Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Facebook. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Facebook. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 listopada 2022

Katar 2022, czyli czy George Floyd nosił tęczowe stringi?

 

       Oglądałem wprawdzie swego czasu dokument poświęcony owemu przekrętowi sprzed lat, który doprowadził do tego, że mistrzostwa świata w piłce nożnej odbyły się najpierw w Rosji, a dziś w Katarze, tak się jednak składa, że z tego co tam zostało powiedziane, zapamiętałem tylko to, że w ramach FIFA doszło do zmowy – jak rozumiem podpartej znacznymi sumami – wedle której naturalni wówczas kandydaci do organizacji mistrzostw, czyli Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, zostali z tego dealu wymiksowani. Dziś natomiast, kiedy oglądam codzienne relacje z owych mistrzostw, a jednocześnie wsłuchuję się we wszelkiego rodzaju komentarze, dochodzę do wniosku, że gdyby lata temu ludzie trzęsący światowym futbolem wiedzieli, że Putin w roku 2022, w powszechnym rozumieniu, zostanie uznany za wroga publicznego numer 1, a jedno z największych wydarzeń sportowych na świecie stanie się propagandowym biczem na ideologię LGBT, mistrzostwa odbywałyby się dziś w Londynie i okolicach, a my nie mielibyśmy o czym rozmawiać.

      Jest jednak jak jest, i w związku z tym cały tak zwany cywilizowany świat dowiedział się, że wszystkie jego obsesje i opakowane w nie interesy, nie mają żadnego znaczenia, gdy wszystko to rozbije się o pieniądze. Ów „cywilizowany świat”, w swojej najbardziej skrajnej tępocie, z miłości do pieniędzy właśnie, zorganizował te swoje mistrzostwa w Katarze i nagle się zorientował, że w ostatecznym rozrachunku został tylko z tym co mu szejkowie do spółki z Putinem jednorazowo wpłacili, a wszystko to na co liczyli przede wszystkim, mogą dziś sobie, pardon me french, o kant dupy potłuc.

       Wysłała FIFA drużyny piłkarskie na mistrzostwa świata w Katarze, wszystkie bardzo starannie pod względem ideologicznym przygotowane do występów, i nagle nie dość że się okazało, że o żadnej liberalnej demokracji mowy być nie może, nie dość że za choćby najdrobniejszy przejaw nieposłuszeństwa każda drużyna zostanie w bezwzględny sposób ukarana, to jeszcze ta sama FIFA zakomunikowała, że skoro tak nam wszystkim zależy na tolerancji, to powinniśmy uszanować wrażliwość tych, którzy naszą cywilizację mają w głębokiej pogardzie. W efekcie, ci którzy tak naprawdę dają twarz całemu temu przedsięwzięciu – z wyjątkiem tych idiotów Niemców – położyli uszy po sobie i ograniczyli swoje ambicje do tego, za co im się przede wszystkim płaci.

       No i można by było powiedzieć, że – nawet bez tych żałosnych tęczowych opasek, i diabli wiedzą jakich jeszcze prowokacji szykowanych przez ideologów LGBT – szafa gra, zwłaszcza że, jak wszystko na to wskazuje, mistrzostwa przebiegają bez zakłóceń, mecze są bardzo ciekawe i piłkarski świat się bawi, gdyby nie coś co przede wszystkim sprawiło, że w ógóle zabieram dziś głos. Otóż, proszę sobie wyobrazić, że ledwie co wczoraj znalazłem na Facebooku ostrzeżenie, że komentarz, do którego chcę zajrzeć, zawiera „treści kontrowersyjne”, a zamieszczone zdjęcie „może przedstawiać przemoc, lub drastyczne sceny”, w związku z czym, jeśli jestem nadal zainteresowany, mam wyrazić specjalną zgodę. Zgodę wyraziłem i oto moim oczom ukazało zdjęcie... dłoni trzymającej różaniec. Tyle. Kropka.

        Zadumałem się więc trochę nad polityką uprawianą przez kierownictwo Facebooka, ale przecież też przez całą tę część świata do której Facebook należy, a która, jak rozumiem, w pewnym momencie chciała się zaprzyjaźnić z takim państwem jak Katar, ale z owej przyjaźni wyszły przysłowiowe nici. Zadumałem się i nagle sobie pomyślałem, czy przypadkiem to co tu odstawili szefowie Facebooka, to nie jest dokładnie to samo, co robią katarscy szejkowie? Ale też wyobraziłem sobie, co by to było, gdyby z jakiegoś niewyobrażalnego powodu, któregoś sierpnia, mistrzostwa świata w piłce nożnej odbyły się w Polsce i polskie władze, wspólnie z Episkopatem Polski, zdecydowały że na każdym stadionie będzie umieszczony wizerunek Ukrzyżowanego Chrystusa, piłkarze będą występować w koszulkach z wizerunkiem Jasnogórskiej Pani, a w dodatku – bo to sierpień, a więc miesiąc trzeźwości – przez cały okres trwania mistrzostw będzie obowiązywał zakaz spożywania alkoholu. Mało tego. Co by to było, gdyby w tej nowej Polsce – domyślamy się oczywiście, że mówimy o Polsce nowej – nowe polskie media zostały zorganizowane w taki sposób, że każdy tekst, każda wypowiedź, wszelkie zdjęcia kwestionujące oficjalnie zatwierdzony porządek moralny, były zaopatrzone w ostrzeżenie, o którym wspomniałem nieco wcześniej? Gdyby ktoś z dowolnego powodu wrzucił do medialną przestrzeń zdjęcie dłoni z tęczową obrączką, a każdy zainteresowany, zanim mógłby ją zobaczyć, musiałby wyrazić specjalną chęć obejrzenia „drastycznych scen przemocy”, co byśmy wtedy powiedzieli? Czy taki świat by nam pasował? Nie sądzę.

       Natomiast wiele wskazuje, że ci, o których dziś tak bardzo myślę, są bardzo zadowoleni i jedyne co ich martwi to, że – czemu do cholery nikt ich nie uprzedził!!!??? – podczas przeżywanego dziś święta sportu, jedyne co im arabscy szejkowie pozwolili zrobić, to angielskim piłkarzom uklęknąć i prosić o przebaczenie za śmierć George’a Floyda, no i oczywiście kibicom Serbii drzeć mordę: "Rosja Krym, Serbia Kosowo!".





       

sobota, 17 października 2020

Czy Facebook zapowiada godzinę W?

 

       Jeśli chodzi o Lecha Wałęsę, to przynajmniej od czasu gdy on coś wspomniał o kosmitach, nie ma rzeczy, którą byłby mnie w stanie zaskoczyć. Mało tego, nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, że on coś powie, a ja poczuję choćby najmniejsze zdziwienie. Krótko mówiąc, z mojego punktu widzenia, Lech Wałęsa nie stanowi dla mnie choćby najmarniejszej zagadki. Wyobraźmy sobie na przykład, że on któregoś dnia na swoim facebookowym profilu napisze, że właśnie nawiązał kontakt z obcymi z Kosmosu i oto z nimi negocjuje kontrakt na zabicie Jarosława i Lecha Kaczyńskich – otóż ja nawet na milimetr nie uniosę brwi; nawet nie pomyślę, że o co chodzi z tym Lechem, który przecież od dawna nie żyje. Zwyczajnie przejdę nad tą wypowiedzią do porządku dziennego z tego powodu, że uważam Lecha Wałęsę za człowieka cierpiącego na ciężką psychozę, a ponieważ parę razy w życiu miałem okazję obserwować z bardzo bliska, jak ta choroba działa, gdy chodzi o niego akurat, zachowuję pełen spokój.

        Dlatego też wczorajsza informacja, która zrobiła w mediach pewną karierę, że Lech Wałęsa zadeklarował na Facebooku chęć zabicia „Kaczyńskich i ich kumpli”, przeszłaby przeze mnie niezauważona, gdyby nie to, że nagle zapragnąłem sprawdzić, w jaki sposób ona została przyjęta przez jego fanów i oto co zobaczyłem. Mamy więc oryginalny tekst apelu:

Zawsze ostrzegałem przed Kaczyńskimi i ich kumplami. Zawsze uważałem że prędzej czy później będzie tylko możliwość fizycznego ich usunięcia niezależnie od ceny. Jak będziecie przekonani, będę do dyspozycji”,

a pod spodem to:

Arkadiusz Śliwa: Nie ma na co czekać Panie prezydencie. Proszę powiedzieć co robić??

Mateusz Kozłowski: Jestem chętny bo nie mogę oglądać już jak niszczą nasz kraj.

Andrzej Nowik: Chyba już dojrzewamy do tego wszyscy, Kaczyński sam władzy nie odda...im dłużej będzie trwał u żłoba wraz z jego skołowani [?] tym bardziej będzie okopany...do dzieła!

Agata Książkiewicz: Nie ma na co czekać! Już i tak jest zbyt późno.

Katarzyna Opala: Znaczy się polowanie na kaczkę czas zacząć.

Elzbieta Langer: Czas najwyższy, czekamy na ruch noblisty!!!!

Artur Kucharczyk: Zwarty i gotowy do godziny W. Pozdrawiam Pana Prezydenta.

Renata Rams: Proszę Pana, dziękuje za te słowa. Nie ma czasu...

Tomasz Młynarczyk: Sam kaczy kuper mówił że odda władze jak go ubiją.

Artur Kuhn: Idę razem z Panem...

Krzysztof Zawada: Fizyczne usunięcie czyli za włosy i do pisuaru?

George Dramowicz: Jestem w 100% przekonany. Czekam na wynik... i powodzenia.

Wieslaw Grykien: Ja już jestem gotowy. Jeżeliby mnie było stać na samouzbrojenie się to już bym leżał na jakimś dachu.

Joanna Marek Lewandowscy: Chciałbym zobaczyć jak Karakan wpierdol obskakuje.

Jerzy Edward Baka: Czy Pan Prezydent teraz zajmuje się mokrą robotą? Zrzucimy się ile trzeba.

Danuta Reguła: Służę wsparciem panie Prezydencie.

Krystyna Jurczak: Trzymam kciuki. Czekamy na decyzję.

Henryk Torucki: Ja również dziękuje za gotowość. Jak coś to tylko dać znać, bardzo chętnie pomogę.

Paweł Jakubowski: Czekam na to z niecierpliwością!

Dominik Beer: Możemy się na hitmana zrzucić.

Agnieszka Szulga: Brawo, Panie Prezydencie! Jechać z nimi!!!!

Zbigniew Staniak: I ja pomogę.

Dorota Witkowska: Lechu! Snajper! 

Robert Kaczynski: Trzeba coś zrobić.

Patryk Fierka: Jazda z z kurwami.

