Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kara. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 marca 2022

Death Wish no.19

 

      Temat rosyjskiej napaści na Ukrainę, jak to zwykle w tego typu sytuacjach bywa, obok kwestii podstawowych i niezmiennie bieżących, utrzymuje naturalnie pewien margines, który przez konieczność zachowania koniecznej powagi pozostaje wciąż tylko i niezmiennie marginesem. Ja dziś jednak chciałbym poświęcić mu parę, moim zdaniem interesujących refleksji. A więc nie mogłem nie zauważyć, że wśród obecnych w publicznej przestrzeni reakcji na owo nieszczęście pojawiło się kilka takich które zdecydowanie dają do myślenia, gdy chodzi o kondycję, jakby się przed tym określeniem bronić, jednak elit. Na pierwszy strzał zdecydowanie wysuwa się odpowiednio pierwsza gwiazda stacji TVN24, mianowicie Monika Olejnik, która w sztandarowym programie stacji zapytała zaproszonych do programu ekspertów, dlaczego Ukraina, dla uniknięcia tak tragicznych dla państwa i jego mieszkańców nalotów rosyjskiego lotnictwa, po prostu nie zamknie swojej powierzchni powietrznej. Świat nie zdążył dojść do siebie po tym wyskoku, który, jak się zdaje, przebił nawet  niegdysieszą uwagę marszałek Kidawy Błońskiej o naturze, która gdyby chciała to by sama przekopała Mierzeję Wiślaną, gdy ta sama Olejnik zaproszonego przez siebie jakiegoś ukraińskiego poetę zapytała, dlaczego Rosji tak bardzo zależy na tym, żeby zająć akurat Kijów, a nie jakieś inne ukraińskie miasto, a w tym samym czasie bracia Karnowscy zadali mniej więcej to samo pytanie rosyjskiemu ambasadorowi w Warszawie, jak mówią, po to. uzyskać "materiał o wadze historycznej". I to jest oczywiście temat, ja jednak nie zamierzam się nim dalej zajmować, bo w kolejce czeka coś jeszcze lepszego. Otóż, jak się okazuje, w obliczu wojny na Ukrainie znaczna część niesławnego frontu antyszczepionkowego zdecydowała zaprezentować nam jak to ich oczytanie, mądrość i głębokość myślenia potrafi sięgać poza kwestie tak proste jak COVID i rozbuchać internetową akcję pod hasłem „Nie ma żadnej wojny”. By się niepotrzebnie nie rozdrabniać i skupić na samym problemie, wystarczy że wspomnę jak to Piotr Wielgucki, niektórym z nas znany jako Matka Kurka, który w internetowej przestrzeni utrzymuje cały legion, przedstawił na Twitterze serię zdjęć z których wynika, że na Ukrainie nie toczy się żadna wojna, a to wszystko co się nam pokazuje, to taka sama manipulacja jak ów COVID.

       A zatem, jak wspomniałem na końcu, dzieją się wokół owej tragedii rzeczy, o których najtęższym umysłom się nie śniło i ja bym bardzo chciał tym właśnie szaleństwom poświęcić dalszą część tej notki, ale niestety nie potrafię, bo tą Zieloną Ukrainą żyję przez każdy dzień mojego życia i żyję bardzo na serio. A skoro tak, to nie mam ochoty na żarty. A zatem zupełnie poważnie wspominam kilka nazwisk z całkiem niedawnej przeszłości. Zachęcam do refleksji:

- 24 marca 2016 Międzynarodowy Trybunał Karny dla byłej Jugosławii uznał Radovana Karadžicia winnym zbrodni przeciwko ludzkości (w tym ludobójstwa w Srebrenicy) i skazał go na 40 lat pozbawienia wolności. 20 marca 2019 Izba Odwoławcza tego sądu odrzuciła apelację i zmieniła poprzedni wyrok na karę dożywotniego pozbawienia wolności.

- 22 listopada 2017 trybunał haski skazał Ratka Mladicia na dożywotnią karę pozbawienia wolności. 8 czerwca 2021 wyrok został podtrzymany przez Mechanizm Narodów Zjednoczonych dla Międzynarodowych Trybunałów Karnych w Hadze (izba apelacyjna odrzuciła apelację złożoną zarówno przez Mladicia jak i prokuraturę).

- 31 marca 2001 roku aresztowano Slobodana Miloševicia, pod zarzutem nadużycia władzy i korupcji. 29 czerwca 2001 roku został przekazany Międzynarodowemu Trybunałowi Karnemu dla byłej Jugosławii. Miloševicia oskarżono m.in. o zbrodnie przeciwko ludzkości, zbrodnie ludobójstwa i nieprzestrzeganie konwencji wojennych podczas konfliktów zbrojnych w Chorwacji, Bośni i Hercegowinie oraz Kosowie. Łącznie postawiono mu 66 zarzutów.

11 marca 2006 zmarł w haskim więzieniu. Oficjalną przyczyną jego śmierci podaną przez lekarzy był atak serca.

- W 2013 roku Praljak znalazł się wśród sześciu bośniackich Chorwatów skazanych przez Międzynarodowy Trybunał Karny dla byłej Jugosławii (ICTY) za zbrodnie wojenne podczas wojny chorwacko-bośniackiej. Został skazany na 20 lat więzienia. W 2017 roku złożył apelację od wyroku. 29 listopada 2017 Praljak, po wysłuchaniu wyroku w sprawie winy, wypił roztwór cyjanku potasu i wkrótce potem zmarł.

        A skoro już doszliśmy aż tak daleko, skoro przestaliśmy się zajmować głupstwami i weszliśmy na poziom zbrodni i kary, to chciałbym zakomunikować, że ten cyjanek podoba mi się najbardziej. I z tą myślą życzę nam wszystkim jak najszybszego powrotu do normalnego życia braciom Ukraińcom.

 


 

piątek, 21 czerwca 2019

Miejsca w sercu


      Niedawno zdarzyło mi się, czy to na Facebooku, czy może na Twitterze, trafić na filmik, który pokazywał pewien nadzwyczaj interesujący eksperyment. Oto pewien pan pojawiał się w okolicy zupełnie zwyczajnego placu zabaw, gdzie, jak to na zupełnie zwyczajnym placu zabaw, dzieci się bawiły, a ich mamy siedziały sobie na ławeczce nieopodal i zabijały czas. Ów pan najpierw pytał kolejne mamy, czy one może uprzedzały swoje dzieci, by pod żadnym pozorem nie wdawały się w jakiekolwiek rozmowy z obcymi ludźmi, a kiedy one stanowczo zapewniały, że dzieci są w pełni świadome zagrożeń, przechodził do samego już eksperymentu.

      Myślę, że już większość z nas wie, do czego zmierzam, ale i tak opowiem. Otóż wspomniany pan podchodził kolejno do bawiących się dzieci ze ślicznym, malutkim, białym pieskiem i już po chwili, każde z tych dzieci zgadzało się pójść z nim gdziekolwiek on je zapraszał, tylko po to by zobaczyć więcej jeszcze słodszych piesków.

      Zakładając, że ów eksperyment był przeprowadzony uczciwie, a mam mocne podejrzenie, że z najwyższym prawdopodobieństwem tak właśnie mogło być, zadumałem się nad przyczyną takiego a nie innego zachowania tych dzieci. Dlaczego, mimo że są one bardzo mocno napominane przez rodziców, by pod żadnym pozorem nie rozmawiać z obcymi, bo tam czyha ból i śmierć, gdy przychodzi co do czego, wszystkie postanowienia je opuszczają. Otóż w tym jednym momencie prawdopodobnie o wszystkim decyduje ten jeden – symboliczny jak najbardziej – piesek. Mam głębokie przekonanie, że nie ma takiej nauki, takiej groźby, takiego lęku, które by nie ustąpiły wobec atrakcji jaką dla małego dziecka stanowi ów śliczny, mały, biały piesek.

      Pamiętam jak moje własne dzieci były jeszcze tak małe że nie wstydziły się chodzić ze mną za rękę – a ów czas towarzyszył mi przez grube ponad dziesięć lat – szliśmy kiedyś w czwórkę na spacer. Zosia siedziała mi na barana, Hanka i Antek po obu moich obu stronach, jak Ojciec przykazał, trzymali się moich kieszeni... i nagle, w chwili gdy czekaliśmy na odpowiedni moment, by przejść przez ulicę, Antka coś zainteresowało po jej drugiej stronie i dał w tak zwaną długą. Ja oczywiście najpierw na niego wrzasnąłem, on się gwałtownie zatrzymał, a ja w tej samej chwili, jako że obie ręce miałem zajęte trzymaniem Zosi za nogi, dałem mu lekkiego kopa w tyłek. Kop był odpowiednio lekki, jednak nie na tyle, by sześcioletnie dziecko mogło wzruszyć na niego ramionami. Od tego czasu on nigdy nie powtórzył tego numeru, a daję słowo, że okazji miał wiele. A ja dziś oczywiście nie sądzę żeby to akurat był powód dla którego on dziś żyje w zdrowiu i szczęściu, ale tego oczywiście wykluczyć nie mogę.

      Bóg mi świadkiem, że nienawidzę tego robić, ale muszę w tym momencie nawiązać do sprawy owej biednej dziewczyny, która parę miesięcy temu, wracając łódzkim rankiem – samotnie oczywiście, jak to ma dziś miejsce w przypadku wielu dziewczyn, które po tej biedaczce pozostały – z jakiegoś wieczornego spotkania, została zaczepiona przez nieznajomego Gruzina, poszła z nim do jego mieszkania, gdzie ten ją najpierw zgwałcił, a następnie okrutnie zamordował. Otóż mogę się tu fatalnie mylić, ale nie mogę się opędzić od myśli, że gdyby jej tato lub mama w pewnym momencie jej życia zdzielili jej porządnego kopa w tyłek, ona by dziś żyła.

      No dobra, przyznaję, że tamten kop nie był wpisany w program i został użyty w sytuacji awaryjnej, niech zatem zamiast kopa będzie zwykły klaps. Otóż nie mogę się opędzić od myśli, że gdyby to biedactwo w pewnym momencie swojego dramatycznie krótkiego życia dostała klapsa od mamy czy taty, dziś by żyła.

        Już wiemy, skąd dziś ten temat, prawda? Tak się mianowicie stało, że Rzecznik Praw Dziecka miał tę odwagę, by się wypowiedzieć na temat różnicy między klapsem a pobiciem, i w efekcie stało się to co się stać musiało. Liberalni politycy, oraz będące na ich usługach media żądają dziś dymisji Rzecznika, ponieważ ten rzekomo zachęca do przemocy wobec dzieci.

       A ja sobie przypominam pewien film sprzed lat, zatytułowany „Places in Heart”, gdzie Sally Field, swoją drogą nagrodzona przy tej okazji Oscarem za pierwszoplanową rolę, gra kobietę, która po niespodziewanej śmierci męża zostaje sama i musi sobie radzić z grupką dzieci. Któregoś dnia okazuje się, że jeden z jej synów nabroił, musi zostać ukarany, a ona, biedna, ponieważ nigdy tego nie robiła, nie wie, jak to się robi. W tym momencie Field zwraca się do swojego dziecka i pyta: „W jaki sposób ojciec by cię ukarał?”, na co ten jej odpowiada szczerze i uczciwie, że ojciec by mu dał na pupę ileś tam pasów. I to kochająca swoje dziecko matka niezwłocznie egzekwuje.

      Wiem, że powinienem ten tekst zakończyć jakimś odpowiednio mocnym akcentem, jednak nic mi mądrego do głowy nie przychodzi. Powiem więc tylko, że mam nadzieję, że tych idiotów ostatecznie do pionu postawią nasze dzieci. One im to co ważne do tych tępych głów wbiją najbardziej skutecznie. Bardzo na to liczę.




środa, 4 października 2017

Daleko od szosy, czyli jak się to robi w Arizonie

Wygląda na to, że krótka historia moich kryminalnych kawałków, które tu nam raz w miesiącu umilały czas, dobiega końca, jednak wciąż pozostają jeszcze dwie bardzo interesujące historie, z których pierwszą przedstawiam dziś. Bohaterami będą dziś panie.



