Dziś propnuję swego rodzaju uzupełnienie poprzedniej notki. Przed Państwem mój najnowszy felieton z "Warszawskiej Gazety".
Długi weekend spędziłem tam gdzie, jak
twierdzą niektórzy, ludzie nie płacą podatków, bo nie pracują, a na wódkę i
ogórka mają z programu 500+, czyli w Przemyślu. By na ów zakazany kraniec
Polski dojechać, a następnie ponownie wpaść w łapy cywilizacji, skorzystałem z
usług PKP, które w ostatnich latach mocno przyspieszyły i o ile w najlepszym
okresie rządów Platformy Obywatelskiej, by przebyć trasę Katowice – Przemyśl i
z powrotem potrzebowały 14 godzin, to dziś wystarcza im owych godzin zaledwie
osiem. Tak więc jechałem pociągiem najpierw w jedną stronę, potem w drugą i
proszę sobie wyobrazić, że ku memu zdziwieniu, wszystkie osoby, jakie miałem
okazję zaobserwować miały założone maseczki, i to założone naprawdę porządnie,
czyli na usta i nos. Dlaczego mnie to zdziwiło? Otóż jeszcze parę tygodni temu,
chodząc po ulicach mojego miasta, miałem wrażenie, że ponad połowa ludzi albo
ma te maseczki pod nosem, albo na brodzie, albo na szyi, albo – jakieś 20% –
nie ma ich w ogóle. A zatem sądziłem, że po zniesieniu większości obostrzeń,
ludzie w ogóle na te szmatki machną ręką i tyle tego, zwłaszcza że tego
naprawdę od dawna nikt nie kontrolował. Tymczasem, pociąg w jedną i drugą stronę
był zamaseczkowany... z wyjątkiem czterech osób. Otóż gdy jechaliśmy do
Przemyśla, w naszym przedziale byli pan i pani z maseczkami na szyi, które przy
wejściu kontrolera próbowali niezgrabnie założyć na swoje nosy, ale ponieważ on
nawet na nich nie mrugnął okiem, zrezygnowali. Podobnie w drodze powrotnej: na
przeciwko mnie siedzial człowiek za maseczką na szyi, którą niekiedy wsadzał
sobie w usta i ją żuł, a po przeciwnej stronie kolejny, który maseczkę trzymał
na stoliku, obok butelki z wodą i w ogóle, podobnie zresztą jak kontroler, ją
lekceważył.
Obserwowałem tych ludzi i zastanawiałem
się, jak oni się czują w pociągu pełnym ludzi z maseczkami na nosach, i z
przodu, i z tyłu, i z boku, kiedy sami są tak strasznie inni. Czy oni obserwują
nas z pogardą, z rozbawieniem, współczuciem, czy są z siebie strasznie dumni? A
może podekscytowani swoją odwagą? Diabeł jeden wie. Może gdyby ktoś im zwrócił
uwagę, to by coś powiedzieli, ale wszyscy traktowali ich z pełną obojętnością.
I
przypomniał mi się znajomy człowiek z kościoła. On, owszem, ma maseczkę, i to
nie zwykłą maseczkę za 50 groszy, ale znacznie droższą. Siedzi zawsze sam,
zawsze pierwszy idzie do komunii i jako pierwszy wychodzi z kościoła, a co
istotne, zawsze bardzo walczy, by w promieniu pięciu metrów nie było nikogo,
kto mógłby go zarazić.
Bardzo to wygląda zabawnie, jak on tak
staje na desce startowej i czeka na ostatni dzwonek, aby wybiec. Niemal tak
samo zabawnie jak te maseczki zwisające z uszu jednego czy drugiego w pociągu
pełnym ludzi.
Myślę że
każdy kto chociaż trochę zna ten blog, wie bardzo dobrze, że ostatnią rzeczą
jaka przychodzi mi do głowy w tym moim pisaniu, jest narzekanie na działania
rządu i odpowiednich delegowanych przez rząd służb wobec tak zwanej „pandemii”.
Od razu wyjaśnię, że sformułowania „tak zwanej” użyłem, a słowo „pandemia”
umieściłem w cudzysłowie, nie bez przyczyny. Otóż, mimo że wobec tego co na nas
spadło ponad rok już temu pozostaję z pochyloną głową i ani mi przez myśl nie
przejdzie, by urządzać tu jakiekolwiek demonstracje, to od samego początku
jestem niezmiennie gotowy na przyznanie, że to jest, tak jak to właśnie
określiłem, pandemia „tak zwana”.
