Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Twitter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Twitter. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 maja 2022

Dla moich prawicowych znajomych, za co nie lubię Witolda Gadowskiego

 

        Jakieś czas temu, jeszcze w czasie kolejnej fali pandemii, zadzwonił do mnie znajomy i zapytał, dlaczego nie lubię Witolda Gadowskiego. A ja, biedny, jako że przede wszystkim znam pozycję Gadowskiego w szerokich kręgach polskiej prawicy i mam świadomość, że zwłaszcza w obecnych okolicznościach, zdeterminowanych najpierw przez COVID, a dziś już też przez kwestię ukraińską, owa pozycja jest nie do ruszenia, nie mogłem zwyczajnie powiedzieć, że Gadowski to pozer i bałwan. Zacząłem więc coś tam mamrotać na temat jakichś zaszłości i tyle wszystkiego.

     Drugi powód, dla którego nie potrafiłem powiedzieć mojemu koledze, dlaczego nie lubię Gadowskiego, to ten że ja już od wielu lat, czyli od czasu jak on się pokazał na okładce tygodnika „Sieci” przebrany za Rambo, by w środku numeru opowiadać o tym, jak to, jako korespondent wojenny, bierze udział w misjach na całym świecie, nie miałem bladego pojęcia o tym, co on konkretnie robi i co głosi, poza oczywiście ukazywaniem całej prawdy o szczepionkach i terrorze Rządu Światowego.

      I oto, proszę sobie wyobrazić, trafiłem niedawno na tweet Gadowskiego o następującej treści:

Wczoraj podszedłem do wrzeszczących Ukraińców niosących flagę Ukrainy i przypomniałem im, że są w Polsce i tu obowiązuje flaga biało - czerwona i polski język. Przyjęli napomnienie i uspokoili się. Ot takie zdarzenie...o Polskę - zwłaszcza teraz - trzeba dbać”.

      Jako że ta historyjka była równie głupia co kłamliwa, nawet Twitter zareagował uniesieniem brwi, na co Gadowski uznał, że musi doprecyzować:

Opisałem spokojne zdarzenie uspokojenia grupki podpitych, wrzeszczących i przeklinających Ukraińców okrywających się ukraińskimi flagami. I wszystko jak przypuszczałem: zetesempowcy pisu poszczuci ujadają, ‘peowcy’ ujadają, lgbt ujada. A zatem prawidłowo działam”.

       No i wtedy się zaczęło. Twitter rzucił się na Gadowskiego prosząc, żeby się przestał kompromitować, na co ten, zamiast się zamknąć, ruszył do kontrataku. I proszę zobaczyć, co tam mamy:

Poradź to tatusiowi widać zasługuje”;

Ty już to tchórzyku zrobiłeś?”;

Zażyj tabletkę i idź na oddział”;

Ruble dzwonią w twojej kieszeni szmondaczku”;

Za to ty już go masz razem ze swoim tatuniem”;

Pomyliłeś mnie ze swoim tatulkiem”;

Tobie kopa w zad ...i wystarczy”;

Śmierdziuszku...otwórz okno”;

Biedna kobietko...zajmij się makijażem”;

Więc proszę wrócić do szmineczek i kredek”;

Dawno Panią wypuszczono?”;

„Współczuję przypadłości męża”;

„Kop w zad i spełnione twoje marzenie”;

„Współczuję pańskiej żonie ...nie narzeka?”;

Pani wróci do lustra i szmineczek”;

Dzban to imię twojego tatusia?”;

Mówisz do lustra czy do tatusia?”

„A co ty smrodzie możesz wiedzieć?”;

Takich durniów zwykle kijem gonie ciebie jedynie kopnę w zad!”;

Pomyliłeś mnie ze swoją żoną”;

Mówisz o sobie i swoim tatusiu?”;

„To przestańcie chlać z tatusiem”;

Porozmawiaj ze swoim zidiociałym tatuniem”.

       Mógłbym tak jeszcze bardzo długo, bo tego są całe setki. Wydaje się, że Gadowski po całych dniach nic nie robi tylko czyta komentarze pod swoimi tweetami i na każdy odpowiada. Skończę już jednak, natomiast muszę sie pochwalić, że mnie Gadowski również zauważył, tyle że w sposób bardzo szczególny, bo ani nie wspomniał mojego taty, ani mojej żony, ani nawet dzieci, tylko zareagował bardzo merytorycznie. Ciekawe, że ja nawet nie bezpośrednio Gadowskiemu, ale koledze, który się tam troszkę zaangażował, napisałem żeby dał spokój, bo Gadowski całą tę historię wymyślił, by pokazać jaki to z niego patriota i przy okazji poszczuć na Ukrainę. Na to Gadowski zwrócił się do mnie tak:

Na ciebie kompleksiarzu i beztalentny durniu zawsze można liczyć”.

       A ja, jako „kompleksiarz i beztalentny dureń”, moge juz tylko powiedzieć dwie rzeczy. Pierwsza to ta, że jeśli porównać polską prawicę do lewicy, to podobieństw i rożnic jest bardzo dużo, natomiast jest coś, czego tamci choćby się bardzo starali, nie przeskoczą: oni nie są w stanie chlać na umór, zachowując jednocześnie jakąs tam sprawność przy klawiaturze laptopa. No i jeszcze coś: tamci, choćby ci najgorsi z nich, mają jednak pewne poczucie godności i choćby nie wiadomo co, to do kogoś takiego jak ja się nie odezwą. Prawicowy dziennikarz Witold Gadowski, autentyczny bohater w szerokich kręgach polskiej prawicowej opinii publicznej, to prawdziwy trybun ludowy, syn ziemi czarnej. Można by powiedzieć, że tej najczarniejszej.

       Przepraszam bardzo, ale nie mamy się czym szczycić.



 

środa, 19 sierpnia 2020

Satyra, czyli zabić bobra


      Dzisiejsza notka czekała na swoją kolej już dłuższy czas, jednak przez to, że zawsze brakowało odpowiedniej okazji, zwlekałem z nią długie miesiące, no i wreszcie przyszła pora by powiedzieć coś, jak sądzę, dotychczas tu nie wspominanego. Zacznijmy jednak od początku. Otóż tak się złożyło, że w ostatnich dniach telewizja TVN24 wyrokiem sądu zmuszona była do opublikowania następującej informacji:

W programie ‘Szkło kontaktowe’ ministrowi kultury przypisano wypowiedź, która miała paść w rozmowie z brytyjską prasą. Co takiego Gliński miał powiedzieć, czego w rzeczywistości nie powiedział? ‘Jeżeli trochę artystów wymrze z powodu koronawirusa, to zostaną tylko ci najlepsi’ - te słowa miał według TVN24 wypowiedzieć Gliński.

Przypisywane wicepremierowi Piotrowi Glińskiemu stwierdzenie w rzeczywistości nigdy nie zostało przez niego wypowiedziane”.

      Gdy chodzi o kolejną sprawę, dotychczas żadne sprostowanie się nie pojawiło, natomiast rzecz jest w toku i należy się spodziewać, że i tu dojdzie do przeprosin. O co poszło tym razem? Otóż aktorka Krystyna Janda na swoim profilu na Facebooku poinformowała o skierowaniu przez MEN do szkół podręcznika, gdzie niejaka prof. Maria Ryś rzekomo przekonuje, że „źródłem szczęścia dla katoliczki jest usługiwanie mężowi – robienie posiłków, prania, sprzątanie domu, etc.” i do tego dodaję następującą refleksję: „Nie włączam telewizji, ponieważ płynący z niej jad i bezeceństwo mogłyby zatruć wspaniałą atmosferę naszej katolickiej rodziny. Mój mąż szybko spełnia swój obowiązek małżeński, ja zaś przeczekuję to w milczeniu, ze spokojem i godnością prawdziwej katoliczki, modląc się w myśli o zbawienie tych nieszczęsnych istot, które urodziły się kobietami, ale którym lubieżność Szatana rzuciła się na mózg”.

      Ponieważ tu akurat też okazało się, że nie mamy do czynienia z pełną fikcją, lecz istnieje zarówno prof. Ryś jak i jej podręcznik, tyle że bez zacytowanych przez Jandę fragmentów, Janda dziś ma problem, z którego w jaki sposób wyjdzie, to się dopiero przekonamy.

        Jak by tego było mało, tygodnik „Newsweek” ma przeprosić ministra Glińskiego za aż trzy kłamstwa zamieszczone w jednym splunięciu, a ja mam pewien problem. Nie jest nim jednak dobre imię ani ministra Glińskiego, ani prof. Ryś, lecz to, że zarówno informacja podana przez telewizję TVN24, jak i przez Krystynę Jandę, i na doczepkę przez „Newsweeka”, nie zostały wymyślone tam na miejscu, lecz zostały wyszukane w Sieci i potraktowane przez jednych i drugich z całym dobrodziejstwem inwentarza. A tym samym, martwi mnie też to, że to właśnie na internetowych portalach tworzone są tego typu informacje, których jedynym celem jest przede wszystkim szczuć, szczuć i jeszcze raz szczuć, a w drugiej kolejności doprowadzić do tego, by druga strona, przez te kłamstwa,  dostała na nich jeszcze większej cholery i by napięcie jakiego jesteśmy świadkami od tylu lat, nigdy nie opadło.

       No ale to akurat rozumiem. Tak zwana „totalna opozycja” od wielu już lat ma świadomość tak wielkiego zagrożenia, że im naprawdę nie pozostało wiele ponad owo kłamstwo, dzięki któremu udaje się skutecznie podtrzymywać wściekłość swoich wyznawców. A w tej sytuacji jest czymś oczywistym że część z nich tworzy tego typu fałszywe informacje, następnie je rozpowszechnia, a cała reszta kolportuje je dalej, w przekonaniu, że wreszcie chwycili byka za rogi. I tak się jak najbardziej zachowała w opisanym przez mnie wypadku stacja TVN24 oraz Krystyna Janda. Oni uwierzyli w coś, w co normalny człowiek by nie uwierzył.

     I tu pojawia się nowy, i o wiele bardziej zaskakujący, szczegół. Otóż, jak się okazuje, po naszej, tak zwanej „prawej”, stronie dzieje się coś wręcz identycznego. Wspominałem tu już o tworzonych to tu to tam przez prawicowych śmieszkach memach, gdzie na przykład zamieszcza się zdjęcie, niech to będzie znów Janda, i dopisuje się jej jakąś absurdalną kompletnie, nawet jak na jej możliwości, wypowiedź, w stylu że wszystkie kalekie dzieci trzeba dusić jak koty, lub że Polska powinna zostać przez sąd w Strasburgu pozbawiona swojej państwowości. Wygląda na to, że owa prawicowa propagandowa myśl rozwija się w tempie przyspieszonym. Proszę sobie wyobrazić, że po prawicowej części Tweetera ogromną karierę robi pewien człowiek, podpisujący się „Człowiek Bóbr” i zajmujący się głównie tworzeniem fałszywych kont różnych znanych polityków antypisowskiej opozycji i zamieszczaniem tam wymyślonych przez siebie, a mających ich kompromitować, komentarzy. Ponieważ ów Człowiek Bóbr swoje zadanie wykonuje nadzwyczaj profesjonalnie, jego tweety są odbierane powszechnie i zupełnie poważnie, jako wypowiedzi oryginalne i  tym samym w jednej chwili generują tak nieprawdopodobny hejt, że cała prawa strona internetu wręcz się unosi z nienawiści.