      W miejscowości Florence, w amerykańskim stanie Arizona, w działającym przy miejscowym Towarzystwie Historycznym muzeum, wśród wielu lokalnych pamiątek, można również trafić na elegancką gablotkę, w której znajduje się stryczek, na którym 21 lutego 1930 roku zawisła niejaka Eva Dugan. Wielu Czytelnikow w tym dokładnie momencie z całą pewnością zada sobie pytanie, cóż takiego uczyniła owa nieszczęsna kobieta, że najpierw trzeba ją było powiesić, a następnie przez kolejne dziesiatki lat czcić jej pamięć w tak szczególny sposób. Otóż, proszę sobie wyobrazić, że nic takiego. Jej pech polegał przede wszystkim na tym, że przyszło jej żyć w czasach, gdy stara biblijna zasada „oko za oko, ząb za ząb” była powszechnie traktowana przez prawo z najwyższą powagą i naprawdę nie trzeba było się wykazać ani szczególną morderczą pomysłowością, ani nawet szczególnym okrucieństwem, by skończyć aż tak fatalnie. Ale było w historii Evy Dugan coś jeszcze, co sprawiło, że ona na tego typu wyróżnienie zasłużyła bardziej, niż inni współczesni jej zabójcy. Otóż kiedy wspomnianego 21 lutego pamiętnego roku Eva Dugan najpierw, zwracając się do sądu, który skazał ją na śmierć, oświadczyła: „Umrę w swoich pięknych kozaczkach na nogach i w pełnym zdrowiu, a samo to jest już czymś więcej, niż to, czym wy, dupki, będziecie się mogli kiedykolwiek w swoim życiu pochwalić”, następnie poprosiła, żeby, wbrew jej wcześniejszym życzeniom, nie wieszać jej jednak w jej pięknej jedwabnej sukience, żeby ta się „nie pomięła”, a w końcu z dumnie podniesioną głową powiedziała, że nie ma nic więcej do dodania, poza tym, by strażnicy więżienni nie trzymali tak mocno, bo jeszcze nie daj Boże „ludzie pomyślą, że ona się boi”,  ostatecznie otworzyła się pod nią owa fatalna otchłań, a szarpnięcie jakie nastąpiło, urwało jej głowę. Wedle zpisanych relacji, w tym właśnie momencie, kiedy owa głowa potoczyła się im pod nogi, pięciu świadków egzekucji, trzech mężczyzn i dwie kobiety, zemdlało, a już w 1934 stan Arizona, ze względów jak najbardziej humanitarnych, zrezygnował z szubienicy na rzecz komory gazowej. I to zatem Evie Dugan i jej ponuremu przypadkowi przypisuje się ów rewolucyjny w gruncie rzeczy gest.

     Wypada jednak przynajmniej parę słów powiedzieć na temat tego, co takiego Dugan zrobiła, że przez to ostatecznie zdecydowano urwać jej głowę. Stało się zatem tak, że, urodzona w roku 1878 gdzieś w Ameryce, prawdopodobnie w okolicach Nowego Jorku, Dugan najpierw zawędrowała aż na Alaskę, gdzie zatrudniła się jako piosenkarka w kabarecie, a następnie przeniosła się do Arizony, gdzie zatrudniła się jako gospodyni domowa u miejscowego hodowcy drobiu, niejakiego Andrew J. Mathisa. Nikt jej wprawdzie za rękę nie złapał, natomiast w wyniku krótkiego, choć ściśle poszlakowego procesu, ustalono, że któregoś dnia owa dziwna kobieta zatłukła swojego dobroczyńcę siekierą, skradła mu samochód i wszystkie znajdujące się w domu pieniądze i zwiała gdzie pieprz rośnie. Na temat pięciu mężów, których podobno Dugan miała wcześniej, a którzy gdzieś się w międzyczasie zawieruszyli, nikt już nie wspominał.

       Od roku 1930 minęło już dużo czasu i choć Dugan pozostaje do dziś jedyną kobietą, która stan Arizona zdecydował się przynajniej spróbować powiesić, jest doprawdy wiele ciekawych historii związanych z poruszanym dziś tematem. My byśmy się może dziś skoncentrowali na trzech kobietach, które wciąż jeszcze żyją, natomiast co do których przyszłości stan Arizona ma ściśle określone zamiary i prędzej czy później, jak znamy życie, je zrealizuje.  Dwie z nich to przypadki niemal tak mało ciekawe, jak to, co uczyniła niemal już sto lat temu Eva Dugan.

       Shawna Forde to, wedle wszelkich znanych nam standardów, pospolita wariatka, która jako swój cel życiowy postawiła walkę z nielegalną imigracją z Meksyku, wspólnie z paroma innymi wariatami założyła ruch pod nazwą Minutemen American Defense Corps., a nastepnie uznała, że najlepszym sposobem na pokonanie wszelkiego zła tego świata będzie zabijanie Meksykanów. Zgodnie z tym założeniem, 30 maja 2009 roku, wraz z kilkoma, równie jak ona obywatelsko zaangażowanymi towarzyszami, napadła na dom 29-letniego obywatela Stanów Zjednoczonych Raula Floresa, zabijając jego i jego 9-letnią córeczkę, oraz ciężko raniąc żonę. Z tego co wiemy, sama Forde osobiście nikogo nie zabiła, natomiast ponieważ to ona zorganizowała całą akcję i to ona wreszcie wydała ostateczną komendę, poległa tak samo jak faktyczny zabójca i dziś czeka na swój dzień.

     Drugą z osadzonych dziś w jednym z więzień w Arizonie i czekających na śmierć trzech kobiet jest niejaka Wendy Andriano. I ona, podobnie jak Forde, nie ma zbyt wiele do powiedzenia, by wzbudzić nasze szczególne zainteresowanie.  Została skazana na śmierć w roku 2004 po tym, jak w miejscowości Ahwatukee zabiła swojego męża, którego z jakichś powodów nie mogła dłużej znieść. Swoją zbrodnię Andriano zaplanowała w taki sposób, że najpierw przyprawiła swojemu mężowi zupę jakimś środkiem przeciwko domowemu robactwu, następnie pozbawiła go przytomności, waląc go po głowie krzesłem, by w końcu wbić mu w kark kuchenny nóż. Obrona Andriano oczywiście tłumaczyła, że to co się stało było wynikiem wieloletniego dręczenia owej biednej kobiety przez męża-brutala, jednak sąd uznał, że sprawa była o wiele bardziej pospolita, a więc związana z tym, że Andriano się zakochała, swojego męża miała dość i wymyśliła to co wymyśliła. A więc standard. A że w stanie Arizona standardy póki co są traktowane dokładnie tak samo, jak absolutne wyjątki, stało się to co się stało i w związku z tym Wendy w końcu będzie musiała umrzeć przed czasem.

     No i wreszcie mamy historię ostatnią, z ostatnich dosłownie dni, a dotyczącą kobiety nazwiskiem Sammantha Allen i jej zaledwie 10-letniej kuzynki, Ame Deal. Historię autentycznie nie z tej ziemi. Spróbujmy się jej jednak przyjrzeć nie od strony sprawczyni, lecz ofiary.  Ame Lynn Dea urodziła się 24 lipca 2000 roku gdzieś w Pensylwanii ze zwiazku niejakiej Shirley Deal i jej męża Davida Deala. Po kilku latach najróżniejszych, choć dość zwykłych dla pewnego typu osobników przejść, rodzina, z trójką dzieci, przeniosła się do domu matki owego Davida i jego siostry, Cynthii Stoltzman, w Phoenix, skąd Shirley została ostatecznie wyrzucona na zbity pysk, z tym co miała na sobie. Rodzina przez całe lata przenosiła się z miejsca na miejsce, jednak za każdym razem, wedle relacji sąsiadów, dzieci, w tym z jakiegoś powodu szczególnie Ame, były bardzo często dręczone, bite i narażane na wszelkie rodzaju, często najbardziej wymyślne cierpienia. I oto nadszedł dzień, kiedy stało się nieszczęście. Córka napomkniętej tu już Stoltzman, również naturalnie wspomniana wcześniej Sammantha Allen, za karę, że Ame rzekomo zjadła bez pozwolenia lody,  zamknęła dziewczynkę w szafce na buty metr na metr i zostawiła ją tam, by się udusiła. Jak ustalił sąd, zanim Ame została wciśnięta do szafki, by tam ostatecznie umrzeć, była zmuszana przez swoją kuzynkę do wykonywania serii odpowiednich gimnastycznych ćwiczeń,  w tym biegania przez godzinę w temperaturze niemal 40 stopni. W śledztwie, rodzina Allen przyznała, że Ame faktycznie była szczególnie dręczona, jednak owo zachowanie było usprawiedliwione tym, że wszyscy podejrzewali, że ona akurat jest dzieckiem nieślubnym. Sammantha i jej mąż John Allen 27 lipca 2011 roku zostali aresztowani pod zarzutem morderstwa, ale również wcześniejszych przestępst związanych z dręczeniem dziecka.  Ojciec dziewczynki został uwolniony od zarzutów bezpośrednio dotyczących śmierci swojej córki, natomiast, owszem, został skazany na 14 lat więzienia za jej systematyczne dręczenie, do czego sam się zresztą przyznał. 10 sierpnia 2011 roku babcia Ame, Judith, jej siostra Cynthia, oraz oczywiście Allenowie zostali formalnie oskarżeni o wszelkiego rodzaju zbrodnie wobec owego biednego dziecka. Cynthia Stoltzmann 13 września 2013 roku skazana została na 24 lata więzienia. Judith Deal, babcia Ame, przyznała się do winy i dostała 10 lat.

     No i wreszcie przyszedł czas na ową Sammanthę. Ona i jej mąż zostali oskarżeni o morderstwo. Sammantha została uznana winna morderstwa pierwszego stopnia i niespełna miesiąc od dnia, kiedy ukazuje się ten tekst, 7 sierpnia 2017 roku, skazana na śmierć. Jej mąż, John Allen ma najprawdopoodbniej przed sobą podobny wyrok, jednak jego proces zaplanowany dopiero na 9 września tego roku.

     A my? Co my? My już tylko możemy powiedzieć, że nie możemy się doczekać.

     Oto Arizona w roku 2017. Trzy kobiety czekają na dzień, w którym przyjdzie im zakończyć swoje podłe życie. Na pierwszym planie mamy oczywiście ową Sammanthę i jej męża, w tle natomiast wciąż pojawia się ów niezwykły wprost obraz Evy Dugan, gdy ów sznur odrywa jej głowę. A my pozostajemy z wciąż tym samym pytaniem: cóż to jest takiego owa sprawiedliwość?



Zapraszam jak zawsze do ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można niezmiennie kupować moje książki. Swoją drogą, bardzo polecam.

niedziela, 2 kwietnia 2017

Cała sprawiedliwość w ręce księży

W Warszawie, jak wiemy, dziś ostatni dzień Targów Wydawców Katolickich, na których siedzimy sobie razem z Coryllusem i spotykamy się z czytelnikami. Każdego, kto może i ma ochotę, zapraszam do odwiedzania stoiska nr 99 w Arkadach Kubickiego pod Zamkiem. A kto ma ochotę sobie jeszcze coś poczytać, zachęcam do mojego felietonu, który w miniony piątek ukazał się w „Warszawskiej Gazecie”.