Sebastian D-nn: Naturalne, że dyktatorów lud usuwa siłą. Haniebni to są oni sami. Chamstwo, świry i bezmózgi u władzy. Raka usuwa się fizycznie.

Damian Budziosz: Leszek Ty już jesteś bohater. A przed Tobą szansa by stać się naszym wybawcą, naszym Bogiem. Prosimy rozstrzelaj tego małego śmierdziela, patrząc mu prosto w te kacze, zawistne ślepia.

 ***

        Ktoś powie, ze to wszystko są ludzie niemal tak samo zaburzeni jak Wałęsa, więc jest całkiem prawdopdoobne, że on nawet nie mają świadomości, że tu chodzi o zabójstwo. I to jest oczywiście możliwe, choć szczerze powiedziawszy, wątpię. Przejrzałem troszeczkę opisy niektórych z nich i większość to osoby w najmniejszym stopniu nie rzucające się w oczy: dyrektorka szkoły, Centrum Nauki i Biznesu, Associate w SQA Services, Inc., Driver-delivery w G&M Tasty Trading, kierownik w Spaw-Mar Szydłowski Mariusz... to ten od strzelania w kacze ślepia. Nie bardzo więc potrafię sobie wyobrazić, że to jest jakaś kolonia wariatów. Ale załóżmy, że się mylę, to są autentyczne świry. Nawet jeśli jednak, to owszem, jest też możliwe, że wśród nich są i tacy – niechby i nawet było ich zaledwie paru – którzy wcale nie żartują i są gotowi na, jak to wspomniał ich mistrz, zapłacenie każdej ceny. Niechby tam był choćby tylko jeden taki chętny. Oto na przykład w pewnym momencie pojawia się komentarz kogoś podpisanego jako Paweł Śmiałek i zawiera tylko jedno słowo: „priv”, co jak rozumiem, oznacza, że on ma Lechowi Wałęsie do przekazania wiadomość prywatną. A ja się zastanawiam, cóż to za wiadomość. Czy może chodzi tu o to, by mu wytłumaczyć, że powinien się opamiętać, że to co robi jest złe? Nie wydaje mi się. Do tego mu prywatny kontakt z Wałęsą nie jest potrzebny. Zaglądam na profil owego Śmiałka i widzę coś takiego:

 


       

Przyznaję, że od czasu jak trafiłem na niesławną „Krainę Grzybów”, czegoś równie mocnego nie widziałem. Więc jeszcze raz: ciekawe, co on ma Lechowi Wałęsie w kwestii jego wczorajszego wpisu do powiedzenia?

piątek, 8 listopada 2019

Trus me - god


         Dziś w celach ściśle wypoczynkowych wyjeżdżamy na cztery dni do Gdyni i choć początkowo myślałem, by dać Czytelnikom od siebie odpocząć, tak się jednak stało, że moje dziecka znalazło na Facebooku pewną zupełnie niezwykłą historię zaanonsowaną przez administratorów następującymi słowami:

         Ten film może przedstawiać przemoc wobec dziecka lub osoby nastoletniej. Nie usunęliśmy go z Facebooka, ponieważ może pomóc w uratowaniu tego dziecka. Aby dowiedzieć się, co możesz zrobić aby udzielić pomocy, lub ją uzyskać, przejdź do centrum pomocy”.

        A obok odpowiedni guziczek dla osób wrażliwszych.
        Oczywiście nie muszę zapewniać, że gdyby ten komunikat był pierwszą rzeczą, jakiej się w opisanej sytuacji dowiedzieliśmy, raczej byśmy tę stronę zamknęli i poszli się bawić gdzie indziej, jednak tak się składa, że na ów komunikat trafiliśmy już z pewną wiedzą, a ja dziś ową wiedzą pragnę się podzielić. Otóż chodzi o to, że w styczniu 2017 roku 6-letnia córeczka pewnych Rachel i Levi’ego Devine, o imieniu Kinnady zachorowała na bakteryjne zapalenie opon mózgowych i trafiła do szpitala w stanie krytycznym.  Ani rodzice dziewczynki, ani tym bardziej ona sama nie byli w żadnej mierze osobami religijnymi, natomiast znajomy rodziny opublikował na Facebooku apel do  wszystkich osób, które mogłyby ewentualnie go przeczytać, o modlitwę. Jak wyglądały te modlitwy, nie wiemy i wiedzieć nie możemy, rzecz jednak w tym, że z tego, co pisząc ten tekst coraz mocniej i głośniej słyszę, wedle wszelkich dostępnych relacji, w pewnym momencie dziewczynka zmarła, by po chwili, całkowicie już zdrowa, powrócić.

        I w tym momencie pojawia się film, który można znaleźć dziś w wielu miejscach Sieci, a który Facebook łaskawie, mimo podejrzeń, że może on przedstawiać „sceny przemocy wobec dziecka” zgodził się udostępnić. Zanim go tu pokażę, małe wyjaśnienie dla tych z nas, którzy, jak sądzę, już krzyczą: „Cóż to za ludzie, ci rodzice, którzy w chwili gdy ich dziecko umiera znajdują czas i siły na to, by tę scenę nagrywać?” Otóż, jak się dowiaduję,  to co widzimy na filmie to sceny zamykające cały proces. To co widzimy, to sceny, które rodzice zdecydowali się zarejestrować dopiero wtedy, gdy zorientowali się na dobre, co się dzieje. Zanim doszło do tego, co oglądamy, minęła godzina bez żadnych telefonów, żadnych kamer, żadnego szukania sensacji. Te blisko 14 minut to relacja z powrotu, jakiego, na ile się orientuję, świat nie widział. Popatrzmy na to co się tam odbywa, a jeśli ktoś jest zainteresowany, to nie musi nawet zaglądać do Facebooka i czytać te tysiące komentarzy, zwłaszcza że oni w każdej chwili mogą jednak dojść do wniosku, że owej „przemocy” nowoczesny świat tolerować nie może. Informacje na temat Kinnady Devine można znaleźć w Internecie gdzie bądź. A tymczasem już sam film:




      I jeszcze wiadomość na koniec:





sobota, 6 lipca 2019

Czy Mark Zuckerberg wie o tym blogu i po co mu ta wiedza?


Dziś zapraszam wszystkich do czytania „Warszawskiej Gazety”, a w niej oczywiście mojego cotygodniowego felietonu. Dla tych, co dysponują wyłącznie kioskami „Ruchu” przedstawiam - nieco zmieniony - tekst najnowszy o biznesie pewnego Zuckerberga.     



      Z Facebooka korzystam od 10 już lat, z jedną dłuższą przerwą. A było tak, że któregoś dnia, uznając, że nie wolno pozostawać w tyle, otworzyłem tam konto i niemal natychmiast...  zostałem pozbawiony środków do życia. Czemu tak? Sprawę zupełnie w innym miejscu zgrabnie bardzo naświetlił sam minister Sikorski, wyjaśniając po żołniersku, że czasy są takie, że jeśli ktoś chce się zaprezentować, nie musi pisać ani CV, ani listu motywacyjnego, ani też iść na tak zwane interview – wystarczy Facebook. W moim przypadku wystarczył.

      Po pewnym czasie, kiedy odbudowałem już zawodową pozycję, a terror pod nazwą „Ciepła Woda w Kranie” nieco osłabł, wróciłem tam i jakoś sobie radzę. Jest jednak tak, że moje dziecko – ostatnie, które tu wciąż z nami mieszka – wciąż mi dokucza, że jako człowiek starej daty, nie potrafię korzystać ze współczesnych narzędzi komunikacji, a mi jedyne co pozostaje, to trzymać fason.

      Proszę więc sobie wyobrazić, że kilka lat temu otrzymałem na wspomnianym Facebooku informację, że niejaki Z. „zaakceptował moje zaproszenie do znajomych”. Ponieważ ja o istnieniu owego Z. nie miałem bladego pojęcia, a już z całą pewnością do głowy by mi nie przyszło, by go zapraszać do znajomych, zdziwiłem się i poprosiłem o radę moje dzieci. One, natychmiast mi wyjaśniły że ja „musiałem” owego Z. zaprosić, bo „nie ma takiej możliwości”, by ktoś otrzymał ode mnie zaproszenie, bez mojego w tym udziału. Facebook bowiem tak nie działa.

      I oto ciekawostka. Otóż mam od niedawna ucznia, który zarówno Facebooka, jak i Twittera, jak i wszystko to co jest nam wciskane w Internecie, uparcie lekceważy. Stało się jednak tak, że jeszcze dawno temu jeden z jego kolegów wyjechał z Polski i na pamiątkę zostawił mu hasło do swojego konta na Facebooku. Nie po to, by ten mógł sobie tam towarzysko używać, ale by ewentualnie od czasu do czasu mógł tam zajrzeć i zobaczyć, co słychać. Uczeń mój z owym kontem – powtórzę, że nie swoim – skromnie jakoś żył i oto właśnie mi opowiedział, jak to parę lat temu na profilu jego kolegi – owszem, mówimy o naszym Z. – pojawiła się informacja, że ten otrzymał zaproszenie do znajomych od Krzysztofa Osiejuka. Zdziwił się niezmiernie, no bo mnie znał tylko stąd, że czytał mój blog, ja o jego, a tym bardziej jego kolegi istnieniu wiedzieć nie mogłem, no ale „zaproszenie” przyjął, a ja oczywiście dostałem wiadomość, że niejaki Z. zaakceptował coś czego nie było i być nie mogło.

      Co z tego dziś wiem? Jedno: Facebook ma na nas oko i to oko z każdym dniem coraz bardziej czujne. Czy mi to przeszkadza? Ani trochę. Gdy chodzi o mnie, niech się idą, przepraszam za słowo, dymać. Natomiast uważam, że nie zaszkodzi wiedzieć, jak daleko oni zaszli. I stąd dzisiejszy tekst.


Moje książki są jak zawsze dostępne w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl oraz – częściowo – też tu u mnie, na miejscu. Zainteresowanych czytelników zapraszam do wysyłania maili na adres k.osiejuk@gmail.com.



       


wtorek, 18 czerwca 2019

Żydzi vs. Goje - remis ze wskazaniem


       Może niektórzy z nas pamiętają jak parę lat temu wspomniałem tu o pewnym placu przy ulicy Mickiewicza w Katowicach, na którym dawno, dawno temu stała wielka, przepiękna żydowska synagoga, a po tym jak ją Niemcy zrównali z ziemią i minęły kolejne długie lata, najpierw postawiono tam skromną tablicę upamiętniającą ową ponurą historię, a następnie zabudowano prowizorycznymi, śmierdzącymi budami, w których ruszyła sprzedaż tanich majtek, klapek, dresowych spodni, bluzek, biustonoszy i tego wszystkiego, czym się handluje w tego typu przybytkach. Czemu przyszło mi wtedy do głowy o tym ponurym targowisku w ogóle pisać? Otóż tak się zdarzyło, że przechodziłem tam, próbując się między tymi budami przedrzeć do przylegającego do owego placu ośrodka zdrowia i nagle trafiłem na wspomnianą tablicę... pomazaną swastykami oraz napisami w rodzaju „żydzi do gazu”. Wróciłem do domu, wziąłem twardą szczotkę, szmatę, jakiś płyn i na zaciekawionych oczach tych wszystkich bab, tablicę z tego gówna obmyłem.

