Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eksperci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eksperci. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 stycznia 2017

Experty z filtrem, czyli być jak ksiądz Sowa i jego ferajna

        Każdy z nas, kto w miarę uważnie śledzi życie polityczne w Internecie, zwrócił zapewne uwagę na fakt, że ostatnio jak grzyby po deszczu zaczęły się wysypywać analizy, których autorzy postanowili dać wyraz swojej trosce o poziom prezentowany przez Wiadomości TVP, oraz publicystykę telewizji TVP Info. Krótko mówiąc chodzi o to, że, zdaniem komentatorów, publiczna telewizja, gdy chodzi o bezczelność propagandy pisowskiej, przekroczyła wszelkie granice, wytyczane dotychczas przez stację TVN24, no i że to jest bardzo źle, bo my powinniśmy być ponad to całe zło. Otóż, moim zdaniem, owej fali krytyki płynącej ze strony prawicowej opinii publicznej pod adresem TVP należy się komentarz, że tak to ujmę, trójstopniowy.

      Przede wszystkim, jak wiemy, od czasu gdy Jacek Kurski z tym całym swoim patriotyczno-prawicowym towarzystwem spod znaku „Gazety Polskiej” i „TV Republika”, zaczął decydować o tym, jak będzie wyglądać publiczna telewizja, mija grubo już ponad rok i daję słowo, że to iż w pewnym momencie Samuel Pereira oraz Jerzy Targalski zostali tam wyparci przez Piotra Semkę i Witolda Gadowskiego, nie zmienia faktu, że to jest wciąż dokładnie ta sama nędza, z jaką mieliśmy do czynienia na początku tej drogi. A i to też wcale nie tylko dlatego, że tam wciąż pierwsze skrzypce gra Michał Rachoń. A skoro jest jak jest, to ja naprawdę się dziwię, że to dopiero dzisiaj kwestia poziomu propagandy dostarczanej przez TVP zainteresowała znaczną część internetowej opinii publicznej. My tu na tym blogu załamywaliśmy ręce nad owym nieszczęściem już wiele miesięcy temu, i to na przykład jest powodem, dlaczego podana wczoraj wieczorem na Twitterze wiadomość, że do programu „Z tyłu wizji” zadzwoniła jakaś polska patriotka i oświadczyła, że „lepiej by było, gdyby matka posła Szczerby urodziła barana na wełnę”, a prowadzący program red. Wolski ów żart skomentował wdzięcznym rechotem, nie robi na nas najmniejszego wrażenia. My bowiem od lat wiemy, z kim mamy do czynienia i nie musimy się dziś, w dodatku z tak fatalnym opóźnieniem, napinać.

     Druga kwestia, związana z coraz bardziej powszechną krytyką uprawianej przez TVP polityki informacyjnej, wiąże się z czymś znacznie już ciekawszym. Otóż ja dość uważnie śledzę proces rozwoju, z jednej strony antypisowskiej, a z drugiej, patriotycznej propagandy i nie ulega dla mnie wątpliwości, że zarówno jej kierunek, metoda, a może przede wszystkim tempo, wyznaczane są nie przez TVP, lecz przez telewizję TVN24. Jeśli to co się wyprawia we wspomnianym TVN24 porównamy z popisami Wolskiego i jego ferajny, zobaczymy w jednej chwili, że Amerykanie, jak zawsze, są mocno do przodu. O ile bowiem Rachoń niekiedy, fakt że niezdarnie, ale przynajmniej stara się udawać, że jest obiektywny, tam się już nikt nie oszczędza. Oni są na wojnie i mają tego pełną świadomość. Podczas gdy Wiadomości TVP spokojnie odtwarzają stary dobry gierkowski PRL, w TVN-ie zakładają wojskowe mundury. A zatem, przepraszam bardzo, ale jeśli ja mam pretensje do TVP, to wcale nie o to, że oni są tendencyjni, bo w dzisiejszej sytuacji zachowanie pełnej tendencyjności jest ich patriotycznym obowiązkiem, ale o to, że to wszystko jest tak okropnie słabe. Przepraszam bardzo, my tu na tym blogu też przecież uprawiamy jakąś tam propagandę, no ale jednak mamy świadomość granic kompromitacji i przynajmniej nie pozwalamy się tu panoszyć jakiemuś Gadowskiemu, czy temu kolesiowi w „Gazety Polskiej” o uroku esesmana.