        Czemu ów dziwny człowiek to robi? Z informacji zamieszczonej na jego profilu dowiadujemy się, że to jest „satyra”, a zatem możemy się też domyślić, że on nas chce rozśmieszyć. Przyjmuje on więc postać powiedzmy Joanny Kluzik Rostkowskiej, publikuje jej rzekomy apel o powszechny udział w uroczystym paleniu książek z wierszem Tuwima o Murzynku Bambo, jednak zamiast śmiechu jest już tylko zbiorowe plucie w stronę Bogu ducha winnej posłanki Rostkowskiej przez ludzi, którzy zwyczajnie nie zorientowali się, że to była tylko taka „satyra”. A skoro plucie, to oczywiście coraz większa nienawiść i coraz większe pragnienie śmierci. Dokładnie takie samo, z jakim mamy do czynienia po drugiej stronie. Wystarczy rzucić okiem na Twittera.

       No i znów pada pytanie, czemu on to robi? Tak jak mówiłem, biorę pod uwagę taką możliwość, że przeciwna strona, w swojej desperacji, uznała że możliwości uczciwej walki zostały im odebrane i im nie pozostaje już nic innego jak zastosować metody wyjątkowe. Czemu jednak ów Człowiek Bóbr – dziś już posiadacz jednego z najbardziej popularnych prawicowych profilów na Twitterze – produkuje ów hejt? Otóż ja mam na to jedną odpowiedź. On nie walczy ani o niczyje zwycięstwo, ani niczyją porażkę. Ale on  nie uprawia też zwykłej satyry – tam gdzie nie ma śmiechu, tam też nie ma i satyry, prawda? – natomiast, owszem, wygląda na to, że jego jedynym celem jest podtrzymanie  po obu zresztą stronach  owego poziom wściekłości, jak nas zabija od niemal trzydziestu już lat. Jestem przekonany, że kiedy on czyta te wszystkie komentarze ludzi, którzy w sposób oczywisty nie zorientowali się, że mają do czynienia ze zwykłą prowokacją, i zanurzyli się w swoim codziennym pragnieniu śmierci, jego satysfakcja wcale nie jest związana z tym, że znów mu się udało nabrać paru znajomych, ale jest wynikiem owej kolejnej fali nienawiści, jaką udało mi się stworzyć.
        Po raz więc trzeci, zadaję to samo pytanie, tym razem już wcale nie czemu oni to robią, ale czemu robi to on? I wychodzi mi na to, że to nie jest żaden Człowiek Bóbr, polski prawicowy wesołek, ale zwykły ruski troll, którego jedynym celem jest czuwanie, by owa nienawiść nigdy nie zgasła. No i właściwie, skoro doszliśmy aż tak daleko, to ja biorę również mocno pod uwagę taką możliwość, że również ci wszyscy, którzy podrzucają Krystynie Jandzie swoje ciekawostki, to są owego Człowieka Bobra koledzy z korporacji umieszczonej gdzieś w Kaliningradzie.

          Prowadzę ten blog już grubo ponad 10 lat i właściwie za każdym razem gdy pojawiał się jakiś temat, a wraz z nim jego bohater, zastrzegałem się, że oni tu są wyłącznie pretekstem do szerszych refleksji. Tym razem przyznaję: bohaterem mojego dzisiejszego tekstu jest publikujący na Twittterze Człowiek Bóbr. Mam nadzieję, że go zniszczę.




piątek, 9 sierpnia 2019

Gdy bez brzydkich słów język się plącze


Dziś, nieco tym razem wcześniej, zapraszam do czytania mojego najnowszego felietonu w „Warszawskiej Gazecie”. Ja wiem, że jest trochę niebezpiecznie, ale nikt nie mówił, że będzie lekko.     


      

      Jak być może niektórzy z nas już wiedzą, ale na wszelki wypadek wspomnę, że na zakończenie festiwalu Pol’and’Rock, jego organizator, Jerzy Owsiak stanął na scenie i wykrzyczał następujące słowa:

      Czemu nie karzecie polityków, którzy zapierdalają samolotami za moje, kurwa, pieniądze? Dlaczego ich nie pociągniecie do odpowiedzialności? Nie ma na to zgody. Możecie mnie zabić na tej barykadzie. Możecie mi strzelić w łeb, ale nie cofnę się, bo Polska się stacza. Możecie mnie zarąbać, ale nie zamknięcie mi mordy! To wy trwonicie moje pieniądze. Zabieracie Westerplatte. Kurwa, po co?! Odpierdolcie się od Westerplatte! Wsadzicie mnie za to do pierdla? To znajdę tam kumpli i rozsadzimy to od środka”.

       Owsiakowi zdarzały się przeróżne wypadki, jednak ponieważ na moje oko, ów najświeższy wybuch może tylko świadczyć o tym, że wokół niego dzieją się rzeczy, które mogą już tylko zwiastować jego koniec, powyższe słowa przyjąłem z autentyczną radością. Inaczej moja córka, którą one poruszyły do tego stopnia, że postanowiła się w stosunku do Owsiaka wyzłośliwić i, cytując go starannie, dorzuciła do tego swój nadzwyczaj sarkastyczny komentarz:

      Owsiak to jest prawdziwy anioł. Jak będę miała kiedyś dzieci, to zrobię wszystko, żeby wyrosły na takiego człowieka. Cudowny, dobry, bezinteresowny. Łzy same płyną z oczu. W styczniu dam na WOŚP dwa razy więcej, żeby te pierdolone w dupę jebane pisiorskie kurwy się zesrały”.

       I oto, proszę sobie wyobrazić, zamiast oczekiwanych i jak najbardziej zasłużonych komplementów, została ona obrzucona tak nieprawdopodobnym hejtem, że, szczerze powiedziawszy, osobiście się z czymś takim nie spotkałem. I co szokujące, ów hejt nie nadszedł ze strony tych, dla których Owsiak jest bogiem – ci akurat byli na tyle roztropni, że się zamknęli – ale z kierunku dokładnie przeciwnego, czyli od tak zwanych „prawych”, którzy Owsiaka nienawidzą w tym samym stopniu co, nie przymierzając, Franza Timmermansa. Posłuchajmy proszę:

 #Wojciech Woźniak: „Z twojej retoryki można wnioskować, że jeżeli kiedyś coś będziesz miała, to raczej będą ....prosięta, bo chlew reprezentujesz”;

#Ablejk Frost (Grażyna): „Tyle warta jest twoja gadanina. Jak chcesz możesz Owsiaka po dupie całować kretynko”;

#Bogdan i Ewa B.: „Ale wyjesz. Trypla załapałaś czy coś lepszego prostaczko z patologii?”;

#Zbigniew Łukaszów: „A nie możesz poprosić Jureczka żeby Cię przeleciał i zapłodnił, wtedy w 100% miałabyś pewność że dziecko, będzie podobne do oryginału”;

#Kamil: „Masz najebane w tym pustym łbie wam już nic ni pomoże kurwa choroba psychiczna rozwinięta do maximum. Płać debilko niech Owsiak dzięki takim jak ty się wzbogaca”;

#Rafał: „Daj 4X więcej i daj dupy arabskim imigrantom. Ja PiSowska kurwa wtedy się na Ciebie na pewno zesram...”.

      Oto tak zwana „prawa strona internetu”. I wcale nie chodzi o język. Język to drobiazg. Gorzej, że intelektualnie, wielu z nas odstaje choćby od takiego Wałęsy. I to jest moje ogromne zmartwienie.


Proszę sobie wyobrazić, że całkiem niespodziewanie trafiło do mnie kilkanaście egzemplarzy sprzedanej już, i póki co nie planowanej do wznowienia, książki z listami od Zyty Gilowskiej. Jeśli ktoś ma życzenie, bardzo proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com.






środa, 17 lipca 2019

Czy powinniśmy dziękować Bogu za Internet?


      Miałem na dziś nieco inne plany, jednak z samego rana trafiłem na Twitterze na coś takiego że już nie umiałem się oderwać. Przedstawiam Państwu internautkę Adrianę Borowiecką:

       Kaczyński umiera. Ale na screenie jest w linku, że dziada chcą pochować jakże by było inaczej na Wawelu. Jakby skurwysyn się czymś zasłużył z bratem. Wypieprzyć obu z Wawelu plus żoneczkę Maryśkę K.

       Mamy więc ten tekst, poniżej zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego, jeszcze niżej informację podaną przez portal o nazwie wieści24.pl, że ów Kaczyński jest śmiertelnie chory na raka, no a dalej już sama dyskusja, a w niej nasi i nie nasi, a wszyscy najwyraźniej gotowi do tego, by w odpowiednio godny sposób rozpocząć nowy dzień. Na bandę tych satanistów machnę jednak ręką, a zajmę się wyłącznie prawdziwymi polskimi patriotami. Spójrzmy przez chwilę:

 Kobietą jesteś, ale chętnie bym ci pizdnął w ryj”;

Stara i paskudna ździra z ciebie,brzydsza niż kwit na węgiel”;

Skurwysyn to cię spłodził, a potem inny wyruchał w dupę”;

Chyba Ci tłuszcz padł na mózg. Tłuszcz z dupy”;

Ty szmato podła jeszcze nie zdechłaś????? Jak śmiesz życzyć śmierci????? Ile ci zarazo czerwona płacą za to hejtowanie?????”;

Nie dość że tępa ameba to jeszcze kurewsko brzydka”;

Powiem ci coś ADA. Patrzę na Twój tweet i zerkam na twój tłusty leb to nie jestem zdziwiony że zamiast mózgu który służy do myślenia masz pod czaszką około 1kg gówna. Jeśli ktoś pisze takie rzeczy to zawsze zadaje pytanie GDZIE TY SIĘ WYCHOWAŁAŚ?? W BURDELU??”;

Ciebie stara kurwo widocznie nikt przez całe życie dobrze nie wypieprzył - co zresztą nie dziwi, mało kto lubi głupa rżnąć - przez to tak ci jad ostatnie czynne komórki we łbie wyżera”;

Co za kurwisko nienawistne”;

I kto to pisze? Jakaś ubecka qrwa? Ty suko jesteś tak samo głupia jak brzydka i gruba?”;

Zamknij dupę gruba raszplo”;

Spierdalaj do Mcdonaldsa na burgera gruby trolu”;

Tłusta szmata idż się wykręć”.