W trwającej od kilku dni debacie, krążącej między kanarkową garsonką premier Szydło, niedyplomatycznymi uwagami ministra Waszczykowskiego, czy wreszcie pijackimi ekscesami przewodniczącego Komisji Europejskiej Junckera, niemal całkowicie zginęło wydarzenie kiedy to w trakcie szkolnych rekolekcji ksiądz dał w twarz gimnazjaliście, demonstracyjnie wlewającemu w siebie piwo. Powiem uczciwie, że to iż dziś cała Polska nie huczy od komentarzy na ów fascynujący temat, dziwi mnie bardzo. Wiadomość owa podana została przez najważniejsze ogólnopolskie media, w tym przez Onet, „Gazetę Wyborczą”, „Fakt”, TVN24, Super Express, no i oczywiście Wirtualną Polskę. Ta ostatnia nawet poprosiła o komentarz psychologa, który stwierdził, że „coś takiego nie powinno się było wydarzyć”. Chodzi naturalnie o liść, nie piwo.
Informacja, niezależnie od jej autora, brzmi identycznie, włącznie z częścią, gdzie zamiast piwa mamy „puszkę z napojem”. Czy czytamy to w „Wyborczej”, czy w tvn24.pl, ten fragment pozostaje niezmienny: „W pewnym momencie kapłan nie wytrzymał. Stał niedaleko pierwszego rzędu ławek. - Podszedł do mojego syna, który trzymał w ręku puszkę z niedopitym napojem. Ksiądz go po prostu uderzył w twarz - opowiada matka chłopca. Zapłakanego ucznia jeden z nauczycieli odprowadził do szkoły”.
Również identycznie brzmi opowieść księdza: „Przez 15 minut nie mogłem doprosić się o ciszę w świątyni. Próbowałem wprowadzić minimum dyscypliny w grupie prosząc o ciszę. Nauczyciele ograniczyli swoje zaangażowanie w opiekę nad młodzieżą do milczącej obecności. Zupełnie nie troszczyli się o zachowanie uczniów”.
Zabiera również głos matka tego dziecka, i również jej słowa wszyscy relacjonują identycznie: „Natomiast matka chłopca jest pewna, że nie może tego pozostawić bez echa. - Zgłosiłam sprawę na policji, teraz czekam na to, co oni z tym zrobią, ale nie wykluczam innych kroków prawnych - mówi kobieta”.
Jak mówię – to jest autentyczny temat i wydawałoby się, że nie trzeba prosić, by z tego powstała prawdziwa wichura, a tu tymczasem nic. Wszyscy powiedzieli co mieli do powiedzenia... i nastąpiła niezręczna cisza. Dlaczego? Otóż moim zdaniem została przekroczona pewna – dotychczas wydawałoby się, że niewzruszona – bariera między tym, co można, a tym, co nawet ten tak strasznie zepsuty świat uważa za godne najwyższej pogardy. I tego, że w tym starciu oczywistym bohaterem pozostaje ksiądz, nie zmienią ani oficjalne deklaracje policji, która oczywiście zgłoszenie przyjęła, ani ten wyjątkowo głupi przekręt z „napojem”, ani nawet, również powtórzona jednym głosem przez wszystkich, jeszcze głupsza opowiastka o tym, jak to biedne dziecko trzeba było wyprowadzić z kościoła „z płaczem”.
Gdyby jednak wciąż ktoś nie chciał uwierzyć, że idzie nowe, opowiem bardzo starą historię. Otóż znajomy ksiądz, przy którym uczeń o Matce Boskiej powiedział „ta k...” też strzelił mu w pysk. To jednak były dawne czasy i uczeń zaledwie wzruszył ramionami i powiedział: „Obraziłech Matkę Boskom, to żech dostoł w ryj. Tak mo być”. Amen.
Będzie dobrze.



Przypominam adres naszej księgarni: www.coryllus.pl.

poniedziałek, 6 marca 2017

Czy ośrodek w Gostyninie prenumeruje "Gazetę Wyborczą"?

      Zięć mój, którego, owszem, od pewnego czasu szczęśliwie posiadam, dziwi się, jak można każdego dnia pisać o czymś innym i jednocześnie mieć pewność, że to jest coś ważnego i ciekawego, a ja mu na to odpowiadam, że tematy wchodzą drzwiami i oknami. Od kilku dni choćby mam ich w głowie cztery, czy pięć, a ponieważ wiem, że nowy dzień z pewnością przyniesie coś nowego, większość z nich i tak musi pójść na straty. Oto wczoraj Coryllus napisał kolejny znakomity tekst o książkach, a ja sobie od razu pomyślałem, że przede wszystkim mógłbym go w ciekawy sposób skomentować osobną notką, ale też że od kilku dni wraca do mnie sprawa pewnej książki i jej autorki, o której też od jakiegoś czasu chcę napisać, jakby tego było mało, zaczepiony przeze mnie jakiś czas temu temat kary śmierci znalazł bardzo ciekawą kontynuację, no a w dodatku również wczoraj szczecińska prokuratura zabrała publicznie głos w sprawie porwania pewnej dwunastoletniej dziewczynki i owego porwania bardzo ponurym kontekście, no i cała rzecz polega na tym, że każdy ten temat mógłby zasługiwać na osobną notkę, gdyby nie to, że jutro też jest dzień i on też coś z pewnością przyniesie.

      W tej sytuacji pomyślałem sobie, że wspomnianą całość dziś puszczę w tak zwanym pakiecie i mam nadzieję, że wyjdzie z tego naprawdę solidna refleksja. Otóż już po tym jak napisałem tekst o seryjnym mordercy Trynkiewiczu, wpadła mi w ręce książka dziennikarki „Gazety Wyborczej” Justyny Kopińskiej pod tytułem „Polska odwraca oczy”, reklamowana zarówno na pierwszej, jak i czwartej stronie okładki w taki sposób, by nas nie pozostawić w wątpliwościach, że mamy do czynienia z prawdziwą rewelacją. Nowa książka najczęściej nagradzanej dziennikarki 2015 roku, Nagroda PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego, Wyróżnienie Radia ZET im. Andrzeja Woyciechowskiego, Nagroda ‘Newsweeka’ im. Teresy Torańskiej, Grand Press, Nagroda Dziennikarska Amnesty International – Pióro Nadziei, no i wreszcie informacja najważniejsza: „Kopińska jest pierwszą Polką, która otrzymała European Press Prize nazywaną europejskim Pulitzerem”, no a obok recenzja mistrza nad mistrzami, czyli Ewy Ewart.

      Pomysł Kopińskiej jest najprostszy z możliwych. Jak próbuję zgadywać, ona siedzi w domu, przegląda brukową prasę w poszukiwaniu najbardziej mięsistych kryminalnych historii skierowanych do najbardziej zdemoralizowanego czytelnika, a następnie opisuje swoje rozmowy z ich bohaterami tak by pokazać, że za każdą tragedią stoi człowiek i jego proste, a jednocześnie niezwykle skomplikowane życie. Najlepiej o tym, co tam się ma dziać w środku mogłyby świadczyć tytuły poszczególnych historii: „Oddział chorych ze strachu”, „Ten trup się nie liczy”, „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?”, „Biała bluzka. Tajemnica minister Zbrojewskiej”, „Spotkanie z Szatanem”, „Nie jestem psem. Narkotykowy układ w więzieniu w Płocku”. I co z tego? Otóż  nic z tego. Nawet na tym poziomie publicystycznego cwaniactwa Kopińska spada niżej, niż leży wszystko, co dotychczas miałem okazję czytać. I ja nie mówię ani o Krall, ani o Kapuścińskim, ani nawet o Jacku Hugo Baderze, czy jego kuplach-reportażystach z „Wyborczej”. Moim zdaniem ona jest gorsza nawet od autorów tekstów w „Fakcie”, czy „Super Expressie”, które ją zainspirowały do reporterskiego działania. I to dużo gorsza. Teksty w książce „Polska odwraca oczy” są tak straszliwie nieciekawe, tak źle napisane, tak kompletnie nikomu niepotrzebne, że ja sobie nie jestem w stanie wyobrazić, żeby ktokolwiek był w stanie to coś czytać zdanie po zdaniu przez dłużej niż minutę. No i na tym tle pojawia się ów „europejski Pulitzer”. Przepraszam bardzo, ale wszystko wskazuje na to, że tam już przestano nawet dbać o pozory.

      Ktoś się zapyta, co nam do tego. Otóż, jak się, nie po raz pierwszy zresztą, okazuje, nawet w śmieciach można znaleźć coś, co nam otworzy oczy i zachęci do refleksji, na jakie w życiu byśmy bez tego nie mogli sobie pozwolić. Oto okazuje się, że Justyna Kopińska, gdy tylko przeczytała gdzieś w prasie wiadomość o tym, że przebywający w ośrodku dla tak zwanych „bestii” Trynkiewicz, właśnie się ożenił, postanowiła się spotkać z kobietą, która za Trynkiewicza wyszła za mąż, no i pozwala jej gadać do woli. Gdyby ktoś się zastanawiał, jak to się stało, że ta nieszczęsna kobieta w ogóle Trynkiewicza poznała, to odpowiedź jak najbardziej jest. Jej koleżanka- socjolog, spotkała się z Trynkiewiczem w ramach jakiegoś zawodowego projektu, no i on ją tak zauroczył, że o swoich wrażeniach opowiedziała swojej przyjaciółce, a ta w tym momencie poczuła taki przypływ miłości do Trynkiewicza, że napisała do niego list, on jej odpisał wierszem i oni się w sobie z miejsca zakochali, a następnie wzięli ślub. Proszę posłuchać:
      „Teraz planujemy dziecko z Mariuszem. Na razie widzenia są w obecności strażników, więc nie mogliśmy skonsumować związku w pełny sposób, ale to jest wisienka na torcie.

      A mówiąc o torcie – na naszym ślubie był pyszny tort kawowy. Moja teściowa przywiozła też roladę śmietankową oraz serniczek. Dyrektor ośrodka w Gostyninie stanął na wysokości zadania. Oddał nam na uroczystość salę widzeń. Był stół nakryty zielonym obrusem, a przed nim ustawione krzesełka. Mariusz pięknie wyglądał w czarnych spodniach i śnieżnobiałej koszuli. Pani z urzędu stanu cywilnego była bardzo miła, nawet uściskała mamę.

      Po ślubie siedzieliśmy sobie przy stole jak w kawiarni. Mama powtarzała, jak bardzo jest szczęśliwa, że Mariusz się wreszcie ustatkował. […]

      A ja najchętniej krzyczałabym o naszej miłości, gdybym tylko miała dużo pieniędzy i nie bała się, że stracę pracę. Ale muszę być odpowiedzialna, bo przecież utrzymuje siebie, Kasię i Mariusza. W Gostyninie podopieczni dostają tylko podstawowe wyżywienie, a mój mąż lubi sobie podjeść. Wysyłam mu różne serki, wędliny oraz nikoretki, bo nadal rzuca palenie. Jestem dumna z bycia panią Trynkiewicz. […]

      Jak wreszcie będzie wolny, to pojedziemy w podróż poślubną do tego lasu w Piotrkowie Trybunalskim, który Mariusz tak kocha. To ten sam las, w którym Mariusz spalił ciała dzieci, ale Mariusz ma wiele innych wspomnień związanych z tym miejscem. Tam dorastał, jeździł na pierwszym rowerku, spacerował. Jako dziecko bardzo lubił spokój, który daje natura. Kochał zdjęcia, fotografował las o różnych porach dnia. Dlatego to miejsce kojarzy mi się z takim małym Mariuszkiem, jeszcze zanim został skrzywdzony. Nie zdajesz sobie sprawy, jaki ból czuje człowiek, gdy usłyszy wyrok śmierci. Wiem, że później Mariusz uniknął tej kary. Ale przez kilka miesięcy musiał żyć ze świadomością, że zostanie zabity, to okropna krzywda, której już mu nikt nie wynagrodzi. […]

      Mariusz nie jest psychopatą, ludzie nie biorą pod uwagę, że po pierwsze te zabójstwa były dawno, a po drugie, nie wiadomo, kim obecnie byłyby te dzieci. Może by wyrosły na zabójców lub złodziei. Kto włóczy się samotnie przy rzece w wieku kilkunastu lat? To jest dopiero brak odpowiedzialności! […] To była ich decyzja, że nie żyją”.

      No dobra, może już wystarczy. I tu wróćmy może to wczorajszego tekstu Coryllusa. Pisze on tak: „W gazowni wszyscy wiedzą, że pisarz to jest nikt. To jest kreatura, której się płaci, żeby na polecenie wypowiadała różne kwestie. I tacy są pisarze kreowani na Czerskiej i przez Czerską popierani”. A więc kiedy wiemy już, że mamy do czynienia z kreaturą, której się płaci, by na polecenie wypowiadała różne kwestie, pozostaje się już tylko zastanowić, jakie kwestie, w jakim celu i przede wszystkim, w jakim interesie? Ktoś powie, że interes jest taki, by wszyscy zobaczyli, że owa kobieta jest w sposób oczywisty psychicznie chora, i by odpowiednie służby się nią zainteresowały, bo ona jest chora w taki sposób, że lada chwila może kogoś zamordować. Otóż nic podobnego. Jedynym celem publikacji tego typu historii, jest to, by większość czytelników, i to zarówno tych gorzej, jak i lepiej wykształconych, poczuło do jej bohaterów czystą i niezruszoną sympatię. Nie łudźmy się. To co sobie na temat państwa Trynkiewiczów myślimy my, nie ma żadnego znaczenia, a co więcej książka Kopińskiej tak naprawdę nawet nie jest skierowana do nas. Jej celem jest poruszyć serca ludzi od nas znacznie, znacznie wrażliwszych.