Czemu tak? Otóż
nie mam najmniejszych wątpliwości, że jeśli przyjmiemy, że mamy do czynienia z autentycznym
zagrożeniem – a ja i to jestem oczywiście, w swojej wręcz systemowej niewiedzy,
gotów przyjąć – to każdy rząd siłą rzeczy porusza się w sensie wręcz dosłownym
po omacku. Jeśli spojrzeć na świat, to sposobów walki z tym czymś było mniej
więcej tyle samo co zaangażowanych w nią rządów: my zamykaliśmy parki i lasy,
Szwedzi otwierali wszystko, Holendrzy lali ludzi po łbach pałami, Brytyjczycy w
swoich sklepach zakładali specjalne taśmy odgradzające towary pierwszej
potrzeby od potrzeby drugiej, a nawet dziś jeszcze, w Paryżu, gdzie właśnie
odbywa się wielki tenisowy turniej, gdy swój mecz rozgrywali Djokovic i
Berrettini, władze najpierw przesunęły początek godziny policyjnej z 21 na 23,
a o 23, widząc że pojedynek się tak szybko nie zakończy, te 5 tys. widzów z
trybun wygnali, by ci szybko wracali do domów i nie rozsiewali wirusa. A więc
każdy robi to co mu w głowie zaświta, a my – pardon me french – gówno wiemy,
więc jaki ja mam powód by się czepiać polskiego rządu?
Stało się
jednak tak, że przy okazji notowanego powszechnie spadku zakażeń, nasza władza
postanowiła poluzować część obostrzeń i to tu to tam zapanowała niemal
całkowita wolność, wolność do tego stopnia, że – wprawdzie dopiero po
interwencji abp. Gądeckiego, no ale jednak – uznano za dopuszczalne by w
kościołach podczas Mszy zajęta była aż połowa miejsc. I to właśnie jest
pierwszym powodem dla którego postanowiłem po raz pierwszy w tym ponurym
czasie rzucić kamieniem. Jak wiemy, o ile ksiądz nie postanowi przynudzić, Msza
trwa zwykle jakieś 45 minut. Ludzie niemal w komplecie siedzą w maseczkach, nie
dyszą sobie nawzajem w nosy, przekazując sobie znak pokoju, kiwają głowami, Komunię
przyjmują na rękę, a po owej niespełna godzinie wracają do domu. Ja tymczasem,
jak niedawno wspominałem, odbywałem podróż koleją z Katowic do Przemyśla i z
powrotem i proszę sobie wyobrazić, że w podczas wyprawy w tamtą stronę w moim
przedziale znajdowało się osiem osób, i to nie przez 45 minut, ale znacznie
dłużej, z czego niezmiennie, dwie osoby, a w porywach trzy, siedziały z
maseczkami na szyi, a w drodze powrotnej – to był wagon bez przedziałów – każde
miejsce było zajęte i pies z kulawą nogą nie zadał sobie pytania, czemu to
towarzystwo ma się przerzedzić dopiero wtedy, gdy udadzą się do kościoła.
Ja oczywiście
rozumiem, że bardzo trudno jest sobie wyobrazić, by w okresie wakacyjnym
Polskie Koleje Państwe nagle wprowadziły na tory podwójną liczbę pociągów, tak
by ludzie nie siedzieli sobie na kolanach, no i nie ma też konkretnego sposobu
by się uzerać z tymi cwaniakami, którzy uznali że oni są zbyt dumni by nosić
jakieś „szmaty na ryju”. A więc okay. Autokary, tramwaje, autobusy, pociągi
mają wozić ludzi tak, by nikt nie poczuł się pozostawiony sam sobie, no ale
skoro tak, to po ciężką cholerę udawać że wszystko jest na swoim miejscu i
ustalać limit osób mogących się jednocześnie modlić w kościele?
Tu niedaleko
znajduje się klasyczny ogólnospożywczy targ, i tam regularnie przebywa tłum
jakiego – z mojego punktu widzenia, niestety – żaden kościół w Polsce od czasów
PRL-u nie widział. A zatem pytam, co stoi na przeszkodzie, by polski rząd
pozwolił proboszczom udostępniać chętnym, na te 45 minut, całą przestrzeń
świątyni?