Jeny, takie słowa z tak paskudnej mordy. Utkaj dziurę ulańcu. Zabłysnąć możesz jedynie na TT takimi wstawkami zbierajac watpliwy poklask od oszołomow twojego pokroju. I cyk - zgłoszonko. Wypierdalaj do warzywniaka po pietruszkę za 20 zeta”.

      O co chodzi? No, niestety, o to, co zawsze. A więc przede wszystkim mój kłopot polega na tym, że niemal wszystkie wyżej zacytowane wypowiedzi są oznaczane albo orłami w koronie, albo biało-czerwonymi flagami, albo czerwoną liczbą 100 dla oznaczenia roku polskiej niepodległości. A więc mamy tu niemal wyłącznie nadzwyczaj zaangażowanych w polskie sprawy patriotów, a więc ludzi, na których wszyscy tak bardzo liczymy. Ale prawdziwy kłopot polega na tym, że tam są oczywiście dwie strony i druga, tu nie cytowana, jeśli w czymś od naszej odstaje, to wyłącznie w tym, że częściej wspomina o śmierci. Co to oznacza? To mianowicie, że na poziomie tak zwanego politycznego sporu mamy poziom emocji, z którym chyba jednak już sobie nie poradzimy.

       Ktoś powie, że to jest tylko Internet i to w dodatku w swoim wyjątkowo paskudnym wydaniu; że biorąc pod uwagę fakt, iż połowa społeczeństwa w ogóle nie interesuje się polityką, a zdecydowana jego część nie ma nawet pojęcia, co to takiego ten cały Twitter, to mamy do czynienia z niszą niszy niszy. I to jest prawda. Ten syf, który się tam kotłuje to tak naprawdę ułamek procenta, który w żaden sposób nie odzwierciedla prawdziwego stanu rzeczy. Jest też całkiem możliwe, że większość z ludzi, o których rozmawiamy, to tak naprawdę nasi sąsiedzi, na co dzień ani trochę mniej mili i życzliwi od nas samych. I, powtarzam raz jeszcze, to wszystko jest bardzo możliwe. Dziś jednak myślę o tym, co Jarosław Kaczyński powiedział niedawno na którymś z przedwyborczych pikników, że powinniśmy wreszcie złożyć broń i zacząć żyć w jakiejś tam zgodzie. Ja wiem, że on doskonale sobie zdaje sprawę z tego, że to jest nie do wykonania i jego słowa mają wymiar wyłącznie propagandowy, no ale zakładając, że gdzieś tam w czyichś marzeniach faktycznie pojawia się obraz owej zgody, to właśnie opisana dziś przez mnie wymiana pokazuje bardzo wyraźnie, że to są marzenia ściętej głowy – oczywiście najchętniej głowy tej „pizdy”, czy „chuja” po drugiej stronie.

      Wczoraj zajmowaliśmy się tutaj Robertem Mazurkiem i jego krytyką publicznej telewizji i uprawianej przez nią propagandy, której poziom jego zdaniem stanowi nie mniejsze zagrożenie niż narkotyki i pornografia. W pewnym momencie, w swoim tekście Mazurek jednak woła: „O dzięki Ci Boże za Internet!”, co jak rozumiem stanowi wyraz satysfakcji, że w tym ciężkim starciu czystego zła, nie jesteśmy zdani wyłącznie na telewizję. No więc bardzo proszę, mamy też Internet i już chyba pewność, że jeśli za coś powinniśmy dziękować Panu Bogu, to akurat zdecydowanie bardziej za telewizję, choćby i tę kierowaną przez Jacka Kurskiego, niż za Internet. Bo choć oczywiście to całe nieszczęście zaczyna się na szczeblach znacznie wyższych niż twitterowe konta jakichś wariatów, to właśnie tu możemy je ujrzeć w wersji HD i we wszystkich kolorach tęczy. I to tu w Internecie właśnie znajdziemy odpowiedź na klasyczne już pytanie: Kiedy będzie lepiej?




   


niedziela, 16 czerwca 2019

I Love Hate


      Zwracałem już tu na to uwagę niejednokrotnie, ale cóż szkodzi powtórzyć? Otóż na tyle na ile udało mi się zorientować, zdecydowana większość czytelników tego bloga to są osoby o których można powiedzieć wiele, ale z całą pewnością nie to, że są tak zwanymi internautami. Cóż to oznacza dla nas? To mianowicie, że oni mają przeróżne zajęcia, z których czytanie tego, co ja tu od ponad dziesięciu lat zamieszczam stanowi zaledwie maleńki ułamek codziennych zajęć, a to z kolei oznacza, że oni również nie są zainteresowani tym, co się w Internecie wyprawia poza tym blogiem.

      Dla nich własnie mam dziś informację o tym, że na Twitterze, o czym oni musieli kiedyś tam słyszeć, bardzo ostatnio jest aktywny człowiek nazwiskiem Wojciech Jabłoński. O Wojciechu Jabłońskim kilka lat temu słyszeliśmy wszyscy, a to z tego powodu, że on był systematycznie goszczony w telewizji TVN24, jako tak zwany „niezależny ekspert”, który jednak niezmiennie reprezentował polityczne racje wyrażane przez Prawo i Sprawiedliwość. Mówiąc krótko i szczerze Jabłoński był nasz.

      Otóż dziś ów Jabłoński, swoją drogą pracownik Uniwersytetu Warszawskiego, prowadzi swój twitterowy profil w jednym tylko celu: chodzi o to, by produkować najbardziej bezwzględny w swoim okrucieństwie hejt pod adresem PiS-u właśnie. Jeśli ktoś miał choćby pobieżnie, niekoniecznie bezpośrednio, okazję przyjrzeć się temu co się dzieje w Internecie, wie, na czym polega wspomniany hejt, choćby przy ostatniej okazji, okrutnej śmierci pewnej 10-letniej dziewczynki. Gdy jednak chodzi o Jabłońskiego, to co on na okrągło, dzień w dzień, produkuje, to wręcz hejtu parodia. Jego komentarze to przejaw czegoś tak potwornego, że ktoś, kto widzi to po raz pierwszy gotów jest zacząć wrzeszczeć. To natomiast co w tym najciekawsze, to fakt, że on to robi całkowicie bezkarnie, z nadzwyczajnym samozadowoleniem i z wręcz demonstrowaną pewnością, że jest w pełni chroniony. Czemu tak?

      Otóż, jak się możemy domyślać, uważnie obserwując owe komentarze, ale również z różnych informacji znalezionych w Internecie, Jabłoński, w ramach swojej habilitacji, prowadzi naukowy eksperyment pod nazwą „Hejt w Internecie”, w ramach którego, samemu hejtując, uruchamia hejt kolejny, bardziej już powszechny i niekiedy jeszcze większy. Czemu on się zdecydował na PiS, nie musimy się zastanawiać. Każdy kto ma jako takie pojęcie na temat tego, jak się rozkładają nasze polityczne emocje, wie, że przeciwna strona z punktu widzenia projektu Jabłońskiego byłaby kompletnie bezużyteczna. Jeśli jednak celem jest Prawo i Sprawiedliwość, mamy prawdziwą eksplozję czegoś, czego słowa „nienawiść”, czy „pogarda” nie są w stanie objąć.

        Obserwuję owego Jabłońskiego od dłuższego czasu i o ile na początku przyglądałem się temu eksperymentowi z uwagą, dziś odnoszę wrażenie, że poziom zła, jaki z jego komentarzy wychodzi – jak już wspomniałem wcześniej, zła wręcz karykaturalnego – nie znajduje żadnego usprawiedliwienia. Mało tego. Mimo że Jabłoński, jak sądzę człowiek w pełni wyrachowany i skupiony na swoim projekcie, ma wyobraźnię naprawdę rozległą, to jednak, co z mojego punktu widzenia jest prawdziwie fascynujące, to internauci, których ten zachęcił do rozmowy. Gdy chodzi o Jabłońskiego, ja nawet biorę mocno pod uwagę, że on, wchodząc w to coś, w pewnym momencie zwyczajnie zwariował i dziś nawet nie kontroluje tego, co robi, gdy chodzi jednak o jego fanów, mamy do czynienia z ludźmi jak najbardziej prawdziwymi i szczerymi.

       Czytałem wczoraj komentarze na jego profilu i w pewnym momencie trafiłem na użytkownika podpisującego się Greg ‘Derduch’ Köhler i nagle zrozumiałem, że gdy zestawimy ze sobą zwykłą pracę naukową i jej wynik, to może się okazać, że z jednej strony mamy zaledwie pomysł, po drugiej natomiast stronie pojawia się prawdziwe mięso. Pieprzyć zatem, że się tak nieładnie wyrażę, Jabłońskiego, zwłaszcza że, jak już wspominałem, wcale nie wiemy, czy on w ramach swoich uniwersyteckich zajęć nie dostał zwykłego pomieszania zmysłów. To co nas dziś interesuje znacznie bardziej, to potwór, któremu on, chcąc nie chcąc, dał życie. Posłuchajmy owego Köhlera. Od góry, po kolei:

To zero ziobro piszemy z małej litery. W szkole was nie uczyli? To proste: szydło, gówno, ziobro, duda, sedes, mocz - piszemy z małej litery”.

Kiedy tłuką się dwie kobiety w ciąży, to tak, jakby gówniaki walczyły w robotach bojowych”.

Kryśka Pawłowicz już jest wkurwiona, bo Playboy odmówił jej rozkładówki”.

Jarosław Kaczyński był przezywany w dzieciństwie ‘osrajnoga’ i był napierdalany równo przez wszystkich. Jestem dumny, że mój ojciec także znęcał się nad tym jebanym karłem”.

Samsung Galaxy S10plus to pierdolony złom i chujnia. Jak nim zaraz zapierdolę to się chujostwo rozjebie na 10000 kawałków. Takiego kurwa zlomu to jeszcze nie miałem. Poza iPhone naturalnie. Co za gówno jebane!

Jarosław Kaczyński mam dla ciebie gnomie dobrą wiadomość: Raz w dupę to nie pedał. W twoim wypadku nalezy dopisać ‘dziennie’”.

Jeżeli Tusk odpuści Hitlerowi kłamstwa i pomówienia, to jest taką samą pizdą jak i PiSlerowcy. Hitler musi za swoje odpowiedzieć, nie wolno kurwie odpuszczać”.

Pierdolony polski motłoch. Jedne chuje zagłosowały na reżim zbrodniczy, drugie kurwy zostały w domu. I macie, Hitler znowu was wydymał. Jebać was. W dudę. Brudnym ziobrem. I niech wam brudziński buty zapierdoli. O!

Każdemu kto głosował na reżim popierdolonych kato-faszystów i karla, najserdeczniejsze życzenia, z głębi serca: Żeby was chuj upalił!