       A zatem, kiedy znamy już cel, spróbujmy odkryć interes. I to jest odpowiedni moment, by przejść do wydarzenia, którym w ostatnich dniach trochę żyjemy, czyli do uprowadzenia tej dziewczynki ze Szczecina. Otóż, jak się dowiadujemy, porwanie zorganizował człowiek, skazany w roku 2009 na dziewięć lat więzienia za ciężkie pobicie dziecka. Dziewięć lat to nie w kij dmuchał, więc możemy się domyślić, że to pobicie to musiało być coś naprawdę dużego. I oto, jak się dalej okazuje, ów człowiek po siedmiu latach decyzją sądu został warunkowo wypuszczony na wolność i pierwsze co zrobił to skrzyknął jakieś towarzystwo i wspólnie uprowadzili tę dwunastolatkę. Słuchałem wyjaśnień rzecznika szczecińskiego sądu i dowiedziałem się, że tam wszystko odbyło zgodnie z prawem i zasadami: człowiek zachowywał się bez zarzutu, wielokrotnie był nagradzany za dobre zachowanie, no i oczywiście stale cieszył się znakomitymi opiniami psychologów. Nie było więc powodu, by go tam dłużej dręczyć. No a że czegoś niedopatrzono, któż z nas nie popełnia błędów?

      Jak już wiemy, dziewczynka szczęśliwie jest cała i zdrowa i jedyna większa krzywda, jaka ją spotkała, to to, że porywacze zmusili ją do picia alkoholu. Co by się stało, gdyby nie było tak dużego zaangażowania policji i ona by jeszcze jakiś czas pozostawała w rękach porywaczy, tego nie wiemy, ale zgadywać jak najbardziej możemy. Podobnie, jak możemy się domyślać, w jaki sposób spędzą wspomnianą poślubną wyprawę do swojego, przez obu już zapewne ukochanego, lasu Trynkiewicz i jego młoda żona, kiedy już psychologowie z ośrodka w Gostyninie wydadzą swoją opinię, a miły pan dyrektor podpisze odpowiedni papier. No i wreszcie możemy się też domyślić, że skoro już autorka „Gazety Wyborczej” postanowiła nam w tak wzruszający sposób przybliżyć ową niezwykłą wprost miłość, a jej opowieść zasypywana jest kolejnymi wyróżnieniami, musi to potwierdzać fakt, że tam wszystko jest realizowane zgodnie z oryginalnym poleceniem i już wkrótce nic nie stanie na przeszkodzie, by kiedy przyjdzie właściwy moment, państwo młodzi zaczęli realizować projekt podstawowy i najważniejszy.

      Wciąż jednak pozostaje bez odpowiedzi pytanie, co to za projekt, co to z plan i co to za interes. Tyle dobrego, że wiemy już czyj i w związku z tym też przynajmniej wiemy, w którą stronę mamy kierować wzrok.



Zapraszam jak zawsze do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki.

wtorek, 31 stycznia 2017

Czy Jarosław Kaczyński wie, że Ferrari bywa czarne?

    Każdy kto śledzi ten blog od czasu, gdy Prawo i Sprawiedliwość przejęło w Polsce rządy, musi od czasu do czasu podejrzewać, że jego autor cierpi na ciężką schizofrenię, która nie pozwala mu się zdecydować, czy obecna władza mu się podoba, czy wręcz przeciwnie. I ja oczywiście doskonale te obawy rozumiem. Jest bowiem tak, że po owych ośmiu latach batalii o to, by z jednej strony, owa polityka miłości, której najbardziej spektakularnym przejawem było zabójstwo Marka Rosiaka, została rozpędzona na cztery wiatry, a z drugiej, by Prawo i Sprawiedliwość pokazało Polsce i światu, że jednak można, okazuje się, że nie, że nie można, i że jedyne na cośmy zasłużyli, to banda idiotów, dokładnie takich samych, jak tamci poprzedni, tyle że może… ja wiem? Bardziej pobożni?

A w tej sytuacji, przepraszam bardzo, ale jaki ja mam wybór? Przeprosić się z Pawłem Kukizem i ogłosić, że dotychczasowy system zawiódł i teraz potrzebny jest nam premier Marek Jakubiak? A może ten dureń Tyszka? Proszę, bądźmy poważni.

Przyznaję więc, że nie jest dobrze. Okazało się, żeśmy zwyczajnie przeszacowali nasze możliwości i zamiast posłanki Muchy mamy posłankę Stachowiak-Różecką, zamiast posła Nitrasa, posła Tarczyńskiego, a zamiast redaktora Kraśki, redaktora Rachonia. Jakby tego było mało, właśnie udało nam się jakimś niezbadanym cudem przeżyć galę na część prezesa Kaczyńskiego i jego politycznego geniuszu. Czy to znaczy, że powinniśmy w tej sytuacji udać się na tak zwaną „emigrację wewnętrzną”? Otóż nie. Jest zdecydowanie wciąż parę rzeczy do załatwienia, których, jeśli nie załatwi Prawo i Sprawiedliwość, nie załatwi już nikt, a bez tego jednego gestu nasze życie będzie ponure nie do wytrzymania.

  Oto wczoraj właśnie dotarła do mnie wiadomość, że odbywający karę 25 lat więzienia za zabójstwo słynnego gangstera Pershinga Ryszard Bogucki został właśnie oczyszczony z wszystkich innych zarzutów, czyli zabójstwa komendanta Papały i przestępstw o charakterze gospodarczym, w związku z czym obrona Boguckiego żąda dla niego od Skarbu Państwa 22-milionowego odszkodowania za niesłuszne osadzenie, oraz regularne tortury, jakim Bogucki od lat jest rzekomo poddawany, odsiadując swój wyrok. Podobno chodzi o to, że on był zmuszany, by wbrew swej woli regularnie słuchać radzieckiego hymnu.

   Czas pędzi szybko, wiadomości zmieniają się z minuty na minutę, a zatem i Ryszard Bogucki dla większości czytelników pozostaje zagadką. W tej sytuacji chciałbym przypomnieć refleksję z mojego „Elementarza”:

Bogucki, Ryszard. W roku 1992, kiedy Lech Wałęsa już był prezydentem, a Andrzejowi Lepperowi dopiero zaczynała się rodzić w głowie myśl, że on zasługuje na znacznie więcej, niż proste posłowanie, Bogucki był rozchwytywanym młodym przedsiębiorcą i właścicielem jedynego w Polsce czarnego Ferrari Testarossa. Za „szczególne zasługi dla gospodarki i prężne wejście w branżę hotelarską” przyznano mu prestiżową nagrodę „Srebrnego Asa Polskiego Biznesu”. Później, pewnie po to by nadążyć za branżą i zachować pozycję na rynku, Bogucki zatrudnił się jako płatny zabójca. Dziś siedzi za zabójstwo niejakiego „Pershinga”. Zostało mu jeszcze jakieś 10 lat. Jego obrońcą był Leszek Piotrowski. Można by pokusić się o taką refleksje, że wynik jest dwa do dwóch. Piotrowski i Lepper nie żyją, Bogucki i Wałęsa jakoś ciągną”.

    I oto, jak się właśnie dowiadujemy, w tych dniach ma zapaść ostateczna decyzja, odnośnie tego, z jakim majątkiem Ryszard Bogucki opuści mury więzienia, kiedy jego czas nadejdzie. Z tego co czytam, ponad milion złotych na konto Boguckiego zostało już przelane z tytułu tak zwanego „zadośćuczynienia”. Co do samego odszkodowania natomiast, ponieważ ono już zostało prawomocnie oddalone, dziś bój toczy się tylko o to, by do wspomnianego zadośćuczynienia Polskie Państwo dorzuciło jeszcze osiem baniek. Już w najbliższy czwartek będziemy mieli jasność co do kierunku, w jakim zdążamy.

   Otóż, po tych wszystkich przeżyciach, których ani nikt nam nie odbierze, ani my sami nie będziemy w stanie zapomnieć, a które obejmują minione 26 lat, chciałbym oświadczyć, że moje marzenia są naprawdę skromne i nie wymagają z niczyjej strony większego zachodu. Tu chodzi zaledwie o naprawdę bardzo drobne i z punktu widzenia zwykłego człowieka jak najbardziej naturalne gesty. Jednym z nich byłby i ten, by – skoro już przeszłych decyzji nie cofniemy – przynajmniej nie kompromitować nadal czegoś, co jest naszą wartością wspólną, a więc Polski. Mam nadzieję, że rząd Prawa i Sprawiedliwości, tak głęboko zajęty sprawami bieżącymi, znajdzie gdzieś też i ten moment, by zatroszczyć się o sprawy bliskie ludziom wrażliwym, jak my. Daję słowo, że ja już naprawdę nie liczę na wiele więcej.


Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Szczerze polecam.




sobota, 12 listopada 2016

Richard Speck, czyli zbrodnia bez kary

Jak już tu wspominałem, od niedawna ukazuje się u nas miesięcznik – a w najbliższym czasie, jak słyszę, również tygodnik – pod tytułem „Polska bez Cenzury”, no i tak się składa, że ja tam prowadzę tak zwaną „rubrykę kryminalną”, poświęconą mniej lub bardziej znanym przypadkom skrajnego opętania, które w popularnym przekazie funkcjonują jako słynne „crime stories”, lecz my tu wiemy swoje, a ja to „swoje” staram się najlepiej jak potrafię przedstawić tak, by każdy wiedział, że tu naprawdę chodzi o coś więcej. Oto tekst zamieszczony w najnowszym wydaniu „PbC”. Polecam.