     No ale jest jeszcze trzecia refleksja, która mi przyszła do głowy, kiedy czytałem teksty oburzające się na publiczną telewizję, że ona nie jest jak…no właśnie, co? BBC? Nie żartujmy. Otóż ja z prawdziwą satysfakcją zauważyłem, że oni w sposób absolutnie mistrzowski powtórzyli coś, co, moim zdaniem, od samego początku stanowiło podstawowy argument TVN-u w walce z Prawem i Sprawiedliwością, a więc tak zwanych ekspertów. Mam tu na myśli tych wszystkich – w rzeczywistości całkowicie anonimowych i pozbawionych znaczenia – doktorów, profesorów, docentów, reprezentujących jakieś uniwersytety, centra jakiegoś dialogu, szkoły wyższe czegoś tam i czyjegoś tam imienia, fundacje na rzecz tego lub tamtego, których jedynym zadaniem było udowodnienie, że System po swojej stronie zgromadził świat kultury i nauki, podczas gdy PiS to wyłącznie Ziutki w beretach. I oto dziś nagle widzę niemal identyczną pod względem znaczenia i kompetencji grupę ekspertów, tyle że nagle oni się okazują popierać PiS. Parę dni temu oglądam sobie telewizje TVP Info i widzę, jak redaktor prowadzący rozmawia z dwoma okropnie poważnymi panami. Nie widziałem ich nigdy wcześniej, nie mam pojęcia, kim są, jak się nazywają, no ale atmosfera rozmowy jest taka, że oni są niezależnymi ekspertami od komentowania bieżącej polityki. I nagle się okazuje, że jeden z nich – a ja nigdy w życiu bym się tego nie spodziewał – to niejaki Roman Mańka, bloger Salonu24 i człowiek Piotra Bachurskiego. W tym momencie przerzucam kanał na TVN24, a tam obecną sytuację komentują jakaś pani i pan, i nagle się okazuje, że pani jest dziennikarką „Newsweeka”, a pan przedstawicielem środowiska znanego pod nazwą „Liberte”, czyli człowiek prosto od Hartmana. A to co w tym jest naprawdę zabawne, to fakt, że oni oboje, jak tak siedzą i opowiadają nam, jak to w Polsce zapanował faszyzm, nie są ani trochę bardziej wiarygodni niż nasz Mańka.

      Ktoś pewnie mnie zapyta, czy mi to nie przeszkadza. A ja chętnie odpowiem, że oczywiście, że nie. Wręcz przeciwnie. Ja uważam, że to jest coś absolutnie fantastycznego. Fakt, że telewizja publiczna pokazała całej Polsce, że są tacy profesorowie, doktorzy, docenci, redaktorzy i analitycy, którzy noszą moherowe berety, jest czymś nie do przecenienia. Zaglądam na TVN24, widzę, jak siedzą pan i pani i robiąc mądre miny, mówią, że Kaczyński powinien stanąć co najmniej przed Trybunałem Stanu. Przełączam na TVP Info, a tam też strasznie mądry pan i równie mądra pani, tyle że ci tym razem nam tłumaczą, dlaczego Donald Tusk to zdrajca i lepiej żeby nie wracał do Polski. Czyż to nie piękne? I pomyśleć, że jeszcze tak niedawno mieliśmy do wyboru jedynie między księdzem Sową i prof. Śpiewakiem z jednej strony, a red. Sakiewiczem i tak zwanym „profesorem” Zaradkiewiczem z drugiej.