      Później jednak zadałem sobie pytanie, jak to jest, że to akurat ja, a więc ktoś kto do spraw żydowskich ma stosunek w najlepszym wypadku obojętny, musiał się zatroszczyć o te malowidła. Ale mało tego. Pomyślałem też sobie od razu, że jak to jest, że ci, którzy, wydawałoby się, powinni być znacznie bardziej zainteresowani losami tego niezwykłego miejsca, w odróżnieniu ode mnie zdają się mieć kompletnie w nosie, co się tam dzieje.

      I tu przechodzimy do czasów jak najbardziej teraźniejszych. Otóż jest tak, że na Facebooku, gdzie jestem dość aktywny, czynna jest strona o nazwie „Śląsk jest śliczny”, którą jeszcze chwilę temu z pewną przyjemnością odwiedzałem. Co się tam dzieje? Dwie rzeczy mianowicie, czyli wrzucane są albo zdjęcia i komentarze dowodzące, jak rzeczywiście piękny jest Śląsk, albo sugerujące, że Śląsk, owszem, może być piękny, jednak tylko po warunkiem, że władzę przejmą tu szczerzy Ślązacy, najlepiej pod politycznym kierunkiem wytyczonym przez lokalną „Gazetę Wyborczą”, bo jak dotychczas region przynosi sobie wyłącznie wstyd. I oto parę dni temu pewien komentator zwrócił uwagę na fakt, że żydowski cmentarz na ulicy Kozielskiej jest dramatycznie zaniedbany i wyraził pretensje do władz miasta, że nic z tym nie robiąc, winne są zdrady żydowskiej pamięci. Napisałem więc komentarz, w którym zauważyłem, że żydowski cmentarz na ulicy Kozielskiej, jak długo sięgam pamięcią, zawsze był w ruinie, że za ową ruinę w najmniejszym stopniu są odpowiedzialne władze miasta i że skoro się zgadało, to proponowałbym, żeby się zastanowić, kto jest winien temu, że tak zwany Plac Synagogi przy ulicy Mickiewicza został przekształcony w brudne i śmierdzące targowisko, pochłaniający tę smutną pamiątkową płytę tak skutecznie, że nawet pies z kulawą nogą się nią nie zainteresuje. W tym momencie pojawił się człowiek nazwiskiem Piotr Fuglewicz, jak się już niedługo miało okazać, strony „Śląsk jest śliczny” administrator i nadzwyczaj przenikliwie zwrócił mi uwagę na fakt, że właścicielem placu nie jest Gmina Żydowska, lecz jakiś miejscowy restaurator, któremu Gmina ów teren sprzedała, bo bardzo potrzebowała pieniędzy. Kiedy ja na te wyjaśnienia odpowiedziałem, że widocznie Gminie bardziej niż na upamiętnieniu Pogromu zależało na postawieniu tych bud, zostałem poinformowany, że za szerzenie „antysemickich bredni” otrzymuję karnego tygodniowego bana. I w rzeczy samej owego bana otrzymałem.

      O co chodzi? Oczywiście nie o bana. Ów tygodniowy „jeżyk” na stronie „Śląsk jest śliczny”, jeśli mnie w ogóle obchodzi, to tylko ze względu na ową formę kary, tak w gruncie rzeczy zabawnej, a dla Fuglewicza będącej najwyraźniej powodem do osobistej dumy. To czy mi ten wesołek zakaże komentować na swojej stronie na Facebooku przez tydzień, pół roku, czy na zawsze, ja mam głęboko w nosie, natomiast chodzi mi po głowie inna, dość szczególna, refleksja. Otóż ledwie co wczoraj zamieściłem tu swój tekst z ostatniej „Warszawskiej Gazety”, w którym zbeształem tych wszystkich durniów, którzy nie są w stanie skomentować piłkarskiego meczu Polska – Izrael bez odwoływania się do swoich antysemickich emocji. Ludzi, którzy gdy słyszą, że Polska będzie grała w piłkę z Izraelem, natychmiast zaczynają wpadać w całą sekwencję idiotycznych szyderstw, z których przewodnim hasłem jest „lać Żydów”. Ludzi wreszcie zwyczajnie głupich. Zwyczajnie, zwyczajnie głupich. Dziś zatem chciałem wszystkich tych, którzy się moim wczorajszym tekstem poczuli urażeni, pocieszyć, że nie są sami. Po drugiej stronie mamy bowiem dokładnie to samo szaleństwo, to samo opętanie i dokładnie ten sam fundamentalizm, by nie powiedzieć najbardziej prymitywny ultracyzm. Nibyśmy to już wcześniej przerabiali, ale przynajmniej ja miałem właśnie przyjemność poczuć to szczególnie mocno.





niedziela, 3 marca 2019

Za co Instytut Lecha Wałęsy nienawidzi papieża Franciszka


     Wczorajszy dzień przyniósł nam dwie nadzwyczaj interesujące informacje. Pierwsza z nich jest taka, że dni francuskiego prezydenta Macrona są policzone, jako że minął właśnie kolejny dzień protestów tak zwanych „żółtych kamizelek”, gdzie na ulice Paryża wyległo niemal 5 tysięcy osób. Jednocześnie usłyszeliśmy, że w tym samym czasie w Mediolanie przez miasto przeszła dwustutysięczna demonstracja antyrasistowska, a ja z tego rozumiem, że chodzi przede wszystkim o imigrantów i ich cieżki los w świecie między innymi żółtych kamizelek.

      W tej zatem sytuacji, jak postanowiłem dziś zrezygnować z tarzania się w świecie absurdu i zająć się konkretami. A konkrety są nadzwyczaj konkretne. Ja wiem, że większość stałych czytelników tego bloga korzysta z Internetu w stopniu umiarkowanym, tym bardziej jednak czuję się w obowiązku poinformować, co w trawie piszczy. Otóż proszę sobie wyobrazić, że w ostatnich dniach przeleciała przez owo medium fala szyderstwa pod adresem aktorki Krystyny Jandy z tego oto powodu, że ta, po raz kolejny zresztą, wrzuciła do Sieci kompletnie fejkowy mem, z rzekomym cytatem z prezydenta Dudy, gdzie ten ma mówić, że emigranci to zdrajcy polskiego narodu, dla których nie ma miejsca w Polsce, licząc na to, że dzięki temu przyłoży rękę do ostatecznego pogrążenia rządów Prawa i Sprawiedliwości, a tym samym do odzyskania głównie finansowych wpływów, jakie utraciła  w momencie, gdy nadszedł kryzys roku 2015.

       I oto, proszę sobie wyobrazić, w tym momencie tytuł idioty roku został aktorce Jandzie odebrany przez samego przewodniczącego Wałęsę, który na swoim facebookowym profilu opublikował zdjęcie papieża Franciszka, oraz następujący „cytat”:

      Papież Franciszek mówi dość polskim biskupom i polskiemu Kościołowi. Nie jest rolą polskiego Kościoła bogactwo i uprawianie polityki. Kościół Polski musi być z wiernymi i rozliczyć ogrom pedofilii w polskim Kościele. Media toruńskie są zaprzeczeniem chrześcijaństwa”.

      Oczywiście nigdy nie dojdziemy do tego, by się dowiedzieć, kto jako pierwszy wrzucił to coś do Internetu, jednak dziś, w moim odczuciu, jest to kompletnie nieważne, bo znacznie ciekawsze jest przyjrzenie się reakcjom na ów wpis pana przewodniczącego. Zanim jednak przejdę do rzeczy, chciałbym nieco przybliżyć ów facebookowy portal Lecha Wałęsy. Otóż on tam wrzuca swoje komentarze wręcz kilkanaście razy dziennie, na co otrzymuje dziesiątki komentarzy ze strony swoich fanów, których stanu psychicznego do dziś nie udało mi się ustalić. Był moment, kiedy uznałem, że to wszystko są osoby wynajęte i opłacone przez Instytut Lecha Wałęsy i owa myśl, owszem, była mi bliska... do czasu, gdy zobaczyłem, co się dzieje pod tekstem o Franciszku i jego rzekomej krytyce polskiego Kościoła i nie mogłem nie pomyśleć, że ludzie, z których refleksjami się właśnie zapoznaję, to muszą być dokładnie ci sami fani Przewodniczącego, którzy są tam obecni dzień w dzień, od rana do nocy, przez okrągły rok.

      Proszę sobie wyobrazić, że obok kilku komentarzy popierających Lecha za to, że zwrócił on uwagę na mądre słowa Franciszka, zdecydowana większość stanowi gnojenie Papieża, „tego starego pedofila”, za jego rzekome zakłamanie. Popatrzmy na niektóre z nich:

      To jest lipa, bo niczego takiego nie powiedział i nigdy nie powie, ponieważ sam stoi na czele tego pedofilskiego burdelu”.

      Bzdury ktoś napisał i wszyscy wierzą. Papież Franciszek nigdy tego nie powiedział. On jest jednym z najgorszych satanistów w Watykanie. Ukrywał pedofilów, bo był jednym z nich”.

      O czym on pierdoli, sam niech lepiej uprzątnie wokół siebie, a później niech poucza innych! Pedofile między księżmi to plaga. Jak zacznie się zamykać księży w więzieniach to ta instytucja upadnie”.

      Pierdol bąka niech ci brzdąka. Rolą kościoła jest skubanie otumanionych wiernych z każdej możliwej do oskubania złotówki”.

      E tam. Pierdy. Gdyby nie chcieli Rydzyka to by go wywalili z kościoła”.

      Ocieplenie wizerunku? Jak szef szefów nie może wpłynąć na media w Polsce?

     Ktoś mnie spyta, po ciężką cholerę  przede wszystkim ja znów zajmuję się tym nieszczęśnikiem, a w dodatku jeszcze publikuję jakieś półprzytomne komentarze jego fanów. Otóż odpowiedź jest prosta. Pomyślałem sobie oto, że nic nie zaszkodzi, jeśli zwrócił uwagę na to, kto tak naprawdę stoi po tamtej stronie. Kto to taki, czepiając się kurczowo mitu Lecha Wałęsy, jednocześnie z tak nieprawdopodobną zaciekłością walczy o to, by – jak to pięknie określiła nasza wybitna artystka kina, Agnieszka Holland – było jak było. To są własnie tak naprawdę tacy ludzie. I cokolwiek by oni jeszcze nie powiedzieli, w jakim towarzystwie by się nagle nie pokazali, jakiejkolwiek pięknej idei by nie poparli, oni zawsze pozostaną tym, czym są od początku.