Kiedy wspominaliśmy ostatnio człowieka nazwiskiem Martin Bryant, który przed laty na Tasmanii z zimną krwią zamordował 35 osób, a dziś odsiaduje ów przedziwny wyrok 35-krotnego dożywocia, 1035 lat więzienia, oraz dodatkowo zakazu jakiegokolwiek kontaktu ze światem zewnętrznym, dzięki któremu mógłby się choćby dowiedzieć, czy świat nadal o nim wciąż pamięta, niejednemu z nas pewnie przyszła do głowy refleksja odnośnie tego, jaka kara – poza oczywiście karą śmierci – jest w stanie zadośćuczynić, choćby w najbardziej podstawowym wymiarze, a więc ograniczonym do czystej zemsty, ofiarom tych zbrodni i ich bliskim. I owszem, jeśli się dobrze zastanowić, to informacja, że Bryantowi już do końca życia pozostanie tylko słuchanie muzyki, z przerwą na kolejne próby samobójcze, brzmi całkiem nieźle.
Gdyby jednak komuś było tego mało i wciąż twierdził, że bez kary śmierci sprawiedliwości nie ma, może zawsze sobie pomyśleć o owym absolutnie niezwykłym amerykańskim więzieniu znanym pod nazwą ADX Florence, w którym dziś przebywają tak zasłużeni dla Świata Ciemności postacie, jak Larry Hoover z Gangster Disciples, Barry Mills i Tyler Bingham z Aryan Brotherhood, Zacarias Moussaoui, jedyny skazany przed sądem cywilnym organizator ataków z 11 września, Faisal Shahzad, autor próby zamachu na Times Square w roku 2010, Ramzi Yousef, główny animator ataku na World Trade Center w roku 1993, ale również tak znani osobnicy jak Ted Kaczyński, czyli słynny Unabomber, Dzokhar Tsarnaev, autor niesławnego ataku na uczestników maratonu w Bostonie, szef mafijnej rodziny Bonanno, Vincent Basciano, ale też Terry Nichols, odsiadujący 161 wyroków dożywocia współorganizator ataku w Oklahoma City z roku 1995. Sam Timothy McVeigh, główny sprawca ataku, też by tam dziś przebywał, gdyby nie fakt, że w międzyczasie został skazany na karę śmierci i w związku z tym został przeniesiony w miejsce, gdzie czekały na niego już inne przykrości. Ale znajdziemy w ADX również osoby tak szczególne, jak Richard McNair, który wprawdzie zamordował zaledwie dwie osoby, ale pewnie skończyłby w miejscu znacznie mniej spektakularnym niż ADX, gdyby nie fakt, że wcześniej udało mu się aż trzykrotnie uciec z różnych, wcale nie lekkich, ośrodków odosobnienia, czy Robert Hanssen, były agent FBI, który za wydanie Rosjanom kilku amerykańskich szpiegów, otrzymał 15 kolejnych wyroków dożywocia.
Cóż jest takiego szczególnego w owym więzieniu, poza tym, że jest to miejsce o maksymalnie zaostrzonym rygorze? Otóż, wbrew mylnym, choć zrozumiałym pogłoskom, jakoby oni wszyscy byli tam trzymani pod ziemią, więzienie w znacznej swojej części znajduje się ponad powierzchnią ziemi, natomiast niżej, owszem, znajduje się korytarz łączący budynki z głównym wejściem do więzienia. 23 godziny na dobę więźniowie spędzają samotnie w celi i jedynie przez pięć godzin w tygodniu, w towarzystwie minimum trzech strażników, mogą pozwolić sobie na chwilę relaksu. W każdej sali znajdują się wykonane niemal wyłącznie z betonu biurko, stołek oraz łóżko, jak również unieruchamiana w przypadku zatkania toaleta, automatycznie kontrolowany na wypadek zalania prysznic, oraz umywalka bez stanowiącego potencjalne zagrożenie kurka. W niektórych celach mogą znajdować się wykonane z wypolerowanej stali, wtopione w ścianę, lustra. Elektryczne światło włączane i wyłączane jest z zewnątrz. Radio, oraz, w wyjątkowych sytuacjach, czarno-biały telewizor nadają wyłącznie programy o charakterze relaksacyjnym, edukacyjnym i religijnym. Wszystkie cele, dla uniemożliwienia więźniom kontaktu za pomocą alfabetu Morse’a, są idealnie dźwiękoszczelne. Okna o rozmiarach 10 x 120 cm zaprojektowane są w taki sposób, by więźniowie nie byli w stanie określić swojego położenia, a więc jedyny widok, jaki z nich można uzyskać, to niebo, ewentualnie sąsiedni dach. Gimnastykę więźniowie mogą uprawiać w betonowym basenie, również zaprojektowanym tak, by uniemożliwić im rozpoznanie miejsca, w którym się znajdują. Znajdujący się w basenie więzień może zrobić maksymalnie dziesięć kroków w linii prostej i trzydzieści kroków po kwadracie. Więźniowie pozbawieni są kontaktu ze światem zewnętrznym, a jedzenie dostarczane jest im osobiście przez strażnika. Oczywiście, całe więzienie wyposażone jest w system setek kamer i detektorów ruchu, oraz 1400 zdalnie sterowanych stalowych drzwi. Każdy ruch więźnia monitorowany jest 24 godziny na dobę, całość otoczona jest czterometrowym, zakończonym drutem kolczastym murem, oraz patrolowana przez uzbrojonych strażników z psami. W wyjątkowych przypadkach złamania regulaminu, więzień kierowany zostaje do tak zwanego „Punktu Z”, gdzie w całkowicie pozbawionych światła i dźwiękoszczelnych betonowych celach może się zmieścić do 148 więźniów. Obecnie w ADX Florence przebywa 410 osób.
Kiedy w roku Richard Speck w akademiku w Chicago zamordował osiem uczennic szkoły pielęgniarskiej, następnie został skazany na 1200 lat więzienia, by wreszcie, w roku 1991, umrzeć na zawał serca, ADX Florence jeszcze nie zostało wybudowane. Pierwsi lokatorzy pojawili się tam dopiero w roku 1994. Czy gdyby Richard Speck urodził się później i później też dokonał swojej zbrodni, swój wyrok odbywałby w AX, tego oczywiście nie wiadomo, ale wydaje się, że tak by z całą z pewnością było sprawiedliwie. Niewykluczone nawet, że tak by też było sprawiedliwie, nawet gdyby za to co zrobił, otrzymał Speck karę śmierci, której faktycznie przez pewne zawiłości prawne udało mu się uniknąć. Można wręcz powiedzieć, że gdyby owo więzienie miało zostać wybudowane tylko dla jednej osoby, mógłby to z całą pewnością być właśnie Richard Speck.
Urodził się Speck w roku 1941 w wiosce Kirkwood w stanie Illinois, jako siódme z ośmiorga dzieci Benjamina Franklina Specka i Mary Margaret Carbaugh. Speck i młodsza siostra Carolyn byli znacznie młodsi od czterech starszych sióstr i dwóch braci. Ojciec Specka zmarł na atak serca, kiedy ten miał zaledwie 6 lat, natomiast parę lat później, w wypadku samochodowym, zginął jego starszy brat. Po śmierci męża, matka Specka poznała, zakochała się i wreszcie poślubiła handlującego ubezpieczeniami moczymordę nazwiskiem Carl August Rudolph Lindberg, który poza jedną drewnianą nogą mógł się również poszczycić niemal 25 letnią kryminalną przeszłością. Rodzina przeniosła się z dwojgiem dzieci do Dallas w Teksasie, gdzie przez dłuższy czas mieszkali pod różnymi adresami w najbardziej nędznych miejscach. Speck próbował się uczyć, jednak wyniki uzyskiwał tak marne, że przerwał naukę, a w wieku 12 lat, idąc za przykładem ojczyma, zaczął regularnie chlać, co doprowadziło do sytuacji, że w wieku 15 lat był już regularnym alkoholikiem. Po raz pierwszy został aresztowany w wieku 13 lat. W wieku 20 lat poznał 15-letnią Shirley Anette Malone, która po trzech tygodniach znajomości zaszła w ciążę, wyszła za niego za mąż, a następnie urodziła mu córkę. W tym czasie Speck odsiadywał trzytygodniowy wyrok za awantury po pijanemu. W lipcu 1963 roku Speck został skazany na 3 lata więzienia za sfałszownie czeku, napad na sklep spożywczy i kradzież papierosów, piwa i 3 dolarów w gotówce. Po 16 miesiącach został zwolniony warunkowo, już jednak po tygodniu zaatakował kuchennym nożem przypadkową kobietę. Kobieta zaczęła krzyczeć, przestraszony Speck uciekł, jednak po paru dniach został ujęty i skazany na dodatkowe 16 miesięcy więzienia. Trzy miesiące później jednak na skutek błędu urzędniczego został zwolniony. Po wyjściu z więzienia Speck pracował przez trzy miesiące jako kierowca ciężarówki. W tym czasie zaliczył sześć wypadków i ostatecznie, za nie zgłoszenie się któregoś dnia do pracy, został zwolniony. Za radą swojej mamy, która w międzyczasie rozeszła się ze swoim mężem pijakiem, a sam już po rozstaniu z Shirley, związał się Speck z 29-letnią kobietą, byłą zawodową zapaśniczką i barmanką w zaprzyjaźnionym barze. Rok 1966, ostatni rok życia Specka na wolności, zaczął się bardzo niefortunnie. Shirley wniosła o rozwód, co Specka tak zirytowało, że zaatakował nożem nieznanego mężczyznę, jednak wynajętemu przez matkę obrońcy udało się doprowadzić do tego, że Speck został skazany jedynie za zakłócenie spokoju i skazany na grzywnę w wysokości 10 dolarów. Ponieważ odmówił wpłacenia grzywny, poszedł jednak siedzieć na trzy dni. Parę tygodni później Speck najpierw kupił 12-letni samochód, następnie obrabował lokalny sklep spożywczy, kradnąc 70 kartonów papierosów, a potem na parkingu przed tym samym sklepem próbował sprzedawać papierosy z bagażnika swojego nowego samochodu, a na koniec samochód porzucił. Policja samochód zidentyfikowała i wydała nakaz aresztowania Specka. Ponieważ 42 już areszt na terenie Dallas musiał oznaczać kolejny wyrok więzienia, jego młodsza siostra, Carolyn, zawiozła go na dworzec autobusowy w Dallas, skąd Speck udał się z powrotem do Chicago, a następnie do rodzinnego Monmouth. Starszy brat Specka, zatrudniony na miejscu jako stolarz załatwił mu pracę, jednak Speck, dowiedziawszy się, że jego była już żona wyszła ponownie za mąż, ruszył w tak zwane tango, które przerwała interwencja policji i Speck spędził noc w więzieniu za zaatakowanie nożem przypadkowego mężczyzny.
Kilka dni później, w okolicy, gdzie krążył Speck miały miejsce dwa zdarzenia. 65-letnia Virgil Harris zastała w swoim domu obcego mężczyznę, który, grożąc jej nożem, związał ją, zakneblował, a następnie zgwałcił, po czym zabrał jej 2,5 dolara, które chwilę wcześniej zarobiła przy opiece nad dzieckiem. Tydzień później zgłoszono zaginięcie 32-letniej barmanki nazwiskiem Mary Kay Pierce. Tego samego dnia ciało Pierce zostało znalezione w pustej szopie obok baru, w którym pracowała. Stwierdzono, że Pierce zmarła od uderzenia pięścią w brzuch, którego siła śmiertelnie uszkodziła jej wątrobę. Ponieważ Speck uczęszczał do baru i znał dobrze Pierce, policja postanowiła go wstępnie przesłuchać, jednak jedyne co zdecydowała, to poprosić go, by nie opuszczał miasta. Speck jednak już nie czekał na dalszy rozwój wypadków, spakował walizkę i wyjechał do Chicago. W jego mieszkaniu policja znalazła rzeczy należące do pani Harris, oraz parę innych jeszcze, których zaginięcie zostało zgłoszone przy okazji dwóch innych włamań.
19 kwietnia 1966 Speck zameldował się w mieszkaniu jednej ze swoich starszych sióstr, imieniem Martha, w którym mieszkała wraz z mężem i dwiema nastoletnimi córkami. Martha była pielęgniarką na dziecięcym oddziale miejscowego szpitala, jej mąż natomiast pracował na kolei. Kiedy opowiedział im nieprawdopodobną historię o tym, jak to ścigany przez mafię narkotykową, której odmówił współpracy, musi się teraz ukrywać, rodzina go przyjęła, a szwagier, który wcześniej służył w marynarce i wciąż miał tam pewne kontakty załatwił mu pracę na statku. Mimo że aby uzyskać posadę, Speck musiał przedstawić najróżniejsze zaświadczenia, włącznie z odciskami palców, został przyjęty i udał się w swój pierwszy rejs. Z powodu ataku wyrostka robaczkowego, wyprawa okazała się jednak wyjątkowo krótka i Speck został zabrany helikopterem do szpitala na operację. Ze szpitala wrócił do siostry, gdzie spędził jakiś czas, a następnie wrócił na statek. Ponieważ jednak niemal natychmiast wdał się w pijaną awanturę z którymś z oficerów, został odtransportowany na brzeg. Tym razem udał się na wycieczkę do Michigen, gdzie mieszkała pielęgniarką, którą poznał podczas pobytu w szpitalu. Spędził u niej jakiś czas, a potem z 80 dolarami, w które jego nowa znajoma go zaopatrzyła, znów wrócił do Chicago do domu siostry. Szwagier Specka próbował mu pomóc w załatwieniu karty marynarza i stałej pracę, jednak za każdym razem bez efektu. Rodzina nie miała ani siły, ani ochoty dłużej gościć Specka u siebie w domu, ten się stawał coraz bardziej rozgoryczony, no a przez to coraz więcej czasu spędzał na wędrówki po barach i chlaniu.
13 lipca 1966 pił od rana. Pod wieczór sterroryzował przy pomocy noża 53-letnią poznaną w knajpie kobietę, zabrał ją do jej mieszkania, tam ją zgwałcił, zabrał jej 13 dolarów i wrócił pić. Następnie, cały ubrany na czarno udał się do znajdującego się w okolicy budynku, w którym, jak wcześniej usłyszał, pokoje wynajmowały uczennice szkoły pielęgniarskiej. Najpierw, zapewne nie wiedząc, co z nimi zrobić, wszystkie przez kilka godzin więził, a następnie jedną po drugiej albo zasztyletował, albo udusił, ostatnią z nich dodatkowo gwałcąc. Szczęśliwie dziewiąta kobieta ukryła się pod łóżkiem, dzięki temu przeżyła. Nigdy nie ustalono, czy Speck stracił rachubę, czy myślał, że tych uczennic jest tylko osiem, tak czy inaczej, Corazon Amurao przeżyła.
Dwa dni później Richard Speck został rozpoznany przez włóczęgę nazwiskiem Claude Lunsford, z którym cały dzień pił na schodach okolicznej nory funkcjonującej jako hotel. Na początku policja zlekceważyła doniesienie, jednak po tym jak Speck próbował popełnić samobójstwo, został zabrany do szpitala i tam opatrujący go lekarz zauważył jego słynny tatuaż z napisem „Narodziłem się by zbudować piekło”, zawiadomił policję i wtedy wreszcie Speck po raz ostatni w życiu trafił do aresztu. Warto jeszcze wspomnieć, że ze względu na toczącą się wówczas bardzo gorącą debatę w sprawie konstytucyjnych praw osób zatrzymanych i obowiązku czytania im ich praw, policja przez trzy tygodnie bała się przesłuchać Specka, żeby się nie okazało, że trzeba go będzie nagle wypuścić. Ostatecznie, jak już wspomniałem, Speck został skazany na 1200 lat więzienia i został umieszczony w więzieniu Stateville w stanie Illinois, gdzie po 25 latach odsiadki zmarł na zawał serca.
Ktoś może się zaciekawić, jak to się stało, że w tak bezpiecznym miejscu, jak więzienie, ktoś jednocześnie tak mężny, jak Speck, mógł umrzeć na zawał. Otóż rozwiązania tej zagadki dostarcza nam słynny wywiad, jaki z Richardem Speckiem przeprowadził wybitny amerykański dziennikarz Bob Greene. Otóż wedle słów samego Specka, jemu w więzieniu rzeczywiście nie było tak bardzo źle, natomiast przez wszystkie te lata miał on niczym nieograniczony dostęp do alkoholu i narkotyków. Oddajmy więc na sam koniec głos bohaterowi naszej historii:
Wciąż przynoszą mi do celi listy od kobiet, co mnie chcą poznać, odwiedzić, a niekiedy nawet się ze mną żenić. Niektóre przysyłają zdjęcia, niektóre są naprawdę ładne. Z nimi musi być coś nie tak. Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Daję te zdjęcia kumplom. Trzymają mnie tu osobno. Chcieli, żebym pracował w szklarni, a to znaczy, że musiałbym wstawać o 4 rano. Nie lubię wstawać tak wcześnie. Wystarczy że śniadanie podają o 6. Najpierw więc schodzę na śniadanie, a potem już tu z dwoma jeszcze kumplami siedzę zamknięty cały dzień. Mamy kolorowy telewizor. Lubię Clinta Eastwooda, Charlesa Bronsona. Wczoraj puścili ‘Siłę Magnum’. Eastwood jest okay. Super gra. Uwielbiam też bimber, no i amfę. Marihuany nie palę. Kiedyś żarłem barbiturany, ale dałem sobie spokój. One są dobre, jak jesteś młody. Ja na to jestem za stary. Ale pamiętam jak kiedyś przemyciliśmy do celi super bimber. No więc, mamy w celi bardzo drogi i dobry sprzęt stereo, no i przypadkiem wylałem siedem litrów bimbru na kasety, które pożyczyłem od pewnego czarnego kolesia. Bimber je dosłownie zeżarł. No ale lubię pić. Co wieczór piję tak długo aż stracę przytomność”.
Niezwykły jest ten wywiad. Siedzą naprzeciwko siebie, dziennikarz i Speck, Greene pyta go, dlaczego zgodził się na rozmowę, a ten mu odpowiada: „Lubię cię czytać, stary”, no i rozmawia z Greenem o życiu za kratami, o marzeniach, o świecie, a nawet, jak słyszeliśmy, o filmach Clinta Eastwooda i w pewnym momencie nawet jesteśmy gotowi uznać, że to więzienie uczyniło z niego choć trochę człowieka, gdyby nie jeden szczegół. Kiedy już rozmowa dobiega końca, mówi Speck coś takiego: „Chciałbym stąd wyjść i żyć jak zwykły, nikomu nieznany Richard Speck, ale wiem, że to niemożliwe. Wyjdę i niech tylko jakiś jełop spróbuje ze mną zadrzeć, znów tu wrócę”.
Dziś już wiemy, że i nie wyjdzie i nie wróci i w ogóle już więcej nic nie powie. Pozostaje tylko żal tych ośmiu biednych dziewcząt i wciąż powracająca myśl, że jaka szkoda, że nikomu wcześniej nie przyszło do głowy wybudować coś takiego jak ADX Florence.