       A zatem, zachowując cały czas swoje prawo do tego, by to całe „eksperctwo” wraz z ich protektoratem w dowolnym momencie, kopnąć w te ich opasłe tyłki, chciałbym zaapelować do moim kolegów internautów, którzy nagle uznali, że coś jest w tym wszystkim nie tak, żeby się może puknęli w czoło, bo nie ma nic gorszego, jak przyjść na imprezę, gdzie już wszystko zostało zjedzone, wszyscy przenieśli się w inne miejsce i nie została nawet jedna niedopita flaszka.


Wszystkich tych, którzy lubią tu przychodzić i czytać te refleksje, zapraszam niezmiennie do księgarni na stronie www.coryllus.pl. Tam tego wszystkiego jest znacznie, znacznie więcej.


      

niedziela, 20 października 2013

Dziwny przypadek profesora Kleibera, czyli o przekleństwie intelektualistów

Do Michała Kleibera czuję niezmienny szacunek od 10 kwietnia 2010 roku, kiedy to wystąpił w TVP i opowiadał o Lechu Kaczyńskim, takim jakim go pamiętał i jakiego znał. Czuję ten szacunek i tego prawdopodobnie nie zmieni już nic. Nawet to, co on od pewnego czasu wyprawia wokół sprawy zbrodni smoleńskiej. Dlaczego? Oczywiście, częściowo przez tamte słowa, ale też przez to, że zdaję sobie świetnie sprawę z tego, że w dzisiejszych czasach, zwłaszcza gdy się jest kimś takim, jak szef Polskiej Akademii Nauk, zachowanie postawy wyprostowanej jest czymś szalenie trudnym.
A mimo to chciałbym napisać na jego temat kilka słów krytycznych, w jednej tylko sprawie. Mam na myśli ów kuriozalny pomysł, który oto zresztą zdechł właśnie śmiercią naturalną, aby zorganizować dyskusję między ekspertami z zespołu Antoniego Macierewicza i połączonymi komisjami rządów polskiego i rosyjskiego. Otóż ja nie mam pojęcia, co prof. Kleiber sądzi na temat smoleńskiej katastrofy, choć, przyznaję, że z przyczyn czysto osobistych wolałbym wierzyć, że on ma na tyle zdrowego rozsądku, by wiedzieć, że tam doszło do zbrodni. Załóżmy jednak, że się mylę, i że Kleiber skłonny jest wierzyć w to, że tupolew, prowadzony przez bandę durniów, walnął skrzydłem w drzewo, uderzył w ziemię i rozpadł się na tysiące wymieszanych fragmentów żelastwa i ludzkich ciał, a dziś, kiedy zachęca do konfrontacji między stroną, nazwijmy ją umownie „rosyjską”, a polską, chce dojść do tej właśnie „prawdy”, co, jak wierzy, doprowadzi do publicznej zgody.
Otóż wydaje mi się, że jeśli mamy przyjąć tę wersję, to musimy też uznać, że prof. Kleiber jest skończonym idiotą. Skończonym w tym sensie, że większym nawet od red. Wrońskiego, czy byłego reżysera Kutza. Chodzi mi bowiem o to, że kiedy zarówno Wroński, czy Kutz uważają, że do żadnej debaty nie powinno dojść, to oni z pewnością wiedzą, co mówią. Oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że debata taka, zorganizowana oficjalnie, przy wykorzystaniu najbardziej nowoczesnych środków technicznych, gdzie nikt nie będzie się bawił jakimiś krzyżykami na Skype’ie, skończy się totalną klęską strony „rosyjskiej”. A to z tej prostej przyczyny, że jeśli skonfrontujemy prawdę z kłamstwem w warunkach nie skażonych jakąkolwiek manipulacją, prawda musi wygrać. A tu tymczasem, prof. Kleiber – wciąż zakładając, że mówimy o człowieku przekonanym o tym, że przyczyną smoleńskiego nieszczęścia była brzoza – szczerze wierzy, że ta konfrontacja przyniesie wynik taki, jakiego on się spodziewa? To w takiej sytuacji, czemu on nie poszedł do swoich kumpli z Komisji Millera i ich nie przekonał, żeby łapali okazję?