        Ale jest jeszcze coś. W moim przekonaniu, to właśnie oni stanowią trzon projektu, z którym od dłuższego już czasu musimy się tak męczyć. Schetyna to ledwie pionek w ich grze.


Zapraszam wszystkich do księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia także i moje książki.
 


piątek, 6 lipca 2018

Gabrielowi z przyjaźnią: Catfish, sum, czyli lipa


      Od czasu gdy mój kumpel Gabriel zarzucił mi, że ja tu dzień w dzień wrzucam stare felietony z „Warszawskiej Gazety” upłynęło już trochę czasu, jednak ja, przyznaję, wciąż jestem nadzwyczaj uważny, by dotrzymywać zamówionego terminu pod tytułem „przynajmniej jeden świeży tekst tygodniowo”. A dziś, ponieważ policzyłem bardzo starannie, że ostatnie trzy dni to teksty jak najbardziej świeże, zdecydowałem się zaryzykować i wkleić tu drobny fragment notki sprzed siedmiu już lat, traktujący jednak o czymś, co mnie ostatnio okropnie martwi, gdy idzie o to nasze blogowanie, które często nie stanowi forum wolnej dyskusji, ale perfidny atak, którego zamierzeniem jest doprowadzenie do stanu, gdzie to wszystko zdechnie i przestanie istnieć. Ja oczywiście wiem, że on nie znosi pouczania, jednak i ze względu na swój wiek, jak i naszą wspólną historię, sięgającą roku 2009, chciałbym zadedykować Gabrielowi właśnie ów krótki fragment tekstu sprzed lat:



      Widziałem niedawno bardzo ciekawy film. Niektórzy twierdzą, że to tzw. „fake documentary”. A więc prowokacja. Otóż nie. Wszystko wskazuje, że to jest szczera prawda. Tak się zdarzyło. Tak było. Za tym stali prawdziwi ludzie. Film nazywa się „Catfish” i opisuje historię pewnego internetowego teatru, na który codziennie jesteśmy narażeni wszyscy. Włącznie z nami tutaj. Otóż pewien młody fotograf Nev Schulman mieszka sobie ze swoim bratem Arielem i kolegą Henry Joostem w Nowym Jorkui pewnego dnia otrzymuje niezwykłą przesyłkę. Oto ośmioletnia, mieszkająca gdzieś na wsi w stanie Michigan, dziewczynka, nazwiskiem Abbie Pierce, znalazła gdzieś jedno z jego zdjęć, na podstawie tego zdjęcia namalowała przepiękny obraz i postanowiła mu go sprezentować. Wkrótce fotograf i dziecko stają się przyjaciółmi z Facebooka, a jeszcze po chwili owa facebookowa przyjaźń rozszerza się o mamę dziewczynki, Angelę, i jej starszą przyrodnią siostrę – prześliczną piosenkarkę i tancerkę o imieniu Megan. Megan przysyła fotografowi swoje piosenki, tamta młodsza – swoje obrazy, przyjaźń rodzinna kwitnie, a między Nevem i Megan nawiązuje się nieunikniony romans. W pewnym momencie Nev zauważa jednak, że są pewne rzeczy – a liczba ich rośnie z każdym dniem – które stawiają całą historię w bardzo niepewnym świetle, a więc Megan nie jest piosenkarką, to dziecko nie jest malarką, a co do mamy – to w ogóle nic już nie wiadomo. No i tu się tak naprawdę rozpoczyna film. Cała trójka zaopatruje się w maleńkie mikrofony, jeszcze mniejsze kamery, wsiada w samochód, i wyrusza na spotkanie nieznanego. No i na miejscu okazuje się, że, owszem, jest jakieś dziecko, które jednak wygląda, jakby nie było w stanie odezwać się do kogoś obcego, jakiś dwóch chłopców z ciężkim umysłowym upośledzeniem, mąż owej Angeli, który robi wrażenie, jakby nigdy nie miał nic do gadania, a jak idzie o Megan – to do końca nie wiadomo, czy ona gdzieś jest, czy jej nie ma. Jedno co wiadomo na pewno, to to, że Angela wszystko osobiście wymyśliła, osobiście malowała te obrazy, osobiście ściągała te piosenki gdzieś z Internetu i osobiście założyła trzy czy cztery konta na Facebooku, by robić wrażenie tej niezwykłej rodziny. Dlaczego? Bo była samotna, nieszczęśliwa i spragniona przygód.

     Ktoś mi powie, że to nic takiego. Internet jest pełen takich historii. A kto wie, czy to miejsce, na którym my się spotykamy, o podobnych przedstawieniach czegoś też nie ma nam do powiedzenia? Może. Kto wie? Jednak przyszedł mi ten film do głowy i chciałbym, byście wiedzieli, że mam z nim pewien kłopot. Zwłaszcza wtedy, gdy niektórzy mają do mnie pretensję o to, że bywam tu niegrzeczny, czy mało wyrozumiały.


Książki są natomiast jak najbardziej prawdziwe, a kupić je można tu u mnie pod adresem k.osiejuk@gmail.com, ale też w warszawskim sklepie Foto-Mag, no ale przede wszystkim w naszej księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl.



wtorek, 22 sierpnia 2017

Z kamerą wśród zwierząt, czyli ostatni taki rechot

         Wiele lat upłynęło już od tamtych refleksji, ale ja wciąż pamiętam, jak jeszcze zanim wszystko się zmieniło, „Gazeta Wyborcza” zapowiedziała wizytę prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Bielsku-Białej i pod ową zapowiedzią wylał się hejt, jakiego świat wcześniej nie widział i już pewnie nie zobaczy. Opisałem to na blogu, powtórzyłem w jednej z książek, a dziś myślę sobie, że dziś sytuacja jest o tyle inna, że, przy zachowaniu oczywiście pewnych proporcji, owa nienawiść przeszła z polityków na ludzi, którzy zwyczajnie zawiedli. Przed pięcioma, sześcioma, czy dziesięcioma laty, ludzie. Z pewnymi znanymi wyjątkami, byli właściwie w porządku, zawodzili jedynie politycy. Dziś politycy sa tacy, jacy są, natomiast raz po raz się okazuje, że ludziom zdecydowanie należy powiedzieć parę słów brutalnej prawdy.

      Oto gdzież na Facebooku ukazał się fotoreportaż z Władysławowa, który, powtarzając tezy znane z przekazu choćby „Newseeka”, pewnie by nawet nas ani szczególnie nie zaskakiwał, ani tym bardziej nie zmuszał do refleksji, gdyby nie setki komentarzy zamieszczonych pod owymi zdjęciami, które wręcz idealnie pokazują stan umysłów tej dziś już zdecydowanej garstki obywateli rozczarowanych sposobem, w jaki rozwinęła się w naszym kraju społeczna, a konsekwentnie i polityczna sytuacja.  

      Stało się mianowicie tak, że na wspomnianym Facebooku ukazał się ów fotoreportaż, sygnowany przez niejakiego – warto jednak, choćby dlatego, że z ilości komentarzy wynika, że to jest jednak nie byle kto, przywołać to nazwisko – Pawła Czarneckiego, gdzie widzimy opalające się na plaży we Władysławowie rodziny, zwykłe rodziny, nie robiące nic szczególnego, dobrane jednak w taki sposób, że kobiety często są grube i brzydkie, mężczyźni na ogół grubi, spoceni i owłosieni, a wszystko to funkcjonuje pod tytułem „Morze parawanów”, czy jakoś tak. I tak naprawdę, jak mówię, wcale nie chodzi o tę nieznośną już propagandę, ani tym bardziej o tego biednego idiotę, którego ona tak bardzo zafascynowała, że postanowił wziąć aparat, pojechać aż do Władysławowa i to wszystko, czego się wcześniej dowiedział z mediów, zapisać, ale wspomnaine setki komentarzy, jakie pod wspomnianymi zdjęciami ukazały.

     Powtórzmy może. Oto mamy zdjęcia opalających się na plaży ludzi, zwykłych ludzi, spedzających czas na plaży tak, jak to ma miejsce w dzisiątkach miejsc na świecie, tyle że wedle znanych nam z kolorowych pism standardów, ludzi nudnych i bylejakich, a pod tymi zdjęciami już tylko tak zwana beka. Popatrzmy może:

      „Świetne zdjęcia, myślę że powinny się ukazać także w formie papierowej!”

      „Mówiłem, że tam same cebule chodzą”

      „Mega robota!”

      „Boska galeria”

      „Januszolandia”

      „Grube spaślaki”

      „Fotki mega, pokazują tylko jak Polacy zachowują się , izolują podczas urlopu. Bravo !!!! Na szczęście za chwilę koniec miesiąca i cały brud/ścierwo wróci do swoich prywatnych betonowych parawanów”

      „Typowy Janusz wakacji. ‘Grażyna zrób mnie to zdjęcie tej baby w kostiumie, no i tego gościa w maytasach, jak na wsi pokaże to wszystkim gały wyjdą!’ (Nie obrażając wsi!)”

      „Polska tandetą stoi”

      „No mam wrażenie, że wiocha coraz większa...”

     „Fenomenalne zdjęcia! Polska rzeczywistość”

      I tak dalej, i tak dalej, w tym samym nastroju.

      Jestem pewien, że nie byłoby najmniejszego sensu, byśmy się dziś zajmowali tym biednym durniem Czarneckim, jego zdjęciami, oraz tymi smutnymi komentarzami, nawet jeśli zauważymy, że popularność tej wrzutki przekracza wszelkie znane nam standardy, gdyby nie jedna, a może dwie, moim zdaniem, ciekawe refleksje. Pierwsza z nich związana jest z moim wczorajszym tekstem o tatuażach. Otóż, o ile czegoś nie przegapiłam, wśród osób przedstawionych na zdjęciach jest zaledwie jedna kobieta z tatuażem, tyle że nie jest to ani smok, ani diabeł, ani nawet twarz jej chłopaka, ale polski orzeł w koronie. Głupio i bezmyślnie? Pewnie. Niemniej jednak to nie tatuaż, ale ów orzeł właśnie wywałał taką kupę śmiechu. Druga rzecz, to ta, że po tych wszystkich latach, gdy przedstawieni na opisywanych zdjęciach ludzie znajdowali się w pozornie ostatecznym odwrocie, zmieniło się nie tylko to, że oni nagle podnieśli głowy i zaczęli mówić własnym głosem. Rzecz w tym, i to jest coś naprawdę ważnego, że ci wszyscy, którzy dotychczas żyli w poczuciu wiecznej wygranej, stracili to co ich tak fantastycznie napędzało choćby we wspomnianych przez nas wcześniej dniach, gdy prezydent Kaczyński planował odwiedzić Bielsko-Białą. Gdy czytam komentarze pod zdjęciami wypoczywających nad polskim morzem ludzi, widzę oczywiście tę pogardę, to szyderstwo, słyszę ten rechot, natomiast z całą pewnością nie widać jużw tym wszystkim tego, co ich wszystkich w tamtych czasach utrzymywało w pozycji wyprostowanej, a mianowicie owego życzenia śmierci. Śmierć już była i najwyraźniej nic nie dała. Pozostaje więc już tylko ów głupkowaty rechot. W dodatku – co też już zauważyliśmy – skierowany pod adresem nie polityków, bo oni są najwidoczniej zbyt mocni, by to plucie zauważyć, ale ludzi, zwykłych ludzi. Tyle że o tym, jak bardzo i oni są mocni, tym baranom przyjdzie się dopiero przekonać.