      Gdyby ktoś uznał, że słowa nie ranią, wspomnę tylko, że tam, owszem, jest też filmik pokazujący długo i przeciągle, jak się ostrzy nóż, ale też odpowiednie obrazki, takie choćby jak ten:





      Ktoś mnie spyta, czemu ja to robię. Czemu publikuję komentarze człowieka najwyraźniej psychicznie chorego. Otóż powody są dwa i moim zdanie wystarczająco dobre na moje usprawiedliwienie. Pierwszy to taki, że ostatnio strasznie dużo się mówi o hejcie, również w Internecie, i o tym, że należy z nim walczyć. Otóż każdy kto choćby owego Internetu liznął, wie, że jedynym rozwiązaniem jest systemowe ograniczenie dostępu, tak jak to ma miejsce choćby w Chinach. W obecnej sytuacji jedyne na co można liczyć, to to, że pozamyka się konta, gdzie pojawiają się sugestie, że „Bóg, Honor i Ojczyzna”, ewentualnie że „Pan Bóg stworzył człowieka kobietą i mężczyzną”, no a resztę trzeba koniecznie zostawić, w taki sposób, by słowa Donalda Tuska o tym, że „oni mają media, a my mamy Internet”, mogły mieć jakiś sens.

     Druga rzecz jest, moim zdaniem, znacznie ciekawsza i tu muszę wrócić do Wojciecha Jabłońskiego. To co mnie absolutnie zadziwia, to fakt, że ów Jabłoński faktycznie został zaakceptowany przez mainstream, w tym sensie, że podczas gdy jego ekscesy robią wrażenie niewiele mniejsze niż cytowane powyżej, on pozostaje całkowicie nietykalny. O tym, co on prezentuje, wszelkie media milczą, tak jakby doskonale wiedziały, że mają do czynienia z pracownikiem uniwersytetu, a kto wie, czy nie z kimś zaprzyjaźnionym, kto prowadzi naukowy eksperyment. Niedawno tylko, po tym jak Jabłoński brzydko się wyraził o pani poseł Pawłowicz, jednym krótkim komentarzem zareagował portal wpolityce.pl.

      Rozumiem, że o Jabłońskim usłyszymy powszechnie, kiedy ktoś kogoś zwyczajnie zaszytyletuje. Nożem naostrzonym przez jego znajomego z projektu, Grega ‘Derduch’ Köhlera.

wtorek, 22 stycznia 2019

Czy Jonny Daniels to bot Dobrej Zmiany?


        Zaledwie wczoraj obiecywałem wprawdzie, że kończę z Adamowiczem i wracam do pisania książki, stało się jednak tak, że choć z Adamowiczem faktycznie już skończyliśmy - przynajmniej do czasu jak się pojawią nowe wiadomości - to książka została pokonana przez nie byle co, ale sam Twitter. Zanim jednak przejdę do rzeczy, może osobom niezorientowanym wyjaśnię, co to takiego ów Twitter. Proszę się skupić, bo to ważne.

       Otóż Twitter to jest internetowy projekt, którego zadaniem jest udostępnienie pola do wszelkiego rodzaju aktywności osobom, które dotychczas korzystały z usług mediów głównego nurtu, jednak doszły do wniosku, że one mają swoje ograniczenia i przez to znaczna część opinii publicznej pozostaje poza ich zasięgiem. W ten oto sposób jest tak, że właściwie przeważająca część tego co nam mają do powiedzenia osoby takie jak Donald Trump, Kevin Spacey, czy choćby Kim Kardashian, jest nam komunikowana w formie serii krótkich komunikatów przez Twittera właśnie. Jestem pewien, że gdyby tylko była możliwość - moralna, techniczna, czy ściśle biznesowa - by dostęp do Twittera ograniczyć wyłącznie do osób z tak zwanymi wejściówkami, tam by się udzielali wyłącznie celebryci. Ponieważ jednak żyjemy w epoce powszechnej demokracji, co sprawiło, że dostęp do Twittera pozostał szeroko otwarty, stało się też tak, że ów Twitter został zdominowany przede wszystkim przez zwykłą drobnicę, która sobie gada praktycznie bez przeszkód o tym, o owym i w ogóle o wszystkim, bez większego sensu, a tym bardziej bez w jakikolwiek sposób określonego celu.

        Ile osób na świecie korzysta dziś w aktywny sposób z Twittera? Wedle oficjalnych danych jest to już niemal 400 milionów zarejstrowanych użytkowników, co tym bardziej powinno świadczyć o tym, że wspomniani wcześniej celebryci nie mają tu praktycznie nic do gadania. Jest jednak słynny Paragraf 22, który stanowi, że każdy użytkownik Twittera ma dostęp do tylu kont, do ilu sobie mieć dostęp osobiście zażyczy, co oczywiście sprawia, że konto takiej Kim Kardshian jest obserwowane przez 60 milionów osób, podczas gdy konto niejakiego Dariusza-Polska przez zaledwie 2711.

      Jeśli jednak ktoś sądzi, że owo 2711 to jakaś kompromitacja, jest w dużym błędzie. Rzecz w tym, że gdy idzie o wspomnianą wcześniej drobnicę, to całkiem poważny wynik. Prowadzić konto na Twitterze i zdobyć sobie serce 2711 osób to autentyczny sukces świadczący o tym, że mamy do czynienia wprawdzie nie z Donaldem Trumpem, ani nawet Donaldem Tuskiem, ale też nie z byle kim.

      Przyjrzyjmy się zatem, kim jest ów Dariusz-Polska. Wedle informacji zamieszczonej w rubryce powitalnej, Dariusz-Polska to „wyborca Zjednoczonej Prawicy, Sympatyk PIS”, gdy natomiast zajrzymy do środka, nie mamy nic poza cytowaniem wypowiedzi najważniejszych przedstawicieli władzy, ewentualnie wrzucanych od czasu do czasu własnych komentarzy w rodzaju „brawo”, „hura”, czy „tak trzymać”. Śladu samodzielności, poza tymi okrzykami na cześć PiS-u.

      Ktoś zorientowany powie, że to nic takiego. Takich jak on jest cała masa. Rzecz jednak w tym, że Dariusza-Polska obserwuje 2711 osób, a wśród nich - uwaga, uwaga - znajdują się nazwiska osób, które z reguły nie angażują się w twitterowe pogaduszki, a więc takie jak Jadwiga Wiśniewska, Michał Rachoń, wszystkie praktycznie lokalne oddziały Prawa i Sprawiedliwości, Ireneusz Zyska, Adam Andruszkiewicz, Robert Mazurek, Ryszard terlecki, Adrian Klarenbach, i wielu wielu innych, w tym i - uwaga, uwaga - Jonny Daniels, ale do niego jeszcze wrócimy.

      Skąd ja się o tym dowiedziałem i czemu w ogóle mnie ów temat tak obszedł, że postanowiłem złamać naszą umowę? Otóż syn mój, który - póki nie narodziła mu się jeszcze córeczka - ma jeszcze czas na to, by śledzić to co się dzieje w Sieci, doniósł mi o tym, że wpadł na owego Dariusza-Polska i zwrócił się do niego z pytaniem, jak to się stało, że on przy tego rodzaju pozbawionej kompletnie znaczenia, poza czystą propagandą, aktywności, jest obserwowany przez najważniejsze na polskiej scenie politycznej osoby. I w tym momencie został nadzwyczaj brutalnie zaatakowany przez dziesiątki innnych użytkowników, równie jak ten popularnych wśród głównych celebrytów Prawa i Sprawiedliwości i okolic i równie mocno skupionych wyłącznie na prowadzeniu najbardziej prymitywnej propagandy na rzecz Prawa i Sprawiedliwości.

       Kiedy piszę ten tekst, dyskusja na tej mikroskopijnej wręcz części Twittera, jak widzę, trwa, w tym momencie już tylko między ową najbardziej zaangażowaną częścią grupy, do której właśnie, jak widzę, dołączyła się niejaka Barbara, obserwowana przez samego prezydenta Dudę. I ona też oskarża - teraz już pod jego nieobecność -  mojego syna o esbecką dywersję. A za nią idą następni, dokładnie tacy sami i z tym samym bagażem czystej propagandy i płynącej stąd popularności.

       Już tłumaczę, o co chodzi. Otóż od pewnego czasu słyszymy plotki, że politycy różnych partii wynajmują ludzi, których zadaniem jest zakładanie na Twitterze kont w celu wspierania w Internecie ich działalności i ja nie miałem najmniejszych wątpliwości, że tak się dzieje, a jednocześnie wierzyłem, że wśród nich nie ma Prawa i Sprawiedliwości. W końcu - pomijając już wszystkie inne powody - po jasną cholerę kłamać, gdy kłamstwo jest zupełnie niepotrzebne? Tymczasem wychodzi na to, że czemu nie? Nasi też potrafią, a problem polega tylko na tym, że poziom tego przekrętu jest tak nędzny, że on sam już dyskwalifikuje jego autorów z dalszych konkurencji.

        Wspomniałem tu Jonny’ego Danielsa i obiecałem do niego powrócić. Otóż faktycznie jest tak że Jonny Daniels, a więc ktoś kto ma wystarczająco wysoką pozycję i nadzwyczaj ważne zadania, by nie interesować się jakimiś Darkami, owego Dariusza-Polska obserwuje. Ale jest jeszcze coś. Ów Daniels to Brytyjczyk, który języka polskiego nie zna, a zatem komentarzy Darka, nawet gdyby one zawierały coś więcej, niż te wszystkie „brawo”, „znakomicie”, „hura”, czy „cudnie”, czytać nie jest w stanie. A mimo to, on Darka obserwuje, co wyłącznie działa na korzyść Darka, czyli w efekcie PiS-u. Czemu więc Daniels nacisnął ten guziczek? Diabeł jeden wie.

         A zatem stoimy wszyscy w tym momencie przed bardzo precyzyjnie określoną sytuacją. Z jednej strony mamy Prawo i Sprawiedliwość, oraz wspierający ich Internet w postaci Darka-Polska, jego przyjaciół, a w tym Jonny’ego Danielsa, a z drugiej nas tu wszystkich, głosujących na wspomniane Prawo i Sprawiedliwość i życzących im jak najlepiej. Co nam w tej sytuacji pozostaje? Nie wiem, czy mam rację, ale wciąż wierzę, że tak właśnie wygląda polityka, a nam nic do tego. To co my możemy i potrafimy, to raz na jakiś czas pójść i zagłosować w taki sposób, by zagwarantować sobie tę chwilę spokoju, no i by ktoś tam się opamiętał i powyrzucał z pracy tę bandę durniów, bo oni są gotowi narobić prawdziwego nieszczęścia.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Czy Ruch Odrodzenia Żydowskiego w Polsce wycofa naszą reprezentację z piłkarskich mistrzostw świata?