Gdyby ktoś nie wiedział, w najbliższy czwartek o godzinie 18.00 na Uniwersytecie Opolskim będę się spotykał z czytelnikami. Ktokolwiek może, niech wpadnie. Zapraszam.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Piwko, paliwko i świece, które nie zgasną

Pytają mnie znajomi, czemu, mimo iż właśnie mija 5 lat od Smoleńskiej Katastrofy, a więc wydarzenia determinującego polską historię w sposób ostateczny, ja się zajmuję wszystkim tylko nie tym. Oczywiście najprościej byłoby odpowiedzieć, że ponieważ Katastrofą zajmowałem się przez pięć lat, i to zajmowałem się niekiedy z intensywnością na granicy obsesji, dziś mam ten komfort, że mogę ten temat zostawić choćby stacji TVN24, która choćby wczoraj pod wieczór uczciła pamięć pomordowanych na takim poziomie wzruszenia, że ja tu nie mam co do gadania. Te łzy, te świeczki, te trumny, ci biskupi, ta muzyka… naprawdę, brakowało już tylko warszawskiej straży miejskiej. Jednak odpowiem inaczej. Nie zdecydowałem się pisać w tych dniach o Smoleńsku z jednego tylko powodu, tego mianowicie, że uważam ten temat za ostatecznie spalony. Moim zdaniem – i przykro mi bardzo, że tak się stało – temat Smoleńska dziś powinien zostać schowany najgłębiej jak się tylko da, bo każde kolejne słowo na ten temat Sprawie wyłącznie szkodzi. Dlaczego? Dlatego, że dziś każde nasze słowo automatycznie zostaje wprzęgnięte w tak zwany „przemysł pogardy”, a my w tej sprawie nie mamy nic do gadania. Jak odzyskamy głos, te łby pościnamy, jednak do tego czasu powinniśmy zamilknąć. Paradoksalnie, my dziś jesteśmy w sytuacji, którą tak znakomicie w roku 2010 opisała Halina Bortnowska, wzywając do tego, by na razie skupić się wyłącznie na wyborach, które trzeba wygrać, a potem z prezydentem Komorowskim wydłubie się tę trumnę z Wawelu choćby widłami.
A zatem o Smoleńsku i o tym, co z niego dziś pozostało, pisać nie będę, natomiast chcę zwrócić uwagę na jedno bardzo drobne, i jak sądzę kompletnie przeoczone, zdarzenie, które idealnie wspiera moją tezę i, mam nadzieję, pozwoli mi zasłużyć sobie na przynajmniej zrozumienie. Otóż kiedy niesławny ekspert Artymowicz dostarczył radiu RMF wyprodukowane przez siebie stenogramy i podniosła się na chwilę odpowiednia wrzawa, głos zabrał inny ekspert i oświadczył, że jest bardzo prawdopodobne, że tam jednak nie pada słowo „piwko”, ale „paliwko”, co oczywiście radykalnie zmienia naszą wiedzę na temat przyczyn, okoliczności i osób odpowiedzialnych za Katastrofę.
Usłyszałem o tym „paliwku”, nastawiłem ucha, czy gdzieś dochodzą nas jakieś komentarze, usłyszałem ciszę i nagle sobie uświadomiłem, że mija właśnie 5 lat od tego nieszczęścia, a tak naprawdę nikogo z nas nie interesuje nas nic poza tym, by powiedzieć, to co i tak przez owe 5 lat mówimy każdego dnia. W tym wypadku to, że tam jednak jest mowa o „paliwku”, a nie „piwku”. Pięć lat i to jest to co nam zostało: „piwko”, czy „paliwko”? Jedni stoją z zaciśniętym zębami i mówią „piwko”, a drudzy zaciskają pięści i powtarzają „paliwko”. I tyle wszystkiego.
Mam kolegę, wybitnego muzyka i inżyniera dźwięku, człowieka, który nieskromnie twierdzi, że jest jednym z dwóch ludzi w Polsce o uchu, które jest w stanie w jednej chwili rozpoznać każdą, nawet najbardziej zręczną, manipulację cyfrowym zapisem dźwięku. Spytałem go o kwestię tak zwanych „nowych, lepszych odczytów”, na co on mi odpowiedział, że przede wszystkim i tak nie ma lepszego sprzętu na świecie, niż to co posiada policja, więc całe to gadanie o tym, że właśnie trafiono sprzęt jeszcze lepszy, niż ten dotychczasowy, to ciężka bzdura, a poza tym nie ma absolutnie żadnej możliwości prowadzenia tego typu badań, jeśli nie ma się do czynienia z oryginałami. Powiedział mi mój kumpel, że jeśli któregoś dnia TVN24 opublikuje wreszcie idealnie czysty dźwięk z czarnych skrzynek, na których wreszcie usłyszymy, jak generał Błasik wyraźnie mówi pilotom, że „mają kurwa lądować”, bo jeśli nie, to on ich pozabija jak psy, dopóki ów zapis nie będzie zapisem oryginalnym, nie ma w ogóle o czym rozmawiać. Dopóki nie mamy dostępu do oryginalnych zapisów, to, co nam puszczają, nie znaczy nic. Twierdzi mój kolega, że w sytuacji, gdy pracujemy na kopiach, dyskutowanie na temat tego, co tam słychać, ma tyle samo sensu, co dyskutowanie na temat wyższości Świąt Wielkanocnych nad Świętami Bożego Narodzenia w lipcu.
A oni, z okazji 5 rocznicy tego zamachu nas informują, że jeszcze tylko trzeba sprawdzić, czy tam jest mowa o „piwku”, czy „paliwku”, i wszystko będzie jasne. Trzeba tylko poczekać aż uda się znaleźć odpowiedniego uniwersyteckiego profesora od fonetyki, który wśród tych szumów usłyszy Prawdę.
Przepraszam bardzo, ale gdy chodzi o Smoleńsk, ja już nie mam nic więcej do powiedzenia, jak tylko to:
Niech Pan wygubi wszystkie wargi podstępne i język pochopny do zuchwałej mowy. Tych, którzy mówią: ‘Naszą siłą język, usta nasze nam służą, któż jest naszym panem?’
Niech wygubi, i o to się dziś modlę.

Przypominam, że w sobotę i w niedzielę już za tydzień, będę na Targach Wydawców Katolickich w Arkadach Kubickiego w Warszawie z książkami. Zapraszam. Jak będzie trzeba, to nawet nie usiądę. Póki co jednak, zachęcam do odwiedzania księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?page_id=69, gdzie są do nabycia wszystkie moje książki. Polecam serdecznie.



środa, 28 listopada 2012

Przyszedł pan z taboretem.