Zapraszam wszystkich niezmiennie do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia książki najlepsze. Naprawdę najlepsze.




czwartek, 11 lutego 2016

Czy rząd Prawa i Sprawiedliwości ukradł nam pilota od Fejsa

W ramach znanej nam akcji donoszenia na Polskę do Niemców i nurzania w błocie jej reputacji, zgłosili się kolejni chętni i załatwili w Parlamencie Europejskim, by tym razem tak zwana Komisja Wenecka, skoro już się zainteresowała sprawą Trybunału Konstytucyjnego, zajęła się również kwestią oto co znowelizowanej ustawy o policji. Chodzi o to, że, jak nas informują między innymi działacze KOD-u, Amnesty International, Komitetu Helsińskiego i diabli wiedzą, kto jeszcze, wedle nowych przepisów, służby specjalne Prawa i Sprawiedliwości będą mogły bezkarnie nas wszystkich śledzić i w ten sposób gwałcić naszą prywatność. Dotychczas byliśmy bezpieczni, jak u mamy, jednak teraz to się wszystko skończy i nikt z nas nie będzie znał dnia ni godziny. Logujemy się do Internetu, a prezes Kaczyński z ministrem Macierewiczem już nas mają na biurku.
Patrzę więc na tych najczęściej mocno już starszych ludzi, jak męczą się w tej zimowej chlapie, podskakując w rytm gwizdka i skandując jakieś rymowanki w obronie wolnego Internetu i myślę sobie, że oni są już oczywiście na straty, natomiast tych, którzy ich tam sprowadzili i kazali podskakiwać, można by było jeszcze jakoś zmusić do opamiętania. Oni bowiem mogą być oczywiście bardzo głupi i podli, nie zmienia to jednak faktu, że większość z nich znakomicie zdaje sobie sprawę zarówno z tego, że przede wszystkim nikt nikomu nie odbiera wolności korzystania z Internetu, jak i tego, że, gdy chodzi o System i jego agendy, chyba nie ma już takiej metody śledzenia każdego naszego kroku, której oni by nie znali i nie byli w stanie użyć, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. Od wielu już lat bowiem każdy nasz ruch, każde nasze słowo, nieomal każda nasza myśl, czy to w Internecie, czy podczas przechadzki w lokalnej galerii handlowej są poddane takiej inwigilacji, o jakiej nawet Orwellowi się nie śniło. Winston przynajmniej wiedział, gdzie jest ta kamery i gdy chciał zrobić coś nieprawomyślnego, to chował się w tym jednym kącie, gdzie pozostawał niewidoczny. Ja dziś wyglądam za okno, a tam normalnie, drzewo i dach domu naprzeciwko.
Pamiętam choćby, jak jeszcze wiele lat temu, ale, owszem, już za rządów Platformy otrzymałem maila od jednego ze znajomych z bloga, który uprzejmie zaproponował mi, bym dołączył do jego Facebooka. Ponieważ był to czas, gdy ze względu na bezpieczeństwo finansowe swoje i rodziny, musiałem zawiesić swoją aktywność na Facebooku i swoje konto zamknąłem, napisałem wspomnianemu koledze, żeby na mnie nie liczył. On to oczywiście natychmiast zrozumiał, natomiast to, co nie pozwoliło mi o sprawie zapomnieć, to fakt, że pod zapraszającym mnie mailem, znalazłem sześć zaproszeń już od samego Facebooka. Trzy z nich były dość oczywiste. Mianowicie Facebook uznał, że ja „mogę znać” mojego syna, jedną z moich córek i córkę jednego z moich bliskich kolegów, z którą utrzymuję taki sobie kontakt. Oprócz nich pojawił się też człowiek, którego akurat sobie nie przypominałem, no ale pomyślałem sobie, że skoro Facebook pisze, że ja go „mogę” znać, to równie dobrze może się okazać, że go mogę nie znać.
To co mnie jednak zdziwiło – najpierw przelotnie, a później, z każdą chwilą coraz mocniej – to dwa kolejne nazwiska. Otóż za jednym z nich stał człowiek, którego uczyłem jakieś dziesięć lat wcześniej i z którym mogłem mieć – choć akurat tego nie pamiętałem – jakąś skromną mailową wymianę w tamtych latach. Drugie z nich sprowokowało mnie do jeszcze ciekawszych refleksje. Otóż też mniej więcej w tamtym czasie kupowałem coś przez Internet – myślę, że to mogła być jakaś płyta CD – a człowiekiem, z którego oferty przez chwilę korzystałem, był pewien Anglik, z którym przy tej okazji wymieniłem może dwa, a może trzy maile. Nic takiego. Normalne, gdzie mieszkasz, kim jesteś i pozdrowienia. Ale jak mówię, to było tak dawno, że gdybym miał częstszy zwyczaj nawiązywania internetowych znajomości, pewnie bym jego nazwiska nawet nie zapamiętał. A tu nagle czytam wiadomość od Facebooka, że oni sobie pomyśleli, że ja go „mogę znać”.
Zobaczyłem te dwa nazwiska i pomyślałem najpierw, że pewnie ci moi dawni znajomi jakimś cudem wciąż mnie wciąż mają gdzieś w pamięci swojego komputera, no a ten Facebook to widzi i rozsyła te zaproszenia. No ale minęło parę godzin, a ja mimo to się wciąż zastanawiałem, jak to się stało, że do mnie wysyła wiadomość kolega z bloga, a Facebook dołącza do niej wspomnienie – moje wspomnienie – sprzed niemal już dziesięciu lat. Zapytałem swojego syna, co on o tym sądzi, na co on uznał, że pewnie oni są jakoś zsynchronizowani z Onetem, a ponieważ ja mam od wielu lat mailowe konto właśnie na Onecie, to automatycznie wykryli moje jakieś stare maile. No ale przede wszystkim, ja przez dziesięć lat wysłałem i otrzymałem tysiące maili od ludzi, których kiedyś bardziej lub mniej, lub jeszcze mniej znałem, a o których dziś nawet nie mam pojęcia, czy żyją. Dlaczego dziś Facebook nagle mi przypomina tych dwóch? I w ogóle, czemu mi przypomina kogokolwiek z tak zapadłej przeszłości. I jak on to robi, że jest w stanie przypominać mi o czymś, czego ja już niemal nie pamiętam?
I tu nie mogło chodzić o mój komputer. Ja przez te wszystkie lata zmieniałem sprzęt wraz z całą jego możliwą zawartością kilkakrotnie. Domyślam się, że tamci dwaj robili to nawet częściej, więc też chyba winowajcą nie jest nasz sprzęt. Pozostaje ten Onet, lub – może jeśli idzie o tego Anglika – jakiś jego tamtejszy operator. No ale jeśli zatem Facebook sprzężony jest z tymi internetowymi systemami i automatycznie uzyskuje dane o tak drobnych wymianach sprzed dziesięciu już lat, to znaczy, że z jednej strony Onet i wszyscy inni zachowują na wieczną pamiątkę wszystkie informacje dotyczące każdego najmniejszego głupstwa z całej swojej historii, a jednocześnie każde tego typu głupstwo staje się automatycznie własnością organizacji – bo wygląda na to, że to jest prawdziwa Organizacja – takiej jak Facebook. Po co, dlaczego, jak i na jakiej zasadzie? No a jeżeli oni wiedzą to, ciekawe by było się też dowiedzieć, czego nie wiedzą? A jeżeli czegoś nie wiedzą, to czy to znaczy, że wiedzieć nie mogą, czy że nie chcą, czy może, że chcą, tyle że akurat nie teraz?
No i wreszcie nie mogłem nie pomyśleć o czymś, co w tym wszystkim musiało robić wrażenie największe. Jak ja bym się mianowicie poczuł, gdyby oni mi przysłali propozycję zostania facebookowym znajomym kobiety, z którą ja dajmy na to 10 lat temu miałem romans, ale przez te wszystkie lat bardzo sporządniałem i o tamtym nieszczęściu zapomniałem? Albo gdyby ten Anglik, od którego kupowałem płyty z muzyką wysyłał mi dziecięcą pornografię, którą się kiedyś interesowałem, ale mi przeszło i uznałem, że wszystko jest tylko czarną historią. Jak ja bym się poczuł, gdyby po tych dziesięciu latach Facebook zechciał mi ten wstyd przypomnieć w formie niewinnego pytania: „Czy wy się przypadkiem nie znacie?”
Moje dotychczasowe życie akurat minęło mi w taki sposób, że problem tak zwanej inwigilacji może mnie obchodzić wyłącznie teoretycznie. Jeśli chodzi o mnie, oni mogą mnie obserwować od rana do wieczora, kiedy tylko chcą, bylebym nie musiał o tym wiedzieć i tego oglądać. Krótko mówiąc, nie mam nic do ukrycia poza tym, o czym i tak mówię księdzu w spowiedzi. Gdybym był jakimś ważnym biznesmenem, albo politykiem, to ludzie ze służb specjalnych mogliby mnie zechcieć otruć, a moje dzieci uprowadzić. Gdybym był prezesem jakiejś ważnej spółki, Facebook mógłby moim nieprzyjaciołom dostarczyć jakieś moje stare maile i mnie w ten sposób próbować zniszczyć. Nawet gdybym był – tak jak i dziś jestem – nikim, ale za to miałbym za sobą jakąś bujną przeszłość na poziomie narkotyków i dziwek, to być może warto by było poszperać w starych śmieciach. Ja jednak jestem, kim jestem, a ponieważ w dodatku moja jedyna publiczna działalność polega na prowadzeniu tego bloga i pisaniu książek, które są powszechnie dostępne, jeśli ktoś mi chce zrobić krzywdę, i tak już ma mnie na przysłowiowym widelcu. A zatem, by mi dokuczyć, nie trzeba w to angażować Facebooka. No powiedzmy – trochę. Ale z pewnością nie jego głębokiej części systemowej.
A zatem kiedy dziś widzę, że Facebook wie, z kim ja prowadziłem nicnieznaczące rozmowy w roku 2000 i się w dodatku tą wiedzą przede mną chwali, nie czuję niepokoju. Co najwyżej ciekawość. I to też już nawet nie o to, jak oni to robią, że wiedzą o mnie wszystko. Pewnie jakoś wiedzą i niech im ta wiedza stanie kością w gardle. To co mnie interesuje dziś, to właśnie cała ta polityczna akcja prowadzona pod hasłem wolnego Internetu. To co mnie naprawdę tu fascynuje, to jak można być tak tępym, żeby się nagle dać namówić na wychodzenie w tej chlapie na ulicę i protestowanie przeciwko Prawu i Sprawiedliwości, bo oni chcą nas śledzić przez Internet?
Telewizję oglądam korzystając z oferty czegoś, co się nazywa Neovision. Na balkonie mam antenę, obok telewizora dekoder Cyfry, no i ile razy mi przyjdzie ochota, to sobie coś tam oglądam. Nie zdarza się to często, ale czasem dzwonię do nich z prośbą o poradę. I wtedy regularnie się okazuje, że oni podczas tej rozmowy widzą każdy mój ruch palca na pilocie. Dziewczyna po tamtej stronie linii mówi: „Niech pan przyciśnie przycisk z napisem setup” i niemal w tej samej chwili: „O właśnie tak”. Przepraszam bardzo, ale skoro tak, to czego ja dziś jeszcze mogę być pewien? Że jak mi przyjdzie ochota, by sobie pooglądać trochę tego porno, co oni tam udostępniają za darmo i bez ograniczeń tuż obok Mezzo, to po paru dniach nie dostanę maila z ofertą burdeli w Siemianowicach, Tychach i w Rudzie Śląskiej?
I oni mi mówią, że ja się mam bać Jarosława Kaczyńskiego i w ramach solidarności osób represjonowanych, wzywają do Polski jakichś włoskich kontrolerów.