      No i znów wygląda na to, że felieton do „Warszawskiej Gazety” będzie musiał odczekać kolejny dzień, bo bieżące wydarzenia spadają na nas jak gromy z jasnego nieba. Oto wczoraj opublikowałem tekst na temat prowokatorów, którzy ostatnio mnożą się nam jak króliki, i których jedynym celem jest uniemożliwienie Prawu i Sprawiedliwości uzyskania w przyszłorocznych wyborach konstytucyjnej większości, jak ze swoim komentarzem pojawił się nasz dobry kolega Onyx i wrzucił mi, moim zdaniem, interesujący i bardzo adekwatny link. Był to link do wpisu na Twitterze, którego jednak w pierwszej chwili nie byłem w stanie otworzyć, ponieważ jego autor, jakiś Nieznal, z przyczyn, których nie jestem w stanie rozpoznać, mnie wcześniej zablokował. Poinformowałem o tym Onyxa, na co ten wrzucił mi skan owej wypowiedzi i okazało się, że problem jest taki, że gdzieś w Berlinie lokalni Żydzi założyli organizację, której celem jest walka o to, by oni, Żydzi właśnie, mogli z całego świata wrócić do Polski i żeby hebrajski stał się językiem urzędowym. Tekst był jasny i nie znoszący dyskusji, a na dodatek ilustrowany dwoma zdjęciami, na których mogliśmy zobaczyć najpierw prezydenta Dudę w towarzystwie znanego nam pewnie wszystkim Jonny’ego Danielsa, a następnie w tym samym towarzystwie premiera Morawieckiego.

      Ponieważ mimo tych wszystkich informacji, czułem pewien niedosyt, skonsultowałem się z moim dzieckiem, które mnie poinformowało, że blokadę na Twitterze można ominąć w bardzo prosty sposób i tak wszedłem na profil owego Nieznala, jak się okazuje, niezwykle zaangażowanego polskiego patrioty, no i w ten sposób poznałem całość sprawy. Oto, jak się okazuje, wszystko zaczęło się od tego, że żydowska reżyserka filmowa, Yael Bartana, nakręciła gdzieś w Berlinie cykl trzech krótkich filmów dotyczących czegoś, co funkcjonuje pod nazwą „Ruchu Odrodzenia Żydowskiego w Polsce”, gdzie w pierwszym odcinku znany nam skądinąd Sławomir Sierakowski zachęca Żydów do powrotu do Polski, w drugim Żydzi przyjeżdżają do Warszawy i na terenie dawnego getta stawiają kibuc, w trzecim natomiast Sierakowski ginie w zamachu. I oto w tym momencie – szczerze powiem, że kwestia, czy to jest dalej film, czy może już rzeczywistość, przedstawiona jest w sposób na tyle niejasny, że pewności co do tego nie mam –  ów Ruch Odrodzenia Żydowskiego w Polsce uruchomia swoją stronę internetową, na której zamieszcza swoje postulaty, a wśród nich i ten, by powrót Żydów do Polski został sfinansowany przez podniesienie podatków, Senat uległ przekształceniu w Izbę Mniejszości, a Polska zerwała konkordat z Watykanem. Chcą też oczywiście, jak już wcześniej wspomneliśmy, by hebrajski został ustanowiony drugim językiem urzędowym. Symbolem organizacji jest logo, które powstało z połączenia polskiego godła z gwiazdą Dawida. Całą tę informację na swoim profilu na Twitterze ów Nieznal powtórzył, posiłkując się linkiem do telewizji TVP Info… tyle że nadającej jeszcze – uwaga, uwaga – w roku 2013. Oto ów link.
     Jak wszyscy się zapewnie orientujemy rok 2013 skończył się pięć lat temu, a więc w czasie gdy telewizja TVP Info była kontrolowana przez siły internaucie Nieznalowi, jak to wynika przynajmniej z jego deklaracji, wrogie, dla których jednak ewentualny exodus Żydów do Polski, w ogóle nie stanowił problemu, a tu ów dziwny polski patriota, ni w pięć nie w dziesieć, powołuje się na tamten przekaz wyłącznie po to, by dołożyć Dudzie i Morawieckiemu. Przepraszam bardzo przede wszystkim panie i dzieci, ale co to do kurwy nędzy się tu wyprawia? Czy ludzie zaangażowani tu tak intensywnie w komentowanie bieżących spraw to zwykli idioci, czy może kuci na cztery nogi cwaniacy?

      Napisałem wczoraj ów tekst zainspirowany działalnością blogera Ewarysta Fedorowicza, któremu – z czystej dobroci serca –  zarzuciłem, że nie jest idiotą, lecz wynajętym prowokatorem. Po pewnej wymianie  opinii i swiadectwach dostarczonych przez znajomych Fedorowicza, musiałem przyznać, że się myliłem, co oznacza, że ów Fedorowicz prowokatorem jednak nie jest. A zatem, konsekwentnie, jego całkiem niedawno sformułowana opinia, że polski rząd planuje wycofać naszą piłkarską reprezentację z udziału w piłkarskich mistrzostawach w Rosji po to, by w ten sposób wywołać w Polsce powszechne zamieszki, brutalnie stłumione przez Joachima Brudzińskiego, a następnie wprowadzić stan wyjatkowy, pod osłoną którego będzie można wypłacić światowemu żydostwu setki miliardów dolarów za zrabowane przez Polskę mienie, nie była wynikiem prowokacji na rzecz ogłupiałej polskiej hołoty, lecz wynikiem osobistych przemyśleń tego ciekawego człowieka. Kiedy analizuję przekazany mi przez mojego serdecznego kumpla Onyxa link, dochodzę do wniosku, że jest bardzo prawdopodobne, że jedynymi tak naprawdę prowokatorami są ludzie zajmujący pozycje znacznie wyższe niż ten nasz biedny Internet, natomiast my, mamy do dyspozycji wyłącznie swój rozum i swoją wrażliwość. Jeśli tego zabraknie, to jesteśmy zgubieni. Oni nas rozliczą do samego końca.


Przypominam uprzejmie, że moje książki można zamawiać w księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl, ewentualnie bezpośrednio u mnie, pisząc na mail k.osiejuk@gmail.com.

sobota, 18 marca 2017

Z wiewiórką po władzę, czyli strach zżera duszę

Zapraszam dziś wszystkich do najnowszego felietonu z „Warszawskiej Gazety”, który tu na blogu akurat zamknie temat owej wielkiej reaktywacji szczerego kłamstwa i pozwoli nam zająć się czyś znacznie zdrowszym.


      Każdy z nas, kto miał okazję choć przez parę dni poobserwować popularny portal o nazwie Twitter, z całą pewnością zauważył, że wolność wypowiedzi, jaka tam panuje, przekracza wszelkie standardy. Oczywiście, są granicę nieprzekraczalne, jak na przykład naruszanie praw autorskich stacji TVN24, poza tym jednak wolno wszystko, włącznie z takimi ekstrawagancjami, jak choćby wzywanie do zamordowania Jarosława Kaczyńskiego. No i oczywiście na Twitterze się kłamie. Tam nie ma manipulacji. Twitter to miejsce, gdzie się kłamie dla samej przyjemności kłamania.
      Weźmy takie memy, których tam jest masa. Oto mamy zdjęcie papieża Franciszka i rzekomy cytat z jego wypowiedzi, gdzie on wzywa, byśmy zanim zaczęli krytykować islamskich terrorystów, sami, jako chrześcijanie, uderzyli się w piersi. Albo widzimy aktorkę Jandę i tym razem jej rzekomą wypowiedź, w której ona mówi, że Polska powinna zostać przyłączona do Niemiec. Innym razem z kolei, widzimy nielubianego przez nas polityka, który podobno twierdzi, że pedofilia powinna zostać zalegalizowana, a kobiety należy bić, żeby się zbytnio nie rozleniwiły. Oczywiście, ja tu trochę zmyślam, bo nie kolekcjonuję tych cytatów, ale starałem się przynajmniej zachować ową poetykę, no i poziom.
      Oczywiście, w momencie gdy owa informacja się pojawia – Twitter to narzędzie wyjątkowo szybkie – dziesiątki, czy setki osób, natychmiast podają ją dalej i owo kłamstwo rozpowszechniają, ku radości kolejnych internautów. A na uwagę, że kłamią, niezmiennie odpowiadają, że owszem kłamią, ale co z tego, skoro racja jest i tak po naszej stronie. Długo się zastanawiałem, jakie emocje stoją za popularyzowaniem owych zmyśleń, zakładając oczywiście, że nie mówimy o wynajętych propagandzistach, którzy żyją z prowokowania złych emocji i którzy, jak sądzę, stoją na samym początku tego łańcucha, czy o prostych durniach, którzy bezrefleksyjnie przyjmują każdą, nawet najbardziej absurdalną, informację. Otóż dziś mam podejrzenie, że ktoś, kto czuje, że to jest nieprawda, a mimo to w to wchodzi, robi to z czystej frustracji wywołanej przez świadomość ciężkiej bezradności wobec czegoś, co go tak okropnie dręczy.
      I oto ostatnio, obserwując wydarzenia w skali znacznie szerszej, a więc obejmującej bieżącą politykę, zobaczyłem, jak bardzo moje podejrzenia są słusznie i jak celnie skierowane. Otóż mniej więcej od czasu, gdy kompromitacją zakończył się grudniowy przewrót, propaganda antyrządowa zachowuje się dokładnie tak jak owi kompletnie obłąkani internauci i w tej rozpaczy kłamie bezwstydnie i na potęgę. I to już nie jest owa stara dobra manipulacja, do której zostaliśmy skutecznie przyzwyczajeni. Tu jest już tylko kłamstwo, a w momencie, gdy ono wyjdzie na jaw, wzruszenie ramion i odpowiedź, że nic nie szkodzi, bo to i tak niczego nie zmienia. Tak było w przypadku owej podrzuconej wiewiórki, tak jest teraz w przypadku słów włożonych w usta Marine Le Pen. No bo i faktycznie, co to zmienia, skoro i tak wszyscy wiemy, że Kaczyński to kartofel?

