Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LEMMING. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LEMMING. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 września 2010

O kurwach, grzybiarzach i deszczu w Macondo

Swego czasu przyznałem na tym blogu, że wszystko czym się szczycę, czy może tylko uważam za dobre alibi do tego, by tu przed Wami występować, to moja zasługa w bardzo małym stopniu. Większość tego, co może o mnie ewentualnie dobrze świadczyć, to efekt tego, że ja się bezczelnie żywię siłą i mądrością ludzi, którymi się otaczam. Wymyśliłem na to konto nawet porównanie do tych pięknych dziewczyn, które biorą sobie za przyjaciółki jakieś brzydule, tylko po to, żeby przy nich lepiej świecić. U mnie jest odwrotnie. Ja biorę sobie za przyjaciół tych, w których świetle i ja zaczynam lepiej wyglądać.
Weźmy na przykład sam ten blog. Jestem pewien, że trzeba być kompletnym ślepcem lub idiotą, żeby nie zauważyć, że towarzystwo, jakie tu się zbiera, to coś co można by bez naciągania określić jako ‘top of the pops’. Oczywiście, przychodzą tu też tacy – choćby ledwo co wczoraj – którzy twierdzą, że jest wręcz odwrotnie. Że to są zaledwie usunięte sceny. Że to jest nicość i bzdura. Że ten blog to jakaś grupa terapeutyczna dla paru zahukanych staruszków. Jednak jestem przekonany, że nawet oni w głębi serca czują, że to nieprawda. Że to jest punkt, w którym oni stają bezradni i bez śladu nadziei na to, że kiedykolwiek będą mogli zrobić kolejny krok. Wiem że oni to wiedzą, i że to im nie daje spokoju.
Dobrze że ich wczoraj nie było w Katowicach u Hindusa, gdzie z panią Toyahową, za – co trzeba tu podkreślić – LEMMINGOWE pieniądze, podejmowaliśmy koleżankę Ginewrę i właśnie kolegę LEMMINGA. Gdyby tam przyszli, i pobyli choćby przez chwilę, zrozumieliby nie tylko tę sytuację, ale i swoją. I by mieli zmartwienie. I wtedy by dopiero poczuli, jak bardzo nic nie wiedzą. LEMMING opowiadał, a ja sobie myślałem, czemu to on nie prowadzi bloga, tylko ja? Pytałem go o to, nieśmiało nawet sugerowałem, że mogę mu to miejsce udostępnić, no ale wiecie sami jak to z nim jest. On coś gadał o prorokach i tyle wszystkiego.
No więc LEMMING opowiadał. O czym? O tym mianowicie, że on jechał samochodem z Warszawy do Katowic tą gierkowską autostradą, pełną dziur i wyboi, i w każdym niemal jej punkcie widział grzybiarzy i kurwy. Grzybiarzy, którzy z narażeniem życia, dla maksymalizacji zysku – po europejsku, prawda! – przebiegali z tymi swoimi koszykami z jednej strony drogi na drugą, i kurwy – bułgarskie czy mołdawskie dziewczynki – w niewoli u swoich polskich, a może wcale i nie polskich, panów. Opowiadał nam LEMMING o tej swojej podróży przez III RP i o ludziach, których po drodze spotykał. I, och, opowiadał nam też o tym jak czytał gdzieś o tym jak zorganizowana jest owa wielka rezydencja Hugh Heffnera, gdzie on sobie mieszka, otoczony młodymi, ekskluzywnymi dziewczynami, które są u niego na pełnym – równie jak one same ekskluzywnym – utrzymaniu i które tam są wyłącznie po to, żeby obsługiwać regularnie wydawane przez Heffnera przyjęcia. I przeczytał gdzieś LEMMING, że one objęte są przez swego właściciela stałym funduszem celowym na podtrzymanie urody, plus dwieście dolarów tygodniowo kieszonkowego. I że on je ma w ten sposób w garści do czasu aż zbrzydną i będzie je można spokojnie uwolnić. A później już zupełnie naturalnie porozmawialismy sobie o Donaldzie Tusku. Jeśli wiesz, o czym ja mówię, że zacytuję Mistrza.
Jak wielu z nas zauważyło, od kilku miesięcy pada. Myślę sobie, że łatwo jest się bardzo i do wszystkiego przyzwyczaić, ale też i wszystko sobie jakoś racjonalnie wytłumaczyć. Jak choćby właśnie i to – pada, bo taka jest pogoda. Cóż więcej? Ale jak już wspomniałem, sam bym nie zrobił ani kroku. Ale za to mam przyjaciół. I oni mnie ciągną za sobą. Weźmy takiego Księdza. Jakiś czas temu – ale już wtedy, kiedy Polska, była topiona w tych łzach – napisał on taki oto komentarz:



Pamiętam wielką powódź z 1997. Wielka tragedia, dużo bólu i łez. Gdy jednak porównuję to, co się zdarzyło 13 lat temu z tym, co się dzieje teraz, to… to okazuje się, że woda wodzie nierówna. I nierówne są też (że ośmielę się – nie bacząc na surowość profesorskich ócz – dokonać socjologicznej analizy) tzw. społeczne nastroje. Wielka powódź z 1997 roku, była tylko (tylko!) wielką powodzią: nieszczęściem, które dotknęło bardzo wielu (w tym także nieubezpieczonych) ludzi. Wody wezbrały, zniszczyły, co miały zniszczyć, a potem opadły. Było wielkie przygnębienie i mnóstwo obaw, co do przyszłości. Jak to w nieszczęściu.
Na pierwszy rzut oka, obecna sytuacja wygląda podobnie. Ale tylko na pierwszy rzut oka. Sądzę bowiem (proszę nie pytać na jakiej podstawie; jeśli ktoś chce, może nawet uznać, że moja analiza jest równie głupia, co analiza toyaha), że dzisiejszy stopień społecznego przygnębienia (które przytłacza nie tylko powodzian) i wynikających z tego przygnębienia apatii, bądź gniewu, jest nieporównanie większy niż wtedy. Pewnie jakiś psycholog społeczny (to też jest ciekawa kategoria; może ktoś z miłośników tego bloga, chciałby wykazać się profesorską biegłością w tej dziedzinie?) potrafi wyjaśnić fenomen owego wzmożonego przygnębienia, wskazując na długą i ostrą zimę, oraz smoleńską katastrofę i żałobą narodową, które to zjawiska nałożywszy się na powódź, dały efekt obserwowanego przez nas społecznego „doła”. Słowem: ludzie są zdołowani bo przez ostatnich kilka miesięcy było tylko zimno, śnieżnie, buro i ponuro, a teraz jeszcze mokro. I tyle. Bardzo to wszystko być może, tym niemniej uważam, że możliwe jest też inne wyjaśnienie.
Mam brata rodzonego. Jedynego. Starszego. Ponieważ jest jedyny, starszy, a przy tym rozsądny, z wielką uwagą przysłuchuję się temu, co mówi. I nawet nie próbuję tego kwestionować. Kto ma starszego brata ten wie, co mam na myśli. Otóż mój starszy brat, też od czasu do czasu ulega tej słabości, że dokonuje socjologicznych analiz. A ponieważ brat jest elektronikiem uważam, że jak mało kto jest powołany do tego, by owe analizy przeprowadzać. Parę dni temu rozmawialiśmy o powodzi. I brat w pewnym momencie podzielił się ze mną, stosunkowo mało odkrywczą – jak początkowo sądziłem - myślą. Powiedział mianowicie, że powódź się skończy, woda zejdzie, a syf pozostanie. Zwróciłem bratu uwagę, że gada banały, bo przecież jest czymś naturalnym, że wcześniej czy później powódź się skończy i gdy woda opadnie, to trzeba będzie zrobiony przez tę wodę bałagan posprzątać. Brat wzruszył wtedy ramionami i zaskoczony moją tępotą odpowiedział, że przecież nie o to chodzi. I wskazując na owe (z punktu widzenia psychologii społecznej w oczywisty sposób depresjogenne) trzy wydarzenia: ostra, długa zima; katastrofa smoleńska; powódź – zauważył, że dzięki nim dowiedzieliśmy się bardzo dużo o stanie naszego państwa, o jego kondycji, o przygotowaniu jego struktur na sytuacje kryzysowe, o naszej armii, o naszej administracji, o naszym bezpieczeństwie, a przede wszystkim o tych, którzy nami rządzą. Po pierwszych pięciu miesiącach 2010 roku, wszystko już wiadomo. Nie ma złudzeń.
I ludzie, nawet jeśli zbyt wyraźnie tego nie widzą, doskonale to wyczuwają. I właśnie dlatego są przygnębieni. Bo wiedzą, że wody powodzi (oraz nieustępliwość zimy i demoniczność katastrofy) nie tyle jakiś syf naniosły, co raczej go odkryły. I on pozostanie. I w związku z tym boją się, że przy okazji sprzątania tego bałaganu, który pozostawia po sobie upadające polskie państwo, oni najzwyczajniej w świecie, jak to już niejednokrotnie bywało, dostaną w dupę.
Tyle analizy mojego brata. I tak sobie myślę, że te pięć miesięcy 2010 roku pokazuje również to, jak bardzo Polska (polskie państwo) jest ważna. Najważniejsza. A widać to dopiero wtedy, gdy zaczyna Jej brakować.
Dzisiaj u mnie nie padało. Wyszło nawet słońce. Ale mówią, że przelotnie. To też jest znamienne: kiedyś był „przelotny deszcz”, dziś jest „przelotne słońce”. Cóż… Na mechanikę nieba zbyt dużego wpływu nie mamy, ale na mechanikę tego nieba, które jest w nas – nieba ze słońcem, które wypali wszystkie „syfy”, mamy wpływ niebylejaki.



Właśnie tak. Na mechanikę naszego własnego nieba mamy wpływ niebylejaki. I gdyby ten blog był tylko po to, żeby takie rzeczy mogły być powiedziane, to w zupełności wystarczy.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...