Przypominam wszystkim, że moje książki można bezkarnie kupować w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Zachęcam. Naprawdę warto.

piątek, 12 lipca 2013

Jeszcze o hyclach od chrześcijańskiej moralności

Szczerze powiedziawszy, czegoś takiego się nie spodziewałem, ale wygląda na to, że System uznał sprawę sesji Agnieszki Radwańskiej dla ESPN za tak smakowity kąsek, że nie wypuści go z zębów przez dłuższy czas. A biorąc pod uwagę fakt, że do tej roboty gremialnie i wręcz na ochotnika zgłosili się nasi czołowi katolicy, to wszystko może potrwać jeszcze dłużej. W tej sytuacji zatem, i ja jeszcze dorzucę parę refleksji.
Na początek jednak, chciałbym opowiedzieć o pewnym moim koledze, który tuż obok, na ulicy 3 maja, prowadzi fantastycznie bogaty i niezwykle popularny komis płytowy. Ponieważ to jest bardzo poważne przedsięwzięcie, komis ów posiada swój profil na Facebooku, o ile wiem, bardzo starannie aktualizowany. Niedawno Mariusz, właściciel komisu, kupił gdzieś dwie klasyczne już płyty analogowe, jedną zespołu Roxy Music, drugą Lou Reeda z zespołem Velvet Underground. Jak mówię, obie płyty to pozycje już klasyczne, częściowo dzięki okładkom. Proszę rzucić okiem.
Najpierw Roxy Music:


A teraz Velvet Underground:


Kupił te płyty i zdjęcia okładek zamieścił na swoim facebookowym profilu, zachęcając do odwiedzenia sklepu. I proszę sobie wyobrazić, że obie okładki zostały przez administratora Facebooka usunięte, a Mariusz otrzymał informację, że zamieszczanie na Facebooku tego typu materiałów łamie obowiązujące zasady. Żadnej dyskusji, żadnych pytań i odpowiedzi. Żadnych reklamacji. Stop demoralizacji!
Jak wiemy, Agnieszka Radwańska, dzięki swojej religijności i szczerości w jej demonstrowaniu, została mianowana tak zwanym „ambasadorem” ogólnopolskiego projektu o nazwie „Nie wstydzę się Jezusa”. O co chodzi w tej inicjatywie? Otóż pewna grupa młodych katolików uznała, że czasy są takie, że każdy z nas, szczególnie wbrew środowiskowym naciskom, powinien się nie wstydzić i dawać świadectwo swojej wierze. Stąd wśród owych „ambasadorów” znalazła się cała kupa różnego rodzaju celebrytów, takich jak dziennikarze Ziemiec, Babiarz i Zubilewicz, aktor Pazura, czy sportowiec Lewandowski i, do niedawna też, Agnieszka Radwańska. Kiedy Radwańska wzięła udział we wspomnianej sesji, została stamtąd z hukiem usunięta.
Ponieważ „Nie wstydzę się Jezusa” to nie tylko projekt, ale i osobny portal i specjalny profil na Facebooku, pod oświadczeniem w sprawie wyrzucenia Radwańskiej z towarzystwa osób nie wstydzących się Jezusa, rozpętała się debata, i z tego, co mi mówi moja córka, która od pewnego czasu działa tam, jako osoba wspierająca, wynika, że większość komentarzy – również zamieszczonych przez nią – stanęła mocno w obronie Radwańskiej. I proszę sobie wyobrazić, że dziś rano, kiedy moje dziecko zajrzało na ten swój Facebook, pierwsze, co zobaczyła, to to, że wszystkie komentarze wspierające Agnieszkę Radwańską zostały usunięte, natomiast ona – a jak sądzimy, nie tylko – została pozbawiona prawa komentowania. Próbowaliśmy sprawdzić, czy tam nie doszło do jakiejś awarii, ale okazało się, że nie. Ja na przykład, póki co, gdybym tylko zechciał, mogę tam pisać do woli. Moja córka już nie. Co ciekawe, oświadczenie w sprawie usunięcia Radwańskiej z grona ambasadorów spadło już szczebel niżej, zastąpione przez jakiś nowy temat, ale i zachętę do dalszej dyskusji.
A mi do głowy przyszły dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że to wezwanie do dyskusji ma dokładnie ten sam walor moralny, co zapewnienia każdego z nich, że oni Radwańskiej nie potępiają, ale tylko po chrześcijańsku napominają. Jestem pewien, że za jednym i za drugim stoi dokładnie ta sama obłuda, to samo kłamstwo i w rezultacie ten sam grzech. Druga myśl, która mi przyszła do głowy, jest też trochę związana z historią przedstawionych wcześniej dwóch płyt z komisu Mariusza. Kiedy on mi opowiedział swoją przygodę z Facebookiem, zastanawialiśmy się przez chwilę, jak działa ów automat. Jak to możliwe, że spośród tak wielkiej liczby informacji, czasem przecież nieskończenie bardziej drastycznych, on wyłapał coś tak małego, jak te okładki. No i ustaliliśmy, że musiał pójść jakiś donos. Ktoś wszedł na profil tego komisu, zobaczył te dwie płyty, poczuł ten płomień, zarumienił się ze wstydu i zgłosił je do usunięcia. A ci już rutynowo, je usunęli. Czemu została reszta? Widocznie reszta nikomu nie przeszkadza. Podobnie jak nikomu nie przeszkadza na przykład fakt, że wśród ambasadorów inicjatywy „Nie wstydzę się Jezusa” wciąż są takie osoby, jak Przemysław Babiarz, Tomasz Zubilewicz, czy Radosław Pazura? No, ale kto ma na nich kapować? Jego koledzy z pracy? Oni już swoje zrobili w kwestii Radwańskiej. Młodzi katolicy z inicjatywy „Nie wstydzę się Jezusa?” Oni też są skoncentrowani na Radwańskiej.
A może ja? Tym bardziej nie. W końcu, jakiż tam ze mnie katolik? Jakaż ta moja moralność?

piątek, 14 grudnia 2012

Czy Mark Zuckerberg nosi się na czarno?

Miałem dziś pisać o Maksiu Paterku, jednak w momencie gdy już miałem się zabierać do tego w gruncie rzeczy bardzo zabawnego tekstu, doszła do mnie wiadomość, że znów gdzieś – tym razem w Ameryce – ktoś się ubrał na czarno, wyposażył w odpowiednią ilość broni i amunicji, i zaczął strzelać do wszystkiego co się rusza. I znów z pełnym sukcesem. No i cały nastrój w jednej chwili mnie opuścił.
Kiedy piszę ten tekst, nasz telewizor jest po raz pierwszy od wielu dni włączony, a my, przełączając się z BBC World na TVN24 i z powrotem, staramy się zrozumieć, co się stało. BBC pokazuje relację na żywo z miasteczka, w którym doszło do owej egzekucji, i próbuje dowiedzieć się i przekazać nam coś może bardziej konkretnego. Jak idzie o TVN, mamy oczywiście rozmowy z kolejnymi psychologami plus generałem Polko, którzy, jak wiemy, zawsze są bardzo chętni, by poinformować nas o tym, czego nie wie nikt poza nimi.
W tej sytuacji, postanowiłem się zdać na swoje dzieci, no i dowiedziałem się czegoś, czego nie powiedziało mi ani BBC ani tym bardziej TVN. Otóż, jak się okazuje, w pierwszej reakcji na wiadomość o masakrze, światowe media, chcąc uzyskać jakieś ekstra informacje na temat sprawcy, zrobiły to co się w takich sytuacji powinno zrobić, a mianowicie najpierw dowiedziały się skądś, ze on się nazywa Ryan Lanza, następnie weszły na jego profil na Facebooku. No i tam znalazły wszystko co trzeba, a przede wszystkim jego zdjęcie, które w jednej chwili opublikowały wszystkie światowe stacje telewizyjne. Tak się niestety jednak stało, że w okolicy mieszkało dwóch mężczyzn mniej więcej w tym samym wieku i dokładnie o tym samym imieniu i nazwisku – Ryan Lanza, no i padło na tego drugiego. W dodatku, chwilę później okazało się, że Ryan Lanza to brat Adama, a strzelał Adam. Swoją drogą, też obecny na Facebooku. Oops!
Nie wiem, czy wiadomość o tej pomyłce zdołała się już przedostać do publicznej świadomości, myślę jednak, że ona już wkrótce zastąpi te nudy i wszyscy będziemy się mogli skupić na czymś znacznie ciekawszym, a mianowicie nad kwestią, ile odszkodowania można dostać za coś takiego? Facebook to jednak potęga. I to tyle. Do zobaczenia jutro. Ja będę pisał o Paterku. Wbrew pozorom, wcale nie tak daleko od tematu.