Książki, jak zawsze, można zamawiać w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zachęcam niezmiennie.

czwartek, 9 marca 2017

O tym, jak Łukasz Warzecha wjechał boeingiem w traktor

      Ponieważ ostatnio zrobiło się bardzo poważnie, a trochę kabaretu nigdy nie zaszkodzi, dziś po dłuższej przerwie zajmiemy się autorami niezłomnymi. Otóż ja wiem, że będzie nam w to trudno uwierzyć i to nawet jeśli weźmiemy poprawkę na to, z kim mamy do czynienia, ale w rzeczy samej stało się tak, iż znany powszechnie, wybitny prawicowy publicysta, Łukasz Warzecha został zaczepiony na Twitterze przez jednego z internautów, niejakiego Mariusza Holewiusza, który użył wobec niego słów „skurwysyn” oraz „parówa”. I teraz, zamiast wzruszyć ramionami i potraktować to co się stało tak jak się traktuje cały ten internetowy hejt, a więc wyniosłym milczeniem, Warzecha postanowił zagrać va banque i wezwał tego kogoś, by, skoro jest taki odważny, stanął z nim twarzą w twarz i owo oszczerstwo powtórzył. No i proszę sobie wyobrazić, że tak sprytnie przemyślany plan wziął z miejsca w łeb, bo ów Holewiusz pojawił się o umówionej porze i w umówionym miejscu i w dodatku nagrywając wszystko telefonem, powtórzył swoje zarzuty pod adresem Warzechy słowo w słowo. Rozmowa między dwoma panami wyglądała mniej więcej tak:

WARZECHA: Czekam, żeby pan mi powtórzył to co napisał.
HOLEWIUSZ: Za tę arogancję i pychę jest pan parówą i skurwysynem.
WARZECHA: A pan jest złamanym chujem o małym móżdżku, no i co teraz?
HOLEWIUSZ: No i normalnie jak byśmy byli gdzieś tam sobie, to byśmy się starli.
WARZECHA: Tak?
HOLEWIUSZ: Tak.
WARZECHA: No i co?
HOLEWIUSZ: No i nic.
WARZECHA: Pan jest cham.
HOLEWIUSZ: To pan jest cham.
WARZECHA: Trudno.
HOLEWIUSZ: Co trudno?
WARZECHA: Ciekawe.
HOLEWIUSZ: No właśnie, ciekawe.
WARZECHA: Pan się pokazał jak ostatni debil.
HOLEWIUSZ: A pan jak przedostatni chuj.
WARZECHA: No i dobrze.
HOLEWIUSZ: No i fajnie.

      Może akurat ta rozmowa wyglądała nieco inaczej, ale daję słowo, że sens oraz poetyka oryginału zostały zachowane, no i przede wszystkim kluczowe fragmenty zacytowałem dosłownie. Natomiast już po owym szczególnym spotkaniu okazało się, że sprawa będzie miała swój dalszy bieg, ponieważ internauta Holewiusz komentując spotkanie z Warzechą wrzucił do sieci bardzo wesołego twitta, w którym wyraził opinię, że „Warzecha zasługuje na porządny wpierdol”, no i Warzecha, czując zapewne, że wcześniej zrobił z siebie idiotę i teraz chłopaki na podwórku będą za nim wołać „parówa”, przyjął poważny ton i poinformował, że choć „trzeba mieć nerwy ze stali, by wytrzymać to, co się w sieci pisze o publicystach” i on zwykle sobie w tym piekle nienawiści radzi, tym razem jednak, wobec tak poważnej groźby, jak pobicie, on zgłasza sprawę na policję.
A mnie ów incydent przypomniał coś, co miało miejsce jeszcze wiele lat temu, kiedy to Warzecha najpierw wystąpił w telewizji TVN24 wspólnie z Tomaszem Wołkiem i pozwolił by Wołek go bez cienia litości wdeptał w piasek, a na drugi dzień na swoim blogu przedstawił tekst, w którym przeprosił wszystkich, że był w stosunku do Wołka może zbyt brutalny, no ale ten Wołek naprawdę plótł takie farmazony, że Warzecha zwyczajnie nie wytrzymał. Wyśmiałem więc odpowiednio Warzechę, że po komedii, którą zaprezentował w rozmowie z Wołkiem, z tym zadartym do góry nosem wygląda wyjątkowo głupio i żeby może się zamknął, bo naprawdę na ten rodzaj bezczelności nawet on sobie nie zasłużył, no i wówczas Warzecha się na mnie obraził i sformułował, dziś już traktowane powszechnie jako kultowe, zdanie, że to ja się powinienem zamknąć, bo „on jest pilotem boeinga, podczas gdy ja zaledwie traktorzystą”.
      I teraz widzimy wszyscy tak wyraźnie, jak nigdy dotąd, jak to po tych wszystkich latach, Łukasz Warzecha wreszcie w pełnej krasie ukazał się nam, jako ów słynny „pilot boeinga”. On miewał swoje lepsze lub gorsze momenty, jednak musimy przyznać, że naprawdę musieliśmy się naczekać, by zrozumieć już tak do końca, o co wtedy Warzesze chodziło z tym „boeingiem”. Dziś ze wstydem przyznaję, że my traktorzyści tak ani nie potrafimy, ani nawet nie możemy marzyć, by kiedykolwiek osiągnąć ten poziom zawodowstwa. No ale jakie my tu na tym traktorze mamy życie? Nas nawet nikt nie chce porządnie zhejtować. Ktoś nam czasem powie, ze mamy przerośnięte ego i że przydałaby się nam odrobina pokory, no ale żeby „parówa”?
      Szacun dla Pana, Redaktorze. Dobra robota! I proszę pozdrowić kolegów. Jestem pewien, że ich też stać na wiele.

Zachęcam gorąco do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl i kupowanie moich książek. Już wkrótce Wielkanoc i nie zaszkodzi zaskoczyć kogoś bliskiego porządnym prezentem.

piątek, 6 maja 2016

Samuel Pereira, człowiek z łomem i laubzegą

Zacząłem pisać tego bloga osiem już lat temu i od tego czasu mogę powiedzieć, że moje życie to w znacznej części ten blog. Owe osiem lat to z całą pewnością grubo ponad 2 tysiące tekstów, dziesiątki tysięcy komentarzy, siedem książek, no a kto wie, czy nie przede wszystkim dziesiątki najbardziej cennych przyjaźni… Ale też oczywiście, zapewne dla równowagi, utrata pracy, kolejne lata prawdziwych zmartwień, no i cały szereg autentycznych wrogów.
Był czas, kiedy wśród czytelników i komentatorów moich tekstów udzielał się człowiek nazwiskiem Samuel Pereira. I nie chcę wcale powiedzieć, że on się udzielał jakoś szczególnie aktywnie. Zwyczajnie bywał, natomiast, gdy idzie o mnie, to ja, czy to przez jego związki z prawicowym mainstreamem, który zawsze traktowałem, jako byt sobie obcy, czy przez być może miałkość jego komentarzy, najpierw go lekceważyłem, a następnie skutecznie zniechęciłem do traktowania mnie, jako punktu zaczepienia.
Samuel Pereira pojawił się w mojej perspektywie ponownie podczas kampanii wyborczej Andrzeja Dudy, kiedy to najpierw udało mu się otrzymać tam odpowiednią akredytację, a następnie snuć się, jako dziennikarz, za Dudą od rana do wieczora, kręcić komórką co bardziej zabawne ujęcia, a następnie wrzucać je na Twittera jako tak zwane gorące newsy z trasy. To był zresztą widok codzienny: Duda spotykający się z wyborcami i nieustannie błaznujący Pereira z komórką.
Tak naprawdę, po raz pierwszy Pereirę zobaczyłem jednak w akcji pewnego dnia, kiedy sztab wyborczy Komorowskiego opublikował klip pod tytułem „Andrzej Duda cię wyduda”. To był taki idiotyzm, że moja młodsza córka, która dotychczas nie uczestniczyła w polityce w żaden sposób, postanowiła zrobić happening, włączyła nagrywanie i zadzwoniła do sztabu wyborczego Komorowskiego z pytaniem, co to znaczy „wyduda”, bo ona chce głosować na Dudę, a boi się, że to się może dla niej źle skończyć. Nagranie umieściła na youtubie, ono zyskało znaczną popularność, no i na tej fali wjechał też na nie Samuel Pereira, też zadzwonił do sztabu Komorowskiego, nagrał rozmowę pod tytułem co to znaczy „wyduda” – tyle że tym razem zdecydowanie mniej ciekawą, choćby z tego względu, że miejscowi byli już odpowiednio uprzedzeni i Pereirę spuścili – i zamieścił ją na swoim profilu na Twitterze. Z jakim odzewem spotkał się ten jego twit, tego oczywiście nie wiemy, bo ani ona, ani tym bardziej ja, w tamtym czasie mieliśmy tego całego Twittera w nosie, ale faktem jest, że on ten pomysł mojemu dziecku ukradł i pociągnął swoją karierę o kolejny centymetr.
Dziś Samuel Pereira, mimo że Prawo i Sprawiedliwość w pełni przejęło państwowe media, wciąż nie jest pełną gwiazdą, jak choćby Targalski, co świadczyć musi tylko o tym, że jego nie lubi już chyba nikt i za nic, niemniej, owszem, to tu to tam, oglądać go i słuchać możemy. Między innymi, na Twitterze. Ja na niego wpadłem ponownie wczoraj przy okazji twita zamieszczonego przez mojego syna. Opowiem od początku. Otóż, jak większość z nas pewnie wie, minister Szałamacha wystosował parę dni temu do prezesa Rzeplińskiego pismo, w którym go uprzejmie poprosił, by ten na pewien czas wstrzymał się ze szczuciem przeciwko Polsce, bo przed nami decyzje o znaczeniu ponadpartyjnym i szkoda by było Polski dla niskich ambicji. Rzepliński oczywiście natychmiast ze wspomnianym listem popędził do mediów, które w jednej chwili urządziły nam akcję pod tytułem: „Rząd każe milczeć prezesowi Trybunału Konstytucyjnemu”. Na to syn mój zareagował na swoim twitterze, wyjaśniając, że różnica między milczeniem, a powstrzymaniem się, jest taka jak między głodówką, a rezygnacją z fastfoodów. No i tu zareagował Pereira i powtórzył bon mot mojego dziecka, jako swój. Mógł go zretwittować, mógł go polubić, mógł na niego odpowiedzieć osobnym komentarzem, no ale ponieważ to by mu obniżyło samoocenę, to go zwyczajnie ukradł.
Tu opowiem może, na czym polega Twitter, gdy sensem tego twittowania nie jest utrzymanie pozycji politycznej, czy towarzyskiej, ale jedynie uzyskanie skromnej osobistej satysfakcji. Otóż, krótko mówiąc, chodzi o to, by wrzucić tam ten jeden komentarz, który zauważy czy to ktoś tak wybitny, jak Kataryna, czy choćby taki Samuel Perejra, i go na swój sposób wyśle dalej. Każdy z nas z całą pewnością rozumie, że przez swoje naturalne umocowanie, takie osoby jak Pereira, mają sytuację z automatu lepszą, a ktoś taki jak mój syn, a więc ktoś, kto ewentualnie zaledwie aspiruje, może ewentualnie liczyć na ten jeden gest. Kataryna komentarz mojego syna owszem zauważyła i go zretwittowała, natomiast Pereira najzwyczajniej w świecie go przepisał jako swój.
Syn mój oczywiście zainterweniował, Pereira oczywiście się wszystkiego wyparł twierdząc, że to co się stało to zaledwie zbieg okoliczności, jeśli jednak idzie o mnie, to ja wiem swoje, czyli to, że Pereira to krótko mówiąc drobny cwaniak i kanciarz. Jednak, prawdę powiedziawszy, tu wcale nie chodzi wcale o Pereirę. On tu akurat jest nikim. To jest zaledwie jeszcze jeden odpowiednio pozbawiony wstydu kandydat do tak zwanego „pierwszego szeregu”, i jeśli różniący się w jakikolwiek sposób od innych, to tylko w ten, że jest pozbawiony jakichkolwiek szans na sukces, i to z tego prostego powodu, że go najpewniej nikt nie lubi. Po prostu. Nie chodzi więc o Pereirę. To co on odstawił wczoraj na Twitterze, a więc owa bezczelna i bezwstydna kradzież, to zaledwie część większego, bardziej powszechnego zjawiska. Pisałem wcześniej o tym, że prowadzę tego bloga od ośmiu lat i naprawdę wiele przeżyłem. Wśród owych doświadczeń jest i to, że tak zwani „profesjonalni dziennikarze” cały swój zawodowy wysiłek ograniczają wyłącznie do siedzenia od rana do wieczora w Internecie i wyłapywania co ciekawszych pomysłów z cudzych blogów. Jak mówię, za mną osiem lat blogerskiej działalności i ja nie jestem w stanie nawet policzyć, ile razy owi „profesjonaliści” zarobili na moich pomysłach. I proszę mi uwierzyć, jeśli ja dziś wspominam tego durnia Pereirę, to nie dlatego, że on tu jest kimś specjalnym. Nie. On jest w najlepszym dla siebie wypadku najbardziej z nich bezczelny. Każdy z tych, którzy zdecydowali się skorzystać z cudzych pomysłów i sprzedać, jako swoje, coś jednak do tego włożył. Pereira wali prosto między oczy, a potem robi głupią minę i pyta: „Aosochozi?”
Ktoś mnie pewnie zapyta, co ja się uparłem, by znęcać się nad kimś tak małym? A cóż to za problem, że z Pereiry jest smutny, tani złodziej? Kogo obchodzi Pereira? Otóż – i to już tez powiedziałem wcześniej – nie chodzi o Pereirę. On jest zaledwie śrubką w maszynie, którą nazywamy „polską prawicą”. I to on o niej świadczy. To on będzie nam budował opinię. Nie Adam Szejnfeld, nie Waldemar Kuczyński, ale Pereira. Dlatego postuluję, by Pereirę tępić od rana do nocy. Bez litości i bez dyskusji. Tacy jak on są tu wyłącznie po to, by ten projekt zniszczyć i wystawić na pośmiewisko.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki w liczbie 6.