Tego nie wiem i
podejrzewam że tego nie wie nikt, aIe tu też pojawia się kwestia zupełnie nowa.
Otóż, moim zdaniem na przeszkodzie nie stoi nic i, czy to minister Niedzielski,
czy osobiście premier Morawiecki, doskonale to wiedzą. Trzeba by było bowiem
być kompletnie oderwanym od rzeczywistości, by uczciwie w ten właśnie sposób
zarządzać pandemią, a w to że oni nie mają kontroli nad tym co robią,
zwyczajnie nie wierzę. Jedyne zatem co mi przychodzi do głowy, to to, iż
pierwsza decyzja, by Kościołem się nie zajmować i zostawić ową jedną osobę na
15 m2, a decyzja kolejna, podjęta ewidentnie w rekacji na bardzo stanowczy głos
abp. Gądeckiego, by jednak udostępnić wiernym aż 50% kościelnej przestrzeni, to
efekt nie epidemicznych kalkulacji, lecz zwykłego strachu przed tym, jak na
zwolnienie kosciołów z pandemicznych ograniczeń zareaguje lewa część sceny. Przypomnę:
dziś w Paryżu obowiązuje godzina policyjna, a na tym tle my tu w Polsce musimy
przyznać, że u nas tak naprawdę nigdy nie było porządnego lockdownu. Z
wyjątkiem, niestety, Kościoła. Nawet knajpy w najgorszym okresie mogły
dostarczać żarcie na telefon. Triduum Paschalne, i to nawet na Watykanie, w
zeszłym roku zostało wyjęte z kalendarza. Po raz pierwszy w historii
chrześcijaństwa. Przepraszam bardzo, ale jeśli mimo tego skandalu, dziś nagle
Kościół musi walczyć z Polskimi Kolejami Państwowymi o to, by im jednak
pozwolono się modlić, to z tym światem jest coś nie tak.
Swoją drogą, czy myśmy tego akurat przpadkiem
nie wiedzieli już od pewnego czasu?
Dziś
pragnę podzielić się pewną refleksją dotyczącą sposobu w jaki państwowa
propaganda zachęca nas, byśmy nie wierzyli różnego rodzaju oszustom i w czasie
pandemii dbali o siebie i innych. Poniższy tekst ukazuje się też dzisiaj w „Warszawskiej
Gazecie” i mam tylko nadzieję, że nikt nie zrozumie go jako zachęty do tego by
zrzucić te cholerne maski i pokazać światu, jacy to jesteśmy wolni i
niezależni.
Gdy chodzi o Indie, swoją wiedzę
ograniczam do dwóch informacji. Pierwsza z nich jest krótka i, jak mówią
Anglicy, „to the point”, czyli że tam mieszka niemal półtora miliarda ludzi.
Druga z nich wymaga dłuższej wypowiedzi. Otóż pewien znajomy Hindus, żyjący i
pracujący w Polsce, opowiadał, że w najbliższym czasie będzie musiał wrócić do
Indii, by zająć się kwestią ożenku swoich trzech sióstr. Rzecz w tym, że one
wszystkie są w odpowiednim wieku i to właśnie zadaniem rodziny pozostaje
znalezienie – oraz opłacenie –odpowiedniego męża, a to akurat na nim, jako na kimś kto zyskał
odpowiednią finansową pozycję, spoczywa ów obowiązek. Głównym problemem jednak
pozostaje to, że ponieważ jedna z owych sióstr nieszczęśliwie jest
niepełnosprawna, i nie dość że nie ma szans na wydanie jej za mąż, to ona
stanowi dla rodziny bardzo poważne towarzyskie obciążenie, to trzeba będzie ją
zabić. Znajomy to powiedział zupełnie poważnie, bez śladu ironii. Normalnie tak
jak się informuje o tym, co słychać i jak się sprawy mają.