środa, 13 czerwca 2012

Facebook, czyli wszystko

Zdjęcie, które zamieściłem pod wczorajszą notką - podobnie zresztą, jak film, który pojawi się na sam koniec tego tekstu - otrzymałem od mojej córki, która znalazła je na Facebooku w parę sekund po zakończeniu meczu Polska-Rosja. Kiedy piszę „parę sekund”, wcale nie przesadzam. To w istocie było parę sekund. A to oznacza, że faktycznie, mecz się skończył, a moja córka w jednej chwili pobiegła do swojego pokoju i włączyła swojego Facebooka. O, tak!
Mamy w domu trzy komputery i jeden laptop. Laptop należy do pani Toyahowej, i tam Facebook nie istnieje. Komputer przy którym siedzę na co dzień również jest od Facebooka wolny. Dwa pozostałe, dzielone między troje dzieci, od rana do wieczora mają pootwierane dziesiątki tak zwanych kart, a każda z nich w ten czy inny sposób prowadzi albo do Facebooka, albo od Facebooka. Ostatnio, kilka razy zauważyłem, że już nawet ten komputer jest zatrzymany na stronie logowania Facebooka. Wtedy, jeśli chcę tu coś napisać, muszę się ponownie zalogować.
O ile sobie dobrze przypominam, kiedy poprzednim razem pisałem tu o Facebooku, wspomniałem rozmowę, jaką odbyłem z którymś z moich dzieci na temat tego, co takiego jest w tym Facebooku, co sprawia, że dla każdego z nich wynalazek ten to właściwie całe życie. A było tak, że ja – z żaden sposób nie potrafiąc pojąć tej fascynacji – zadałem proste pytanie: „Co tam jest takiego, od czego nie można się choć na chwilę oderwać?”, na co otrzymałem odpowiedź: „Tam jest wszystko”. Zdziwiła mnie ta informacja, bo przez, przyznaję, że niezbyt długi okres, kiedy to sam z Facebooka korzystałem, wydawało mi się, że zabawa ta polega głównie na dopisywaniu kolejnych nazwisk do listy swoich znajomych, no i wyrażaniu zgody na to, by nasze nazwisko znalazło się na innej liście. Raz też zdarzyło się, że pewna moja dawna uczennica coś do mnie na tym Facebooku napisała, a ja jej odpisałem, po to tylko zresztą, żeby dalszą część tej wymiany odbyć już telefonicznie. Raz też, pamiętam, zauważywszy jakimś cudem, że wśród „zespołów które lubię”, jest też coś co się nazywało Crime And The City Solution, odezwał się do mnie Simon Bonney, wokalista grupy i mnie pozdrowił. No i to tyle. A tu tymczasem, moje dziecko mi mówi, że „tam jest wszystko”.
Od tamtej rozmowy minęło już dość dużo czasu, a ja z coraz większym smutkiem stwierdzam, że moje dzieci – podobnie zresztą, jak bardzo wiele osób z ich pokolenia, a może i z pokoleń sąsiadujących, na całym świecie – od Facebooka stają się autentycznie uzależnione, a co gorsza, zauważam przy tym, że ja już chyba zaczynam rozumieć, co to znaczy, że „tam jest wszystko”. Otóż wygląda na to – mogę się oczywiście mylić, ale tak to w istocie wygląda – że wszystko, dokładnie wszystko, czym żyje każde z nich, a więc piosenki, wiersze, powieści, sztuka, plotki, polityka, różnego rodzaju ciekawostki, światowe sensacje – tego wszystkiego oni się dowiadują z Facebooka. Nagle sobie uświadomiłem, że to co dotychczas uważaliśmy za Internet z całym swoim bogactwem, skumulowało się właśnie na Facebooku. Że doszło do sytuacji, gdzie Internet, okazawszy się jako całość zbyt duży, zbyt rozległy, zbyt pojemny, stał się im potrzebny wyłącznie jako dostarczyciel Facebooka. A sam Facebook, przez swoją intensywność i to niezwykłe wręcz „stargetowanie”, stał się czymś, co sprawiło, że wszystko inne stało się zwyczajnie niepotrzebne.
Mam kolegę, który też ma dzieci, tyle że od moich starsze. Dzieci te są bardzo dobrze wykształcone, bardzo inteligentne, no i życiowo dość zaradne. Opowiadał mi kolega – jeszcze przed laty, kiedy nie bardzo wiedziałem, co to takiego ten Facebook – że kiedy jego syn przychodzi do nich ze swoją żoną na niedzielny obiad, oni wszyscy najpierw siadają do stołu, grzecznie jedzą, równie grzecznie podtrzymując rozmowę, następnie wstają od stołu, po czym syn i jego żona wyciągają po laptopie, siadają w fotelach i zaczynają załatwiać swoje facebookowe sprawy. Jak mówię, wtedy historia ta wydała mi się bardzo egzotyczna, z tego choćby względu, że i sama nazwa Facebook funkcjonowała w mojej świadomości jako coś bardzo egzotycznego. Dziś jednak widzę to bardzo jasno tuż pod samym swoim nosem.
Nie wiem, jaka szersza wizja przyświecała człowiekowi nazwiskiem Zuckerberg, kiedy tworzył dzieło swego życia. Na poziomie podstawowym wszystko wydawało się proste. Chodziło o to, by stworzyć portal społecznościowy dla studentów Harvardu, tak by mogli oni podtrzymywać stare znajomości i wymieniać się zdjęciami. Czy ów Zuckerberg wiedział, co jest na końcu tej drogi? Może tak, może nie. To akurat jest tu bez znaczenia, bo czy on w tym wszystkim był ręką, czy zaledwie narzędziem, nie zmienia faktu, że dziś setki milionów osób, takich jak moje dzieci, czy dzieci mojego kolegi, zostały pozbawione szansy spędzania czasu w taki sposób, by móc dokonywać wyboru. A tym samym, zostały pozbawione czegoś, co się powszechnie nazywa wolnością.
Od kilku dni, próbuję przekonać mojego syna, by wykonał ten gest udowodnił, że jest mężczyzną, i wyrejestrował się z Facebooka. Żeby, jako jedyny ze swojego towarzystwa, pokazał że jest człowiekiem wolnym. I wiem, że ile razy na ten temat rozmawiamy, on słyszy, co do niego mówię, i mnie rozumie, albo przynajmniej zrozumieć się mnie próbuje. Wiem to choćby stąd, że w pewnym momencie on sam – bez żadnej mojej sugestii – przyznał, że, kiedy się nad tym zastanawia, dochodzi do wniosku, że Facebook tak naprawdę nie przyniósł mu dotychczas jednej wymiernej korzyści. Zero. Facebook go tylko uzależnił. Tylko go zniewolił. Facebook, z pewnego punktu widzenia, doprowadził go do sytuacji wręcz tragicznej – do stanu, gdzie on nawet nie jest w stanie zwyczajnie, po ludzku się ponudzić. Do sytuacji, gdzie on – ja już nie mówię o tym, by sobie włączyć telewizor, czy wziąć do czytania książkę – nie jest w stanie zwyczajnie siąść w fotelu i bezmyślnie pogapić się w sufit. Facebook tę część naszego życia skutecznie zlikwidował. Dzięki Facebookowi już nikt nigdy nie będzie się nudził. A jeśli i nawet to akurat uczucie się od czasu do czasu pojawi, to też wyłącznie w ramach samego Facebooka. Człowiek wejdzie na „fejsa”, zacznie ziewać, jęknie: „Ale nudy!”, i poczuje że życie jest do niczego.
Czy Mark Zuckerberg, tworząc ów projekt, wiedział, że tak to się skończy? Jak mówię, może wiedział, może nie wiedział. Nie ulega jednak wątpliwości, że jego dzisiejszy sukces w dużym stopniu opiera się właśnie na tym. Na skutecznej likwidacji nudy. Na takim przetworzeniu rzeczywistości, że wszelka ewentualna nuda zostaje ograniczona właśnie do tamtego wymiaru, do świata realnego\, a jeśli jakimś cudem pojawi się i tu, to wyłącznie na zasadzie jakiejś awarii.
Szedłem dziś rano do pracy, i jak co dzień, wokół mnie rozdawano gazetę „Metro”. Na pierwszej stronie, zdjęcie piłkarza Blaszczykowskiego i wielki tytuł „Kuba Boski Blaszczykowski”. Chodzi o to, że Blaszczykowski w meczu z Rosją zdobył dla Polski bramkę – to już jest druga polska bramka na tych mistrzostwach! – i dzięki tej bramce… właściwie, nie wiadomo, co dzięki tej bramce, bo sytuacja w grupie jest taka, że nawet gdyby tej bramki nie było, nic by to nie zmieniło. I tak trzeba nam wygrać z Czechami, co może się okazać trudne. No ale ten tytuł właśnie taki jest. Na drugiej stronie tego samego „Metra”, kolejny wielki tytuł „Kuba znaczy kapitan”. Jeszcze wczoraj, w telewizji pokazano polskich kibiców, jak stoją pod hotelem, w którym mieszkają polscy piłkarze i skandują „Dziękujemy! Dziękujemy! Dziękujemy!” Jeszcze wcześniej, w programie „Kropka nad i” Monika Olejnik wystąpiła w ogromnym biało-czerwonym kapeluszu, a na wtorkowym posiedzeniu rządu ministrowie założyli szaliki i odśpiewali piłkarski hymn. Patrzę na ten film, widzę, że przed każdym z ministrów stoi laptop. A ja już się tylko zastanawiam, czy oni wszyscy są zalogowani.