Mogę się oczywiście mylić, ale chyba jednak nigdy na tym blogu nie poświęciłem ani jednego słowa tak zwanemu „językowi nienawiści”. I postąpiłem w ten sposób wcale nie dlatego, że osobiście nie mam nic przeciwko owemu językowi, ale z tej prostej przyczyny, że zawsze doskonale sobie zdawałem sprawę z tego, że ów „język nienawiści” – podobnie zresztą jak sama „nienawiść” – stanowią pojęcia na tyle pojemne i na tyle, że tak to ujmę, rozciągliwe, że każdy łachudra jest w stanie pod nie podłożyć cokolwiek mu się w jego durnej pale ulęgnie. Choćby to i miała być nawet Modlitwa Pańska. A zatem, o czym tu gadać?
Nie znaczy to jednak też, że tematu nienawiści w ogóle unikałem. Jednak za każdym razem – a przynajmniej mam taką nadzieję – skutecznie się starałem, by bardzo precyzyjnie formułować wszystko co mi chodzi po głowie, i w żaden sposób nie dać się w tym co piszę zwieść owemu językowemu fałszerstwu, które nas oblepia niemal każdego dnia.
O czym mówię? Weźmy bieżącą sytuację, a więc ogólnonarodową debatę na temat owej „nienawiści”, jej „języka”, i jak problem jaki z nim mamy rozwiązać na poziomie prawa. Rozmawiałem dziś z moim kolegą Gabrielem Maciejewskim i w pewnym momencie rzuciłem coś w stylu: „Ależ oni nas nienawidzą!”, na co Gabriel, zgodnie z oczekiwaniami, odpowiedział: „No”. I ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby ta rozmowa miała charakter publiczny, obok nas w jednej chwili pojawiłaby się cała kupa bardzo wrażliwych komentatorów, która by nam wytłumaczyła, jak to jest z tą nienawiścią. Jestem tego pewien, bo ja akurat doskonale wiem, jak to wszystko działa. I wiedząc to, znakomicie sobie też zdaję sprawę z tego, jak skutecznie ta akurat sfera została zakłamana i tak naprawdę ostatecznie wykluczona z jakiejkolwiek debaty. A więc znów – o czym tu w ogóle gadać? To jest trochę tak, jak ja bym chciał podyskutować z kimś o miłości, a ten ktoś by mi wrzucił do odtwarzacza film pod tytułem „Ladies”.
Dziś, kiedy tu ukazuje się poniższa notka, w Salonie24 przypominam swój stary, bo jeszcze sprzed czterech ponad lat, tekst o wykopywaniu taboretu. Proszę sobie wyobrazić, że niedawno, z całą pewnością na fali bieżącej atmosfery, otrzymałem następującej treści sms: „Gratuluję. Rozumiem że teraz będziecie nas wieszać”. To co w tym esemesie było jednak najciekawsze, to nawet nie jego treść, ale fakt, że otrzymałem go od nikogo innego jak autora tamtej wypowiedzi o taborecie sprzed czterech lat. Przypomnę może:
Niech pan zrozumie. Jak już będą wreszcie wieszać Kaczyńskiego, to ja będę pierwszy, który z radością wykopie spod niego ten taboret. Bo ja nie mówię o polityce, o rządzeniu, o tym czy oni coś tam zrobili dobrze, czy źle. Ja ich po prostu nienawidzę”.
I oto dziś ten sam człowiek nie może się pozbierać z oburzenia w obliczu tego, że ja byłem tak podły, że siedziałem obok Grzegorza Brauna kiedy ten ogłaszał potrzebę rozstrzeliwania zdrajców.
Odpisałem mu. Wymijająco: „Błąd. My nie będziemy strzelać. My będziemy kopać w taborety”.
Nie odpisał. Ciekawe czemu? Komórka mu zahaczyła o brzozę?

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga. Choćby przez kupowanie ksiązki o liściu, w której – tak na marginesie – znajduje się tamten stary, jakże dziś aktualny, tekst. Bardzo proszę. Sytuacja jest autentycznie podbramkowa. Dziękuję.

czwartek, 18 października 2012

O zemście czystej jak śnieg

Jakoś tak w tych dniach pewien czytelnik tekstów, które zamieszczam to tu to tam zaproponował mi, żebym może się trochę uspokoił, poczytał jaką książkę, i napisał coś na przykład o tej książce. Prośba ta, wbrew pozorom, nie miała w sobie cienia złośliwości, lecz wręcz przeciwnie, była wyrazem dbałości o moje samopoczucie i komfort tej części mojego życia. Ponieważ do owego czytelnika mam poważny i szacunek i zobowiązania, przy pierwszej nadarzającej się okazji, powtórzyłem na swoim blogu w Salonie24 pewien dość już stary tekst, który napisałem wyłącznie dzięki temu, że jakimś cudem wciąż czasem zdarza mi się coś przeczytać. Mam na myśli tekst o Mdisho z Muanumuezi – afrykańskim wojowniku, który kierował się jedną zasadą: Wroga należy zabić zanim on zabije nas.
O Mdisho przeczytałem u Roalda Dahla, jednego z moich ulubionych autorów, i choć wydaje mi się, że owe teksty – i Dahla i mój – były bardzo dobre, mam wciąż poczucie, że nie o to chodziło mojemu czytelnikowi. Że kiedy on mnie zachęcał do zanurzenia się w lekturze, jemu chodziło o to, żebym przestał się denerwować, a z Dahlem akurat sytuacja jest taka, że z pewnego punktu widzenia, zamiast niego lepiej już jest czytać Psalmy. No ale co ja mam zrobić? Poszukać gdzieś Harasymowicza? No, nie bardzo.
Myślę i myślę, a tu mi ciągle chodzi po głowie Dahl. Niedawno na lekcjach czytaliśmy po raz nie wiem już który jego opowiadanie zatytułowane „Way Up to Heaven”, czyli „Droga do nieba”. Opowiem może, i mam nadzieję chociaż w ten sposób wyjaśnić, w czym rzecz. Otóż jest sobie pewne starsze już małżeństwo państwa Fosterów. Mieszkają oni w Nowym Jorku, a ponieważ pan Foster to bardzo bogaty człowiek, w przeszłości prowadzący wiele bardzo fantastycznych interesów, mieszkają oni sami w wielkim pięciopiętrowym domu na Manhattanie. Jak idzie o pana Fostera, to jest typowy stary skurwysyn z pieniędzmi, natomiast pani Foster jest miłą starszą panią, której jedyną ambicją jest służyć wiernie swojemu mężowi, a kiedy on nie daj Boże kiedyś umrze, przeprowadzić się do Paryża do swojej córki i trojga wnucząt.
Z tego co wiemy, podczas gdy pan Foster, jak już wspomniałem, jest klasycznym skurwysynem, pani Foster właściwie wad nie ma… z wyjątkiem jednej. Otóż ona ma chorobliwą obsesję na punkcie takim oto, że któregoś dnia się gdzieś spóźni. A zatem, ile razy oni mają gdzieś wyjść, czy tym bardziej wyjechać, ona już na pół godziny wcześniej czeka na dole w płaszczu i kapeluszu i umiera ze strachu. Ona umiera, a pan Foster wręcz przeciwnie, robi wszystko, żeby ją maksymalnie długo przetrzymać. Jest jeszcze tak, że pani Foster, w związku z tą swoją obsesją ma nerwowy tik. Kiedy pan Foster wciąż nie pojawia się na dole, i sytuacja zaczyna się robić niebezpieczna, jej zaczyna nerwowo drgać kącik lewego oka. I, jak się już można sprytnie domyślić, kiedy on się wreszcie pojawia, pierwsze co robi, to demonstracyjnie patrzy jej prosto w to oko i mówi: „Może byśmy się już tak zaczęli zbierać?” A ona płacze.
I oto pewnego dnia on wyraża zgodę na to, by ona poleciała na sześć miesięcy sama do Paryża odwiedzić córkę i te dzieci, które zna jedynie z fotografii i kocha nad życie. Pan Foster w tym czasie – myślę, że jest jakimś masonem – ma mieszkać w jakimś klubie z kumplami, a dom ma stać pusty. Ponad połowa tego opowiadania to wręcz apokaliptyczny obraz pani Foster wybierającej się na to lotnisko i pana Fostera stającego na głowie, by ona się jednak spóźniła, albo żeby przynajmniej zanim tam dotrze, on odebrał swoją porcje uciechy. Najpierw więc on się spóźnia, potem jadą w jakiejś koszmarnej mgle na to lotnisko, potem okazuje się, że lot jest odwołany, więc ona znów wraca do domu, potem mamy kolejny poranek i kolejne próby pana Fostera, by tę biedną kobietę rozbić na strzępy i wreszcie dochodzi do tej sceny.
Siedzą już w samochodzie, czasu jest naprawdę bardzo mało, kiedy on nagle sobie przypomina, że zostawił u siebie w pokoju na górze prezent dla córki – grzebień. Każe więc swojej żonie czekać w samochodzie, a sam wraca do domu. Ona czeka i czeka, oko jej drży jak należy, i w pewnym momencie widzi, że ten grzebień jest w samochodzie, wciśnięty w przerwę między siedzeniami. Najpierw każe szoferowi pędzić po pana Fostera, ale ostatecznie decyduje się iść sama. Wbiega na schody… ale zamiast otworzyć drzwi zaczyna nasłuchiwać. Słucha, słucha, słucha… i wreszcie krzyczy do szofera: „Nie mamy czasu. Jedźmy już. Poradzi sobie bez nas”. I leci do Paryża.
Po powrocie wraca do domu. Pana Fostera nigdzie nie widać, natomiast ona już od samego wejścia czuje zapach, jakiego nigdy wcześniej nie czuła. Jednak ów zapach jej w żaden sposób ani nie martwi, ani nawet nie zastanawia. Swoje pierwsze kroki kieruje bowiem do gabinetu pana Fostera, odnajduje notatnik z numerami telefonów i dzwoni na tak zwane pogotowie dźwigowe, aby poprosić, by ktoś może przyjechał, bo ona właśnie wróciła z Paryża, a tu winda stoi między piętrami. A jej, staruszce naprawdę trudno jest chodzić tak wysoko po schodach.
Taka to historia. No i co ja mam sobie myśleć? Co ja mam myśleć, i jaki mam mieć nastrój, jeśli wszędzie gdzie spojrzę widzę walkę dobrego ze złem, i to nieposkromione pragnienie, by kara była szybka i bardzo konkretna. A tu jest jeszcze coś. Mam na myśli kwestię owej miarki, która się w końcu przebrała. O tak! Bywa tak, że muszą upłynąć długie lata, zanim ludzka bezczelność osiągnie takie rozmiary i takie poczucie bezkarności, że nie pozostaje już nic innego, jak ją zmusić do tego, by zdychała w męczarniach.
No i masz ci los. Miałem wyluzować, a tu wciąż ten sam stary psalm:

Sprawiedliwy się cieszy, kiedy widzi karę,
myje swoje nogi we krwi niegodziwca
”.

Przepraszam, ale wygląda na to, że jeszcze przez jakiś czas ten nastrój mnie potrzyma.

Przypominam, że wciąż są do kupienia obie moje książki. Mam ich w domu pewną dość znaczną ilość. Jeśli ktoś ma ochotę, polecam. Wystarczy przesłać na konto umieszczone obok odpowiedni – 40, albo 30 złotych, a ja natychmiast wszystko ładnie zadedykuje, i wyślę na wskazany adres. No i oczywiście, zawsze liczę na dodatkową pomoc. Dziękuję

