielu, już się nie pozbędziemy nigdy.

 



 

czwartek, 5 listopada 2020

Czy prof. Krzysztof Simon każe nam wypierdalać?

      Na tyle na ile udało mi się zauważyć, wśród wielu ekspertów wynajmowanych przez popularne media do komentowania pandemii, pierwszym gościem zarówno telewizji TVN24, portalu onet.pl, oraz oczywiście „Gazety Wyborczej” jest prof. Krzysztof Simon, „członek Komitetu Immunologii i Etiologii Zakażeń Człowieka Polskiej Akademii Nauk, wiceprzewodniczący Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, sekretarz Polskiego Towarzystwa Naukowego AIDS, prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, i wreszcie ordynator 1. Oddziału Chorób Zakaźnych w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. J. Gromkowskiego przy ul. Koszarowej we Wrocławiu oraz konsultant wojewódzkim w dziedzinie chorób zakaźnych”. To co w przypadku owej gwiazdy zwraca szczególną uwagę, to poza nieustannym podróżowaniem między wspomnianymi redakcjami, jego niezwykle silne zaangażowanie nie tylko, a może nawet nie przede wszystkim, w sprawy związane z covidową zarazą, lecz w bieżącą walkę polityczną. Przyznaję, że siłą rzeczy nie miałem zbyt wiele okazji, by śledzić komentarze prof. Simona, to jednak co udało mi się usłyszeć, pozwala uznać, że mimo wszystkich wspomnianych dystynkcji, z niego lekarz jak nie przymierzając z koziej dupy trąba, czy może bardziej konkretnie – jak z niegdysiejszego Jacka Santorskiego psycholog. Krótko mówiąc, Simon to przede wszystkim jeszcze jeden członek któregoś z wielu opozycyjnych ruchów od KOD-u, przez Obywateli RP, na Strajku Kobiet skończywszy. Gdy chodzi natomiast o jego przydatność jako eksperta z zakresu epidemiologii, to proszę sobie wyobrazić, że zaledwie w ciągu 4 dni udzielił on dwóch dłuższych wypowiedzi portalowi onet.pl, które chciałbym zacytować w najbardziej istotnych fragmentach. Otóż najpierw prof. Simon, wypowiadając się na temat ryzyka zakażenia, powiedział co następuje:

Wbrew obiegowym opiniom, o zakażeniu koronawirusem SARS-CoV-2 i przebiegu choroby COVID-19 nie zawsze jednak decyduje wiek. Zdarza się, że nawet dziewięćdziesięciolatkowie nie chorują, mają jedynie lekkie przeziębienie. Natomiast pod respiratory trafiają ludzie młodzi, w wieku zaledwie 30-45 lat, nadwrażliwi na zakażenie”.

      Jasne? Jasne. Dziwimy się? Ależ skąd! Nie trzeba być profesorem nauk medycznych, by to wiedzieć na podstawie prostych obserwacji. To jednak co zrobiło na mnie wrażenie, to wczorajsza wypowiedź Profesora, również na ten sam temat, a więc szans jakie mamy, by się uchronić. Posłuchajmy:

Demonstracje odbywają się na świeżym powietrzu i jakieś ryzyko zakażenia jest, niewielkie. Ktoś powiedział, że to się w takim razie również odnosi do cmentarzy, a tymczasem my jedno krytykujemy, a drugie nie. Ale proszę zwrócić uwagę, że tu jest mowa o innej populacji. Nie do końca można porównać ryzyko zakażenia wirusem SARS-CoV-2 podczas ulicznych manifestacji z tym, jakie istniałoby na cmentarzach. To jest coś innego”.

       Tu na chwilę owemu ciekawemu profesorowi przerwę, by zwrócić uwagę na to, co się stało. Otóż wedle jego naukowej wiedzy, gdy chodzi o podatność na zakażenie wirusem, wiek nie ma nic do rzeczy. Jak zresztą stwierdza on w innym miejscu, to co się przede wszystkim liczy to wielkość wchłoniętej dawki, a ta nie koniecznie wybiera. Jednocześnie jednak, podczas gdy nie liczy się ani szczególnie wiek, ani poziom indywidualnej odporności, to z pewnością znaczenie ma miejsce, w którym się narażamy na atak wirusa: na ulicach podczas demonstracji jest właściwie bezpiecznie, podczas gdy na cmentarzach musimy uważać, zwłaszcza gdy nie jesteśmy młodymi, politycznie zaangażowanymi idiotami, ale starymi pisowcami.

      &*##@%))+?

      I oto teraz pozwolę sobie wrócić do wypowiedzi Profesora, gdzie ten tłumaczy nam logikę swojej wypowiedzi. Otóż tu nawet nie chodzi o miejsce, a może nawet do końca nie o wiek. To czy człowiek jest młody, czy stary też w istocie rzeczy o niczym nie decyduje. Rzecz w odpowiednim połączeniu wieku z intencjami, z jakimi się wystawiamy na koronawirusową agresję. Posłuchajmy raz jeszcze:

Ludzie na ulicach to są młodzi ludzie, którzy nie tolerują tego, co się w tym państwie dzieje. Oni nie walczą z epidemią, oni walczą o wolność. Szczególnie kobiety. Naruszaną przez naszych domorosłych talibów. 70-80 proc. społeczeństwa protestuje przeciwko ciągłym awanturom w tym kraju”.

      Ktoś się zapyta, co mnie w tych dniach wzięło na zajmowanie się jakimiś freakami. Najpierw próbuję tłumaczyć jakimś satanistom, czym jest tak zwana „wolność wyboru”, następnie biorę się za dwóch wariatów, którzy widząc jak dramatycznie mało mają do powiedzenia, uznają, że może im sie uda wejść na scenę demonstrując światu dziurę w swojej dupie, no a dziś zajmuję się tym cudakiem, który z jednej strony, jak się zdaje, świata nie widzi poza zaszczytami, którymi jest regularnie karmiony przez swoich kumpli lekarzy, a z drugiej jest do tego stopnia głupi, że nie jest w stanie zauważyć, że w swojej jakże typowej starczej histerii, wszystkie owe zaszczyty w paru zaledwie zdaniach unieważnia.

       Otóż chodzi o to, że ja naprawdę bardzo źle znoszę ten rodzaj obłędu, i to niezależnie od tego, czy jego ofiarą pada sędzia, lekarz, pisarz, nauczyciel, czy artysta estradowy. Wystarczy mi to, że z jednej strony mamy ową kompromitację, a z drugiej świat, który ma ją przed oczami, a zachowuje się jakby ona była idealnie przezroczysta. Krzysztof Simon jest lekarzem – nie uzdrowicielem, nie czarownikiem, nie znachorem, lecz lekarzem – a więc kimś do kogo przychodzą obcy ludzie z nadzieją, że ten im pomoże w ich pandemicznych zmartwieniach. Przychodzą więc, a tymczasem pierwsze pytanie jakie pada w trakcie wywiadu, to „Co dla pani jest ważniejsze? Wolne sądy, czy prawny zakaz aborcji? Wolne sądy? Brawo! Nie jest pani talibem. Mam dla pani dobrą wiadomość: może pani zdjąć maseczkę”.

       „Co dla pani jest ważniejsze? Wolne sądy, czy prawny zakaz aborcji? Zakaz aborcji? Wypierdalać!”

       A my się dziwimy, że już nawet do Stanów Zjednoczonych dotarło zjawisko masowych fałszerstw wyborczych.  




     

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...