Zanim obejrzymy sobie to coś, bardzo wszystkich proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, no i zapraszam do księgarni Coryllusa, gdzie można kupić obie moje książki. Szczerze polecam.


wtorek, 7 lutego 2012

Jeszcze raz o bumerangu

Parę dni temu, zamieściłem tu tekst z pewnym brzydkim słowem w tytule, dotyczący trochę Internetu, a trochę protestom, jakie internauci skierowali przeciwko rządowi w związku z planowaną ratyfikacją ACTA. Tekst ten trochę powstał, jako, moim zdaniem, bardzo konieczne uzupełnienie do tekstu ciut wcześniejszego, opublikowanego przez Warszawską Gazetę. Teraz, kiedy patrzę na oba te felietony, mam wrażenie, że gdybym mógł, zrobiłbym pewnie z nich tekst wspólny, bo każdy z nich w sposób jednoznaczny uzupełnia ten drugi. Ponieważ ten blog jest miejscem pierwszym i najważniejszym, chciałbym tu przedstawić to, co napisałem wcześniej dla Piotra Bachurskiego, a jak komuś się spodoba, zapraszam do komentowania.
Od czasu gdy, widząc jak każdy kolejny dzień, tak dawnej przecież już obecności w tym miejscu, rujnuje ekonomicznie mnie i moją rodzinę, zamknąłem swoje konto na Facebooku, kontakt z tym czymś mam już dziś wyłącznie przez moje dzieci, które są od Facebooka – nie bójmy się tego przyznać – uzależnione, oraz przez różnego rodzaju medialne doniesienia, takie jak na przykład to, że Zbigniew Hołdys, nie wytrzymując agresji jaka w ostatnich dniach na niego spadła, również postanowił się stamtąd na pewien czas ewakuować. Pisałem trochę o tym w notce na swoim blogu, zwracając uwagę na fakt, że tzw. „Społeczność” to jest ta akurat część naszego społeczeństwa, której nie powinniśmy brać pod uwagę w naszych planach dla Polski, nawet jeśli oni z dnia na dzień ogłoszą, że są gotowi nie mówić o Donaldzie Tusku inaczej jak „to ryże gówno”, a dla Bronisława Komorowskiego założą specjalny profil pod nazwą „Spieprzaj Dziadzia” i uda im się zachęcić 500 tys internautów, by zarejestrowali się tam klikając w guzik z napisem „lubię to”. Tym bardziej zatem nie powinniśmy tego robić, gdy chodzi o coś tak nieistotnego jak jakieś egzotyczne ustawy dotyczące wolności w Internecie. A mamy nie ulegać tej presji z tej jednej prostej przyczyny, ze to towarzystwo jest całkowicie i ostatecznie niewiarygodne. I wchodząc z nimi w jakiekolwiek konszachty, ryzykujemy, że oni nas któregoś dnia zaskoczą, gdy będziemy jeszcze spali, i nas z samego rana zwyczajnie uduszą.
Pisząc jednak ten blogowy tekst, nie wspomniałem o pewnym bardzo istotnym aspekcie owego miejsca, a mianowicie o tym, że tam nie istnieje w najmniejszym choćby stopniu coś takiego jak anonimowość. Wszyscy uczestnicy Facebooka są w stu procentach odsłonięci, zamieszczają tam swoje imiona i nazwiska, imiona i nazwiska swoich znajomych i przyjaciół, czasem adresy, niemal zawsze zdjęcia i – przez samą naturę tego projektu – od rana do wieczora, najszczerzej jak tylko potrafią, dzielą się z całym światem swoimi poglądami. Nie wspomniałem o tym, pisząc o Facebooku wcześniej, bo tak się zawsze jakoś składało, że temat moich refleksji nie bardzo był związany z tą akurat kwestią, a jednak dziś widzę bardzo wyraźnie, że jest całkiem prawdopodobne, że własnie ów brak anonimowości i ta kompletnie bezmyślna otwartość, tym bardziej dowodzi tego, że ludzie, którzy tam się bawią, są kompletnie i do końca głupi. I że każdy kolejny dzień ich tam pobytu odmóżdża każdego z nich w postępie geometrycznym.
Mój akurat profil na Facebooku był wyjątkowo mało aktywny. Ja tam tylko miałem swoje zdjęcie, oczywiście nazwisko, jednak wspomniana aktywność ograniczała się niemal wyłącznie do dodawania kolejnych (swoją drogą najczęściej zupełnie fikcyjnych) znajomych i wyrażania zgody, by ktoś inny (też najczęściej ktoś kogo kompletnie nie znam) został moim znajomym. A mimo to, w pewnym momencie, wyłącznie przez to nazwisko, dostałem tak w łeb, że się do dziś nie mogę z tego pozbierać. Prawdopodobnie przez to moje doświadczenie, traktuję Facebooka jako byt mi wrogi i jako narzędzie w rekach moich nieprzyjaciół, co nie zmienia faktu, że co najmniej parę razy miałem okazję zwrócić uwagę na fakt, że – nawet jeśli jeszcze nie dziś – Facebook może bardzo łatwo stać się bronią, która w pewnych szczególnych historycznych okolicznościach, może zostać skierowana przeciwko tym, którzy dziś go uważają za swojego wyłącznego sprzymierzeńca.
No bo popatrzmy na takiego Zbigniewa Hołdysa. Przecież dokładnie każde słowo, jakie on tam kiedykolwiek przez te ostatnie lata zostawił, jest tam zapisane i nie ma takiej ludzkiej siły, które by to mu umożliwiła zmazać. Pod tym względem, takie choćby dawne ubeckie akta są kompletnie niczym. Owszem, jak wiemy, nawet jeśli ktoś gdzieś tam postanowił znaczną część ich spalić, lub cos tam pozmieniać, czy podopisywać, to oczywiście to robił, jednak mimo to, dzięki pracy historyków, większą część tego co się tam zepsuło, dało się odtworzyć, natomiast niestety nie wszystko. Są rzeczy, których już nigdy nie poznamy. Część z tamtych zapisków zniknęła bezpowrotnie. Jak idzie o zawartość Facebooka, tam zostanie każda pojedyncza literka i ona tam zostanie do końca świata. I jeśli przyjdzie komuś ochota tę jedną literkę odnaleźć, to ją odnajdzie w dokładnie tym samym kształcie, w jakim ona została tam postawiona. I muszę to tu jeszcze raz powtórzyć. To że użytkownicy Facebooka zachowują w tej sytuacji aż taką beztroskę, świadczyć może tylko o tym, że to miejsce jest wyjątkowo skażone.
Wróćmy na moment jeszcze do biednego Zbigniewa Hołdysa. Pamiętamy dość dobrze wszyscy, jak on kilka miesięcy temu w wywiadzie dla magazynu „Press” parokrotnie nazwał Jarosława Kaczynskiego „chujem”. Czemu tak zrobił? Myślę, że przede wszystkim dlatego, że za „chuja” Hołdys Kaczyńskiego uważa, ale z całą pewnością też dlatego, że on wie, że coś takiego dziś mu ujdzie całkowicie na sucho, a prawdopodobnie dodatkowo jeszcze pozwoli mu zwiększyć swoją szczególną popularność. Papier jednak zawsze kiedyś musi ulec zniszczeniu, i po nim zostanie już tylko wspomnienie. Internet jednak ma to do siebie, że słowa, które tam są – są na zawsze. I na przykład, o ile wywiad Hołdysa dla „Press” może zostać jakoś zapomniany, to co on miał ochotę opowiadać na Facebooku, pozostanie już zawsze i z nim i – co gorsze dla niego – również z nami. A ja na przykład wciąż pamiętam, że to co on powiedział dla redakcji „Press”, to był zaledwie skrót z o wiele szerszego wykładu, wykładu jak najbardziej autorstwa Zbigniewa Hołdysa, i ów wykład jest jak najbardziej dostępny w archiwach Facebooka. I jeśli komuś kiedyś przyjdzie go wykorzystać przeciwko Hołdysowi, lub jego rodzinie, lub jego znajomym – nie będzie miał z tym większego problemu.
Ale pies tańcował ze Zbigniewem Hołdysem. W końcu to prawdziwy celebryta. Popatrzmy na nas – szarych internautów. Otóż dziś doszła do mnie informacja o dwóch komentarzach na temat tragedii smoleńskiej, pozostawionych na Facebooku przez – wedle ich jak najlepszych nadziei – nieznanych światu użytkowników. Posłuchajmy. Przytaczam je w brzmieniu dosłownym, poprawiając jedynie standardowe błędy. Oto pierwszy z nich: „Codziennie ktoś umiera. A że to był prezydent, to co z tego? Bardziej się przejąłem, jak mi pies zdechł. Dla mnie to zwykli złodzieje. Trzeba jeszcze z 3 tupolewy i może coś się zmieni”. A oto następny, będący odpowiedzią na ten pierwszy: „Grzesiu popieram :) ja tam się cieszyłem jak tupolew pierdolnął. Myślałem że się coś zmieni, ale jeszcze jedna kurwa kaczka została i mąci dziwka jebana”.
I przyjrzyjmy się teraz tym dwóm obywatelom internautom. I zadajmy sobie pytanie dokładnie to samo, które zadawaliśmy, kiedy szło o Hołdysa – dlaczego oni mówią to co mówią? Odpowiedź będzie ta sama – oni mówią to co mówią, bo to są ich szczere mysli. Ale dlaczego oni się z tymi myślami tak afiszują? Tu odpowiedź też jest podobna – oni tych swoich myśli nie ukrywają, bo czasy są takie, że im ta otwartość bardzo dobrze służy. A czy oni biorą pod uwagę, że przyjdzie taki czas, że im to już służyć nie będzie, i że te słowa tam zostaną? Na wieczną rzeczy pamiątkę? Ich problem i przekleństwo jest takie, że oni tego nie wiedzą. Dlaczego? Bo są głupi. Dokładnie tak samo jak wszyscy ci, którzy, przeczytawszy te zdania, postanowili, jak to się zwykło mówić na Facebooku, „polubić to”. I dokładnie tak samo jak Zbigniew Hołdys. A może oni myślą, że to co oni robią, to zwykła debata polityczna? Że oni jedynie głoszą wolną myśl? Pewnie tak. Pewnie tak sobie kalkulują. Trudno.
Natomiast prawda jest taka, że to nie jest wolna myśl i to nie jest takie sobie młodzieńcze szaleństwo. Oni za te słowa prędzej czy później będą musieli zapłacić. I zapłacą z całą pewnością. Dlaczego? Dlatego że ci, którzy się w przyszłości za nich wezmą, wiedzą o nich już nie tylko to, że jeden z nich się nazywa Grześ. O nich wiadomo dokładnie wszystko, co wiedzieć wypada. I ja na przykład znam imię i nazwisko jednego i drugiego. Wiem, gdzie każdy z nich mieszka, wiem, gdzie każdy z nich się uczy. No i z pewnością nie skomplikuje mi całej sprawy fakt, że też już wiem, jak jeden i drugi wygląda. Że mam ich zdjęcia. Które oni sami bezmyślnie udostępnili. I mam też zdjęcia tych, którzy to zło „polubili”. I wiem, co im siedzi w głowie. A przecie – nie oszukujmy się – nie tylko ja. Oni na razie są młodzi i jakoś przecież jest. Przyjdzie jednak dzień, i to będzie dzień ważny i dla nich i dla ich żon i dzieci, kiedy poczują, jakie to był straszny błąd, że oni, kiedy byli jeszcze młodzi i głupi, postanowili wziąć udział w grze pod nazwą Facebook. I nie pomoże też im nawet i to, że – co będzie również można znaleźć na Facebooku – oni bardzo gorąco i szczerze protestowali przeciwko ACTA. I że w pewnym momencie samego mistrza Hołdysa uznali za chuja.

Zachęcam do kupowania książki o liściu. Ona dziś jest też już do kupienia w Katowicach w księgarni "Wolne Słowo", ale i w Poznaniu u Karmelitów na ul. Działowej. No i oczywiście, jak zwykle, proszę o wspieranie tego bloga pod umieszczonym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...