piątek, 8 stycznia 2016

Gdy wspominamy Pawła Wypycha

Dziś wreszcie obiecany tekst dla „Warszawskiej Gazety”. Oryginalnie miał się ukazać jeszcze w poniedziałek tutaj, no ale wyszło, jak wyszło. I dobrze. Zapraszam.


Jak wiemy, od już ponad miesiąca udzielam się na Twitterze i przyznaję, że jest to coś, co potrafi wciągnąć. Siedzę więc tam, co, wspomnieć należy, przychodzi mi z tą większą łatwością, że od czasu gdy Igor Janke ze swoim Instytutem Wolności postanowił pokazać, czym jest wolność w wersji turbo, moja aktywność w Salonie24 praktycznie wygasła, a toyah.pl i tak od zawsze był przeznaczony dla czytelników, a nie dla internautów, i pewnie owo zaangażowanie w Twittera stanowiłoby dla mnie powód do zmartwień, czy nawet do wstydu, gdyby nie fakt, że, tak jak to zresztą się dzieje na wszelkich scenach życia społecznego, i tu, jeśli się postaramy, możemy znaleźć coś nadzwyczaj cennego.
Oto, proszę sobie wyobrazić, że wczoraj, przy okazji jakiś kompletnie przypadkowych ruchów związanych z normalną twitterową zabawą, trafiłem na profil Małgorzaty Wypych, wdowy po zamordowanym w Smoleńsku ministrze w kancelarii, również zamordowanego w Smoleńsku, prezydenta Lecha Kaczyńskiego, Pawła Wypychu. Wpadłem na ten profil i nagle doznałem olśnienia. Otóż nagle się okazuje, że przez te niemal już sześć lat od czasu, gdy w katastrofie w Smoleńsku zginęło 96 osób, zwyczajnie zapomnieliśmy o tym, kogo tam straciliśmy. Oczywiście, nie mam ani zamiaru, ani tym bardziej możliwości, by wyliczać tu te wszystkie nazwiska, które – ponieważ telewizja to medium, które potrafi nas autentycznie zniewolić – kiedyś znaliśmy tak znakomicie i tak na pamięć. Myślę, że wystarczy ów Paweł Wypych, człowiek, którego już między nami nie ma i to ze skutecznością wręcz przerażającą, natomiast jak najbardziej jest wdowa. I ona jest, i w dodatku pozostaje w pełnej determinacji, by nie dać nam spokoju.
W czym rzecz? Otóż profil Małgorzaty Wypych, wdowy po zmarłym sześć lat temu w Smoleńsku Pawle Wypychu, jest opisany w następujących słowach: „Mama. Adwokat. Społecznik. Żona Pawła....zawsze”.
Mama. Żona Pawła. Zawsze.
Otóż ja to zobaczyłem i nagle zrozumiałem, że dopóki ta sprawa nie zostanie ostatecznie wyjaśniona, my nie mamy o czym rozmawiać. Owszem, będziemy tu sobie gadać, popisywać się swoją inteligencją i dowcipem, natomiast to co tak naprawdę ważne, pozostanie wciąż naszym niewypełnionym obowiązkiem.
Gapię się w ów twitterowy profil Małgorzaty Wypych i przypominam sobie nagle twarz Pawła Wypycha, ministra w kancelarii zamordowanego w Smoleńsku prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Nagle widzę go, jak on pięknie błyszczał w tych wszystkich mediach i jak my, którzy oglądaliśmy te występy, kiwaliśmy głowami i mówiliśmy: „No tak, ten Kaczyński to wiadomo, ale ten tu, owszem, nie wygląda na pisowca. Jak mu jest? Wypych? No tak. Wciąż mi się myli z tym drugim”.
Dziś już oni wszyscy nie żyją. Z jednej strony natomiast pozostaje pani Małgorzata Wypych na Twitterze, ze swoim zapewnieniem, że „zawsze”. A z drugiej my.
Niech Dobry Bóg nas wszystkich broni, byśmy nie umarli zanim nie załatwimy tej jednej sprawy.

Przypominam, że moje książki dostępne są w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

O konfidentach i konfidentach

Od dwóch tygodni mam założone konto na Twitterze i zupełnie dla mnie niespodziewanie to nowe doświadczenie sprawia, że popadam w nastrój zadumy. Przede wszystkim okazuje się – i tu chciałbym się zwrócić do osób tak jak ja starszych i wobec wszelkich tak zwanych nowinek pozostających w życzliwej nieufności – że ów Twitter, cokolwiek by o nim nie myśleć, ma sens. Rzecz bowiem w tym, że dla nas dotychczas ów wynalazek miał sens o tyle, że służył różnego typu gwiazdom do tego, by coś tam powiedzieć i dać znać, że istnieją. Tymczasem, z tego co widzę, Twitter to miejsce gdzie ludzie tacy jak my sobie rozmawiają, i to rozmawiają praktycznie w czasie rzeczywistym, na wszelkie możliwe tematy, bez żadnych przeszkód, bez jakiejkolwiek cenzury, no i wreszcie bez owego chamstwa, z którym mamy do czynienia na internetowych forach i blogach.
A zatem Twitter ma moc i ma sens, a to już wystarczy, by się nim zainteresować. Z naszego punktu widzenia jednak, a więc z tego, co możemy zaobserwować my, którzy się spotykamy na tym blogu, należy zauważyć coś, co stanowi… no, nie bójmy się tego słowa, ale temat. Oto w dniu wczorajszym na Twitterze założył konto znany nam zapewne kiedyś jako szef komisji weryfikacyjnej WSI, a ostatnio człowiek, który wspólnie ze Sławomirem Cenckiewiczem zniszczył Witolda Kierzuna, Piotr Woyciechowski, i w ciągu zaledwie paru godzin zdobył ponad tysiąc tak zwanych „followersów”, a więc osób, które pragną wiedzieć na bieżąco, co Woyciechowski ma do powiedzenia.
Słysząc o tym sukcesie, zaglądam na profil Piotra Woyciechowskiego i widzę, że tam jest zaledwie paręnaście „twittów”, a wszystkie dotyczą wieczoru literackiego zorganizowanego w związku z promocją najnowszej książki Woyciechowskiego zatytułowanej „Konfidenci”. Wieczór organizowany jest oczywiście gdzieś w Warszawie, a sam Woyciechowski, jak rozumiem w nadziei, że w ten sposób uda mu się podkreślić rangę wydarzenia, ilustruje go szeregiem zdjęć, na których widzimy jego uczestników, a więc, jak informuje sam Woyciechowski, po kolei: Zbigniewa Girzyńskiego, Andrzeja Wielowieyskiego, Jarosława Święcickiego syna Marcina, samego Marcina z przemówieniem, Zbigniewa Siemiątkowskiego, plus jakich dwóch, Bagieńskiego i Jeglińskiego, o których ja sam nie wiem nic, ale domyślam się, że skoro Woyciechowski ich umieścił w tak szacownym towarzystwie, coś tam znaczą. No i jest, jak się okazuje, jeszcze sam Antoni Macierewicz, którego na zdjęciu wprawdzie nie widzimy, ale, jak zapewnia Woyciechowski, na miejscu jest.
I to jest coś, co mnie przeraża. W moim wyssanym z mlekiem matki optymizmie i błogosławionej naiwności mnie przeraża. Bo mamy już tylko dwie możliwości: albo to wszystko słuszny szlag trafi i nie zostanie nic, albo przez kolejne lata będziemy się karmić kłamstwem. Tym starym, tak dobrze nam znanym, kłamstwem. I już więcej ani słowa, bo jeszcze coś spieprzę i będę żałował.