Ja jednak myślę, że prof. Kleiber wie, jak było naprawdę i dlatego dążył – tak bardzo ryzykując swoją karierę – do tej debaty. Bo liczył na to, że kiedy eksperci z komisji rządowej spotkają się z ekspertami od Macierewicza, ci drudzy im wszystko wytłumaczą i będzie git. No ale w takim razie, ja bym chciał wiedzieć, co takiego wie prof. Kleiber, jeśli w ogóle coś wie? Czy on wie, że 10 kwietnia 2010 roku doszło do zamachu? A skoro tak, to czy on wie też, że namawiając wszystkich tych, którzy stoją po stronie owych zamachowców, żeby zgodzili się na ten temat uczciwie podyskutować, on ich w rzeczywistości namawia do tego, by podpisali na siebie wyrok śmierci? Co prof. Kleiber musi mieć w głowie, żeby sobie wyobrażać, że w sytuacji, jaką dziś mamy, władza ową propozycję przyjmie?
Otóż ja myślę, że prof. Kleiber jest bardzo typowym przedstawicielem czegoś, co przywykło się nazywać „elitami intelektualnymi”. Chodzi o ludzi, którzy uważają, że realny świat to jest to, co oni mają w głowach, i tylko to. Że jeśli coś się dzieje nie tak, to wystarczy pogadać, i wszystko się natychmiast zmieni. A jeśli się zmieni, wszystko, co było wcześniej zostanie natychmiast i automatycznie unieważnione. On, jako porządny intelektualista, wie, że nawet najgorszy zbrodniarz został tym zbrodniarzem nie dlatego, że został opętany przez Zło, ale dlatego, że on sobie coś źle wymyślił, czegoś nie zauważył, i teraz wystarczy tylko mu na ów błąd zwrócić uwagę, żeby on zrozumiał i się opamiętał. A my mu wtedy wybaczymy każdy grzech, który uczynił, no bo wiadomo, że kto myśli, to nawet jeśli błądzi, to nie błądzi.
Ja wiem, że ta diagnoza dla prof. Kleibera musi być bardzo niesympatyczna. Pewnie bardziej jeszcze niż podejrzenie, że on jest zwyczajnie głupi. No ale tak to widzę, i nic na to nie mogę poradzić. Uważam, że prof. Kleiber wie, że był zamach, ale ta informacja jest dla niego, z intelektualnego punktu widzenia, równie istotna, jak ta, że ten, kto ów zamach sprokurował, nie chciał źle, ale tylko coś mu się pomyliło. I stąd to wszystko.
W tych dniach jednak doszła do nas wieść, że Michał Kleiber uznał, że ta walka o debatę jest jak psu na budę, i ogłosił, że się wycofuje. To dobrze. Przynajmniej nie będziemy musieli się żywić tą fikcją. Jak idzie jednak o samego Kleibera, obawiam się, że jemu już nic nie pomoże. Dla tych, których on chciał widzieć ludźmi takimi jak my, on już pozostanie na zawsze wrogiem. I oni mu tej prowokacji nie darują tak długo aż zobaczą, jak zdycha z głodu. I nie pomogą zapewnienia, że on chciał dobrze. Przed sobą będzie miał bowiem już zawsze ludzi, którzy nie wiedzą, co to znaczy „dobrze”.
Co znaczy „źle”, też zresztą nie.

Niezmiennie dziękuję wszystkim, którzy wspierają ten blog, szczególnie teraz, w tym martwym kompletnie czasie. Niedługo rozpoczniemy sprzedaż książki o zespołach, i mam nadzieję, że bardzo szybko uda się pokryć koszta wydania, a potem już stanąć na nogi na tyle, by tu wciąż nie jęczeć. Na razie jednak, bardzo proszę nie odchodzić.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...