środa, 16 marca 2011

Jak daleko do Japonii, jak blisko

Okropny jest ten widok ogarniętej klęską żywiołu Japonii. Tak bardzo z jednej strony – dzięki dobrodziejstwom nowoczesnej techniki i komunikacji – spektakularny, a jednocześnie, przez obraz tych oszalałych z rozpaczy, bezradnych do końca świata ludzi, tak okropnie przytłaczający. No i oczywiście ten rozmiar zniszczeń, gdzie samochody, statki, pociągi, ciężarówki, domy i ludzie, gdzie to wszystko robi wrażenie makiety, dziecięcej budowli z klocków, a przez to czegoś kompletnie nierzeczywistego. I wtedy, w momencie gdy sobie uświadomimy, że to są jednak są prawdziwe pociągi, prawdziwe domy, prawdziwe samochody, a w nich prawdziwi ludzie, i że ich jest tak strasznie dużo – można poczuć szacunek dla… no właśnie… szacunek dla czego? A może dla Kogo? I wtedy dopiero można zrozumieć, ze nie ma co podskakiwać. Nie ma co podskakiwać.
Wcześniej oglądaliśmy tragedię Haiti. Oczywiście, widok był straszny. Te zasypane nieszczęściem, śmiercią i bólem slumsy. Te kobiety w kolorowych sukienkach i ci wychudzeni, z wytrzeszczonymi oczami chłopcy, snujący się bez sensu po tych ruinach. Wciąż widzę te kobiety w kolorowych sukienkach. A później te wiadomości o chorobach, o kolejnych zgonach, o grabieżach i o powszechnym zdziczeniu. I o tej pomocy międzynarodowej, tak bzdurnej i pustej i beznadziejnej. I o tych niby-dobroczynnych koncertach, służących wyłącznie temu, żeby parę schodzących gwiazd mogło się jeszcze raz pokazać. No i żeby Bob Geldof i Bono mieli swoją kolejną sesję. Jednak patrzę na to Haiti i po pewnym czasie już jestem spokojny. I myślę, że tu właściwie zawsze mniej więcej tak właśnie było. Właśnie tak. Te biedne dziewczyny w kolorowych sukienkach i ci wychudzeni chłopcy o czarnych oczach. Z jakiegoś powodu, ta Japonia, mimo wszystko robi większe wrażenie. Ciekawe przez co? W końcu to jest klęska, która swoim rozmiarem nawet nie dorównuje Haiti. Czy to te samochody? Czy może te statki? To lotnisko niknące pod czarną, brudną wodą? Czy tak wygląda Apokalipsa?
Przecież mieliśmy Pakistan. Ale Pakistan – wiadomo. Nawet za bardzo nie ma na co patrzeć. Pola. Rozlegle, niekończące się pola, zatopione po horyzont. Nic. Nawet nie ma jak się na tym obrazie skupić. Żeby choć jeden mały samolocik wbity w kolorowy budynek. Jedna ciężarówka wyrzucona na drzewo. Jeden jacht wypłukany przez fale na brzeg, i dalej na jakąś autostradę. A tu tylko woda, i gdzie niegdzie jakieś ciało.
Ta Japonia zdecydowanie robi wrażenie. I jeszcze do tego widzimy wciąż te elektrownie, jak nam mówią, bardzo poważnie uszkodzone, i unoszący się nad nimi dym… cholera wie, co to za dym. Na tym horyzoncie – one muszą być na horyzoncie, bo bliżej się podejść nie da – widzimy te elektrownie, wznoszące się i rozciągające się tak monumentalnie w tej mgle. A pod spodem żółty, lub czerwony pasek, z kolejną informacją, która i tak nie mówi nam nic, co byśmy tak naprawdę rozumieli.
My ludzie wierzący, czy może tylko przesądni – a już zwłaszcza ci z nas, którzy mają w sobie to dziwne, nieznośne pragnienie z jednej strony sprawiedliwości, a z drugiej wyjaśnienia, czemu jej tak wciąż brakuje – mamy w sobie taką skłonność, by tego typu nieszczęścia tłumaczyć właśnie pod kątem tego pragnienia sprawiedliwości. A więc mówimy, że to wreszcie Dobry Bóg się zniecierpliwił i postanowił walnąć pięścią. No ale czemu akurat w Japonię? Czyżby z powodu tego jednego obłąkańca, który wziął oficjalny ślub ze swoim telefonem komórkowym? Czy może przez te dziewczynki, które stworzyły słynną na cały świat fotkę dziecka w podkolanówkach i w krótkich spódniczkach z kolorowym lizakiem w dłoni? A może przez te sztuczne, elektroniczne zwierzęta? Diabli wiedzą, o co mogło pójść?
No, ale biedne Haiti? Czyżby poszło o te czary. To voodoo? A to może w takim razie to wszystko dzieło Szatana, podczas Bóg Miłosierny tylko patrzy i smutny milczy? A ten Pakistan? A Australia?
Ktoś gdzieś niedawno napisał, że to wielkie szczęście, że mieszkamy w środkowej Europie, tu nad Wisłą, gdzie ani trzęsienia ziemi, ani powodzie, ani tajfuny, ani nawet skromny pożar lasów. Podtopienia. No tak, podtopienia mamy, ale rząd sobie z nimi sprawnie radzi; a jak nie rząd, bo jest akurat w Brukseli, gdzie jest jeszcze spokojniej, to lokalni burmistrzowie. No tak. Tu jest bezpiecznie. Wprawdzie ostatnio spadł jeden samolot z 96 ludźmi na pokładzie, i spadł tak, że został z niego wyłącznie krwawy, ubłocony strzęp, i mały kawałek białoczerwonej szachownicy. Ale poza tym – zakupy i kopulacja. W sumie, jak by nie patrzeć, to nie jest wcale taki najgorszy bilans. A może my po prostu jesteśmy Bogu mili, a Szatanowi obojętni? W dodatku wiosna taka piękna.
Jest w tym tylko jedna rzecz, która nie daje spokoju. To tu to tam, wciąż słychać, jakby ktoś się śmiał. Co to za, cholera jasna, śmiech? Kto to tak się śmieje? Co to za rechot? Czyżby to tylko śmiech Szatana? Dochodzący do nas oczywiście z dalekiej Japonii – tam może i bardzo głośny i świszczący, ale tu ledwo słyszalny. No tak. To pewnie stamtąd. To ich diabeł, nie nasz. A że słychać? Czemu nie? W końcu to prawda, że z Japonii do Warszawy całe tysiące mil, ale na przykład już takim samolotem, to trzask, prask i już.

czwartek, 6 stycznia 2011

O światełku w tej mgle

Gdyby ktoś mnie spytał, co mogę powiedzieć na temat filmu Mgła, który wielu z nas oglądało jeszcze wczoraj, a który – co do tego nie może być najmniejszych wątpliwości – musi otwierać nowy rozdział w po-smoleńskiej historii Polski, mógłbym najwyżej powtórzyć to, co napisałem już we wczorajszym komentarzu pod notką o Systemie w działaniu już tak naprawdę nawet bez tradycyjnej maski. A więc to, że przede wszystkim, wprawdzie nie po raz pierwszy, ale może nigdy tak dobitnie jak własnie wczoraj, mogliśmy zobaczyć, jak wspaniałą ekipę udało się zorganizować śp. Lechowi Kaczyńskiemu wokół swojej prezydentury. Ale też i to, że chyba dopiero na podstawie tych relacji, tak porażająco intensywnych, możemy uwierzyć, że tej wojny występek już nie wygra. I że oni, jeśli tego nawet jeszcze nie wiedzą – z pewnością to czują. I że ich strach musi dziś ich przenikać jak śmierć.
I właściwie już nawet nie chodzi o to, czy smoleńska masakra była wynikiem zamachu, czy może wyłącznie fatalnym zbiegiem okoliczności. Nie ma już większego znaczenia, czy ktoś podjął decyzję zamordowania Prezydenta i ją w ten sposób zrealizował, czy wyłącznie chciał mu dokuczyć, lub zrobić zwykłego psikusa. Czy ta mgła i wszystko co ją poprzedzało i otaczało, miała doprowadzić aż do śmierci Lecha Kaczyńskiego, czy tylko do tego, by jak niepyszny musiał – przy akompaniamencie powszechnego szyderstwa – spod tego Smoleńska czmychać, będąc już tak blisko. Z punktu widzenia odpowiedzialności i kary, jest praktycznie nieistotne, co się dokładnie stało w tamto sobotnie przedpołudnie. A jest tak dlatego, że bez względu na to, czy za tamtą rzezią stał czyjaś głowa i ręka, czy tylko seria niefortunnych żartów, odpowiedzialność i kara wydają się już być nieuchronne.
Jest jednak jeszcze coś, co każe mi się nad paroma sprawami związanymi czy to z – dziś już wiadomo, że tak czy inaczej zamordowanym – prezydentem, czy z samą katastrofą, zastanowić. Otóż mam na myśli tę ciszę. Być może coś przegapiłem, ale medialna cisza, jaka zapanowała nad tym filmem, jest równie dojmująca, co głęboko znacząca. Osobiście mam bardzo marne pojęcie na temat tego, w jaki sposób organizowany jest ruch medialny i jak na poziomie informacyjnym rozkłada się kalkulacja zysków i strat. W związku z tym, nie wykluczam, że w ciągu najbliższych dni, nagle ktoś z nich dojdzie do wniosku, że może jednak należałoby temat podjąć. Na razie jest tak, że ta cisza aż krzyczy. I że w tym krzyku wyraźnie widać optymistyczna nutę.
Otóż oni się boją. Boją się jak jasna cholera. Jestem pewien, że nie ma dnia, nie ma minuty, kiedy ich myśli są choć minimalnie spokojne. Oni muszą wiedzieć – tym bardziej nawet, jeśli u początków smoleńskiej masakry stała tylko kolejna chęć dokuczenia Prezydentowi – że to co się stało, to już w tej chwili zaledwie początek. Że jej echo będzie coraz głośniejsze, a każda prośba zagłuszenia go, będzie je tylko wzmacniać. Że to z czym mamy do czynienia, to już właściwie czysta fizyka. A więc truchleją z przerażenia, i albo milczą, albo próbują zagadać nieuchronnie biegnące godziny.
Powiem zupełnie szczerze, że – być może wbrew oczywistym pozorom – to wszystko, cośmy wczoraj widzieli i słyszeli – czuję się bardzo uspokojony. Bo widzę jasno, jak bardzo tamto nieszczęście i jego skutki nie dają im ani możliwości ucieczki, ani nawet schronienia się przed tym, co prędzej czy później nadejść musi.
Nie umiem powiedzieć, jak to długo jeszcze potrwa. Mam świadomość, że po tamtej stronie stoi – jak to kiedyś, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, jak bardzo niefortunnie, określił Donald Tusk – „poważna ekipa” i że oni potrafią naprawdę wiele. I że już wielokrotnie pokazali nam, że umieją nas nie byle jak zaskoczyć. W tym jednak wypadku, choć szczerze się staram dojrzeć jakakolwiek możliwość, by i tym razem im się jakimś cudem udało – jej nie widzę.
Pokażę może, o co mi chodzi na przykładzie dość odległym od tego, o czym akurat piszę. Otóż, zauważyłem dziś, że kiedy przenosiłem tu stare teksty z bloga na Salonie, przegapiłem kilka notek z początku stycznia zeszłego roku. Ponieważ jednak mam je u siebie odpowiednio zarchiwizowane, odszukałem je i wkleiłem je tam gdzie ich miejsce. I oto z pewnym zaskoczeniem zobaczyłem, że niemal dokładnie rok temu, napisałem tekst o tym, że skutkiem kompletnej tępoty tego rządu, nowy rok zaczyna się od wystawienia na nieuchronne cierpienia, a może i śmierć całej grupy biednych, chorych na raka ludzi. Nie mogłem więc też w jednej chwili nie zdać sobie sprawy z tego, że niemal dokładnie ten sam temat, w tym samym niemal ujęciu, przywitał kolejny rok pracy tego rządu. Umierają ludzie porzuceni przez tych, których psim obowiązkiem było ich nie porzucać. I nagle sobie uświadomiłem, że przez ten rok, jeśli się cokolwiek zmieniło, to tylko na gorsze. Że służba zdrowia tkwi dokładnie w tej samej zapaści co wówczas, tyle że do tego doszedł jeszcze straszliwy kryzys finansów publicznych, a wraz z nim rozpoczęła się ruina systemu emerytalnego. No i jeszcze te pociągi, te powodzie, te drogi…
I można by przypuszczać, że ponieważ naturalna siła państwa i jego różnorakich służb potrafi w niektórych sytuacjach naprawdę być wielka, ten upadek może trwać jeszcze całe długie lata, a samo społeczeństwo można będzie utrzymywać w stanie tego letargu jeszcze długo, długo potem, kiedy już poza sklepami i telewizorem, nie będzie ani dróg, ani zdrowia, ani nawet siły do wychodzenia z domu. Tymczasem ów Smoleńsk nadał temu wszystkiemu gwałtownego przyspieszenia. I nie ma wątpliwości, że ono jest z każdym dniem większe. Tu nawet nie trzeba sobie nic wmawiać. Każdy dzień pokazuje, że tempo w jakim się to wszystko rozwija jest już nie do powstrzymania. I że to właśnie ta kwietniowa masakra nie pozwoli im trwać w tym kłamstwie. Jak już wspomniałem wcześniej, tu mamy do czynienia wręcz z fizyką.
Już powinienem kończyć te refleksje, ale przyszło mi do głowy, że ktoś mnie może zechce spytać, kogo mam na mysli mówiąc „oni”. Otóż nikt tak pięknie nie odpowie na to pytanie, jak sam Poeta. W niedawnym wywiadzie dla Gazety Polskiej opisał ich tak:
Są wszędzie i jest ich cała postkolonialna armia. Według moich obliczeń, ostatni z nich umrą koło roku 2050 i wtedy Polska będzie całkowicie wolna – zrzuci swoje postkolonialne łachmany. Chyba, że wcześniej będzie wojna domowa, ale z pewnych powodów, o których może gdzie indziej opowiem, wydaje to się mało prawdopodobne. A teraz z tymi ludźmi nie będziemy prowadzić potępieńczych swarów, nie będziemy się żreć, będziemy ich obchodzić z daleka. Nie będziemy wymieniać ich nazwisk, nawet nie będziemy na nich plwać, bo nie będziemy przyznawać im prawa do istnienia. Będziemy się zachowywać tak, jakby ich nie było”.
Otóż, kiedy piszę „oni” – ich mam na myśli. Tych samych, o których mówi Rymkiewicz. I jeśli mogę coś dodać do tego, co wyżej, to tylko jedno. Możliwe, ze ostatni z nich umrą w roku 2050, natomiast z całą pewnością, zanim umrą, będziemy mogli z jak najbardziej naturalną satysfakcją przyglądać się, jak się wzajemnie zagryzają. Już słychać to kłapanie

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...