Informuję, że ostatni egzemplarz mojej książki „O siedmiokilogramowym liściu” został sprzedany ojcom cystersom z Wąchocka. Wszystkie pozostałe są wciąż jeszcze do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.


czwartek, 27 sierpnia 2015

Kto kontroluje Twittera, kontroluje IV RP

Być może część z nas tamto wydarzenie jeszcze pamięta, jednak uczony doświadczeniem, które mi mówi, że zasadniczo nikt nie pamięta nic, chętnie przypomnę. Otóż kiedy w październiku roku 2008 w wypadku samochodowym zginął znany austriacki polityk prawicowy Jörg Haider, w reakcji na tę śmierć dziennikarz Piotr Najsztub wyraził publiczny żal z tego powodu, że do tego typu szczęśliwych zdarzeń nie dochodzi u nas w Polsce. Ja na Najsztuba oko miałem oczywiście już wcześniej, jednak ta akurat wypowiedź zrobiła na mnie wrażenie do tego stopnia szczególne, że od tego czasu, ile razy przychodziło nam się frasować zalewem owego zbydlęcenia, to on mi służył jako punkt odniesienia. Nie Żakowski, nie Kuczyński, nawet nie Palikot, ale właśnie on – Piotr Najsztub z tą swoją szczególną refleksją.
I oto, proszę sobie wyobrazić, wiele wskazuje na to, że ową pozycję Najsztub właśnie utracił, a nasz sukces polega na tym, że to my, polska patriotyczna prawica, pozbawiliśmy go owego tytułu. Jak wiemy, wczoraj rano w Bedford w stanie Virginia podczas kręcenia reportażu dla lokalnej telewizji zostali zastrzeleni 24-letnia dziennikarka Alison Parker i towarzyszący jej kamerzysta 27-letni Adam Ward. Parker z Wardem kręcili reportaż, kiedy podszedł do nich człowiek z pistoletem i oboje zastrzelił, ciężko przy okazji raniąc kobietę, z którą Parker akurat rozmawiała. Oczywiście, informacja o owej tragedii w jednej chwili dotarła do spędzającego swój kolejny dzień na Twitterze towarzystwa i na profilu niejakiego Marcina Makowskiego, doszło do następującej wymiany. Makowski – z tego co czytam, szanowany dziennikarz prawicowy – reagując na tę straszną wiadomość, „zaćwierkał”: „W Virginii szaleniec z bronią otworzył ogień do ekipy dziennikarzy podczas wejścia na żywo. Przerażające”, i poniżej zamieścił odpowiedni link, żeby każdy mógł sobie obejrzeć, jak to dokładne wyglądało. I tu w jednej niemal chwili pojawiła się inna prawicowa dziennikarka, nazwiskiem Irena Szafrańska i zareagowała następującą refleksją: „A jeśli to był ichniny ‘Lis warzywo’? Trudno się chłopu dziwić”.
Wszystko rozumiemy, prawda? „Lis warzywo”, to bardzo typowy dla tych państwa żart na temat programu telewizyjnego „Lis na żywo”, natomiast reszta jest już jak najbardziej poważna. Chodzi o to, że jeśli ta biedna, śliczna dziewczyna żyła emocjami dla Szafrańskiej obcymi, to w sumie nie stało się nic szczególnie oburzającego. Konsekwentnie, jak rozumiem, jeśli to był „ichniny” Cezary „Trotyl” Gmyz, to chłopu dziwić się należy i powinien dostać czapę. Konsekwentnie też, powinniśmy więc przyjąć taka perspektywę, że do zdrajców należy strzelać. Bez sądu. Na gwizdek Ireny Szafrańskiej. Takie mamy czasy i nie ma co kwękać.
A więc mamy tę Szafrańską i choć nie wydaje się, by jej pozycja w branży stanowiła dla nas szczególne zagrożenie, wystarczy przyjrzeć się jej aktywności na wspomnianym Twitterze, by zrozumieć, że ona jest zdecydowanie częścią znanych nam skądinąd archipelagów czegoś tam, i to częścią na tyle istotną, byśmy z jej powodu mieli dziś kłopot. Nie oni. My.
A żebyśmy dostali pełny obraz tego, z czym mamy do czynienia, to ja może przypomnę pewno zdarzenie sprzed dwóch lat. Oto na tym samym co dziś Twitterze spotkali się dwaj wybitni prawicowi dziennikarze Łukasz Warzecha i Krzysztof Feusette, by porozmawiać na temat blogera Toyaha i jego publicystyki. Po chwili do rozmowy włączyła się Irena Szafrańska i zaapelowała do osób kontrolujących rynek myśli prawicowej, by podjęli bardziej skuteczne kroki na rzecz usunięcia z owego rynku wspomnianego Toyaha. Dlaczego? Bo ten „kompromituje polską prawicę”. Dokładnie wyglądało to tak:
http://osiejuk.salon24.pl/501887,boeingiem-pod-zebro-czyli-niepokorni-napadaja
Dziś zrobiliśmy wszyscy naprawdę wielki krok do przodu. Proszę bardzo:



A ja dla towarzyszki Szafrańskiej mam najświeższą informację: ten „chłop”, z tego co pokazują, to taki bardziej ciemny po twarzy, no i podobno był zły na tę Alison, że ona brzydko mówiła o Murzynach. Obawiam się, że on jednak z Platformy. W razie wątpliwości, proponuję konsultacje z Najsztubem.

Przypominam, że wszystkie moje książki są dostępne od rana do nocy w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Polecam szczerze.


niedziela, 28 grudnia 2014

O grubych panach i głupich paniach, czyli gender w odwrocie

Gdyby ktoś mi jeszcze godzinę temu powiedział, że ja kiedykolwiek jeszcze w życiu napisze choć słowo na temat Piotra Semki, albo stoczę się tak nisko, że zacznę pisać o kobiecie nazwiskiem Lena Kolarska-Bobińska, wzruszyłbym ramionami i powiedziałbym, żeby mi ten ktoś dał święty spokój. Tymczasem oto właśnie trafiłem na informację, że owa Kolarska-Bobińska w swoim komentarzu na Twitterze wyszydziła owego Piotra Semkę z powodu jego tuszy, i ja natychmiast pomyślałem sobie, że litości nie będzie.
Powiem szczerze, że nie wiedziałem, od czego mam zacząć ten akapit – czy od Bobińskiej, czy Twittera, ale nich będzie Twitter; prawdziwe mięso zostawimy sobie na koniec. Oto mamy ten Twitter i wydaje się, że on stał się ostatnio częścią naszej kultury w tym sensie, w jakim częścią kultury stały się owe tysiąc telewizyjnych kanałów, galerie handlowe, nauka języka angielskiego z Donaldem Tuskiem, zabójstwo pod Białą Podlaską, czy ewentualnie nowa piosenka Dawida Podsiadło. Mamy ów Twitter i nagle widzimy, że to tam, na Twitterze toczy się prawdziwe życie, i jeśli komukolwiek z nas przyjdzie do głowy, by się zainteresować tym, co w trawie piszczy, nie powinniśmy ani kupować nowego telewizora, ani męczyć się z pilotem i przełączać kanały kupionego w zeszłym roku, ale wejść do Internetu i tam poszukać informacji, kto gdzie i co napisał na Twitterze. A tam – i daję słowo, że mam co do tego coraz większą pewność – znajdziemy ich wszystkich, tyle że już nie odpowiednio ufryzowanych przed telewizyjną kamerą, czy mikrofonem wynajętego dziennikarza, ale dokładnie takich, jakimi oni są w rzeczywistości, z całym swoim bagażem, naprzeciwko tego laptopa.
Są trzy tego typu miejsca w Internecie, gdzie ludzie potrzebują powiedzieć, co im leży na sercu. Pierwsze z nich, mi akurat najbliższe, to blogi. Drugie, to Facebook, z którego korzystają dziś niemal wszyscy ludzie zamieszkującą naszą planetę, no i wreszcie ów Twitter, który, jak przypuszczam, przeznaczony jest dla polityków, dziennikarzy, artystów, literatów, no i ogólnie rzecz ujmując, celebrytów. To tam oni wszyscy, kiedy wrócą już do domu z pracy, nienagabywani przez nikogo, mogą wreszcie być sobą i tylko sobą. W jaki zatem sposób oni pokazują, że są ludźmi? Zwyczajnie. Tu możliwości jest wiele, a wśród nich nawet uwagi na temat kształtu ostatniej kupy, jaką zrobił ich pies, lub spalonej jajecznicy. Chodzi tylko o to, by wrócić z pracy do domu, zamknąć drzwi na klucz, włączyć komputer i powiedzieć coś, całkowicie niezobowiązującego.
Oto, jak się dowiaduję, na owym Twitterze jak najbardziej, Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego w rządzie Ewy Kopacz Lena Kolarska Bobińska napisała komentarz, w którym ogłosiła rok 2015 rokiem odchudzania Piotra Semki. Wyjaśnię może tym, którzy żyją pełnią życia i sprawami nieważnymi się nie zajmują, że Piotr Semka to powszechnie szanowany prawicowy dziennikarz, który poza tym, że od czasu do czasu opublikuje gdzieś jakiś tekst, rzuca się publicznie w oczy tym, że jest bardzo gruby. Wprawdzie nie tak gruby, jak Ryszard Kalisz, Wojciech Mann, czy Anna Komorowska, ale, owszem, gruby. Gruby bardzo. I oto, jak już napisałem wyżej, na Twitterze zaprezentowała się owa Bobińska i wyszydziła Piotra Semkę z powodu jego tuszy. Dziś większość komentatorów albo zastanawia się czemu z tej Bobińskiej jest taka wieśniara, albo – i to może częściej – wzywa premier Kopacz do wyciągnięcia konsekwencji wobec swojej minister. Ja natomiast, od pierwszej chwili, kiedy usłyszałem o tym, co się stało, zastanawiam się tylko nad jednym: co Bobińska ma do Semki i jak bardzo to coś musi być potężne, że ona nie mogła się powstrzymać, by po wejściu na tego nieszczęsnego Twittera wyszydzić go z powodu jego tuszy. Ja nie wiem, jak to jest być ministrem, zwłaszcza w rządzie kogoś takiego jak Ewa Kopacz, jednak mogę się tego próbować domyślać. To musi być coś, co sprawia, że każdego dnia, kiedy człowiek wraca wieczorem do domu, jedyne o czym marzy, to jest nałożyć sobie poduszkę na głowę i zasnąć, najlepiej na zawsze. A już być Ministrem Nauki i Szkolnictwa Wyższego – to musi być wyzwanie nie lada. Tymczasem ona włazi na tego swojego i zaczyna rechotać, że Semka jest opasły.
Napiszę to jeszcze raz. Lena Kolarska-Bobińska, Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego, z nominacji Donalda Tuska i zatwierdzenia Ewy Kopacz. Ktoś powie, że to brzmi dumnie i bardzo poważnie. Kto inny z kolei przyjdzie i powie, że wręcz przeciwnie – tu mamy do czynienia z kpiną i kupą śmiechu. A ja się obawiam, że tu nie mamy do czynienia ani z jednym ani z drugim, ale jeszcze z czymś, co się wymyka wszelkim diagnozom. Otóż mamy ten Twitter, a on przyciąga najgorszy element, a najgorszy element, jak wiemy, zawsze się wymykał racjonalizacji. A zatem i tu niegdy się nie dowiemy, co Bobińska ma do Semki. Natomiast warto by się było naprawdę zastanowić, po co jest ów Twitter. Po co? W jaki sposób? W imię jakich interesów? Ale to jest już temat na osobną notkę.

Jak zawsze zachęcam wszystkich tych, którzy lubią tu przychodzić do kupowania moich książek. Do nabycia na stronie www.coryllus.pl.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...