Dziś z kolei media podały informację,
że papież Franciszek modli się o to by Indie, jak słyszymy, ogarnięte klęską
pandemii koronawirusa, Pan Bóg raczył wyrwać z objęć owego nieszczęścia. A ja
słucham zarówno słów Franciszka, jak i codziennych komunikatów na temat
wspomnianego nieszczęścia, i oto czego się dowiaduję. Otóż dzisiejsze Indie,
podczas gdy w liczbach bezwzględnych rejestrują mniej przypadków śmierci
wywołanej plagą koronawirusa niż Stany Zjednoczone, czy Brazylia, to w relacji
zgonów do liczby mieszkańców zajmują 115 miejsce, wyprzedzając nawet tak
gwałtownie reklamowaną przez przeciwników szczepionek Szwecję, która, tak na
marginesie, dumnie zajmuje 32 miejsce na świecie, nie wspominając onaszej kochanej Polsce.
W tej sytuacji więc, ja mam parę, moim
zdaniem ważnych, uwag. Otóż, nie zapominając oczywiście o tym, że Indie to jest
cywilizacja, która zawsze może nas czymś zaskoczyć, chciałbym zwrócić uwagę na
to że jeśli w półtoramiliardowym kraju dziennie z powodu koronawirusa umiera
trzy tysiące osób, to jest to informacja z naszego punktu widzenia kompletnie
nieistotna. Oczywiście jest też bardzo możliwe, że tych ludzi umiera tam
dziennie 300 tysięcy, tyle że oni w kompletnej ciszy nikną w zgiełku owych
mordowanych kalekich sióstr, no ale skoro tak, to po ciężką cholerę zawracać
nam głowę danymi, których jedynym celem, jak sądzę, jest zachęcenie jak
największej liczby Polaków do tego, by skorzystali z Narodowego Programu
Szczepień, z tym jednym, kompletnie absurdalnym argumentem, że oto w ciągu minionej
doby w wyniku zarażenia koronawirusem w Indiach zmarło 3 tys. osób? Na kim ta
liczba ma zrobić wrażenie? Na ludziach, którzy uważają, że nie ma żadnej
pandemii?
Gdy chodzi o mnie, niezmiennie noszę
maseczkę i czekam na wyznaczony dla mnie termin szczepienia, kiedy jednak
słyszę te modlitwy za Indie, to czuję się trochę dziwnie.
Przyznać muszę, że miałem parę razy w
tych dniach napisać coś o pandemii, jednak albo wpadał mi do głowy jakiś inny
nie cierpiący zwłoki temat, albo zwyczajnie, jak to czasem bywa, nie bardzo
wiedziałem jak się za sprawę zabrać i ostatecznie czas minął. A główny powód
owej mojej chętki był nie byle kto, bo sam poseł Dobromir Sośnierz, który
występując w telewizji stwierdził ni mniej ni więcej jak to, żeby jeśli on i
inni podobnie myślący nie chcą chodzić w maseczkach, pozwolić im na to, bo
nawet jeśli oni się od tego zarażą i umrą, to pozostanie to wyłącznie ich i
tylko ich problemem. Wypowiedź Sośnierza zrobiła na mnie wrażenie jednak nie
tyle ani na zawarty w niej oczywisty idiotyzm, ani nawet ze względu na ową
demonstrację tak charakterystycznego dla reprezentowanego przez niego
intelektualnego środowiska egoizmu, co przez fakt, że wśród innych obecnych w
studio nie znalazł się nikt, kto by Sośnierzowi na jedno czy drugie zwrócił
uwagę. Proszę sobie wyobrazić, że tam odbyła się poważna awantura, jednak nikt
nie zadał mu choćby pytania, czy kiedy on już będzie się dusił na śmierć, to
będzie komuś bardziej potrzebującemu zajmował respirator, czy może będzie
spokojnie pożerał kolejne dawki amantadyny. Pytań oczywiście mogło być więcej,
no ale ja myślałem przede wszystkim o tym jednym. Niestety ono nie padło, a
mnie po pewnym czasie i tak ochota by o tym pisać opuściła.
I oto, proszę sobie wyobrazić, temat
wrócił zupełnie niespodziewanie, kiedy Dobromir Sośnierz pojawił się ponownie,
w tym samym zresztą programie i w towarzystwie tego samego tematu – swoją
drogą, wygląda na to, że ktoś w telewizji uznał, że skoro sprawa jest aż tak poważna,
bez paru błaznów się nie obejdzie – i tym razem całe swoje wystąpienie
poświęcił wspomnianej amantadynie, która
jakże niesłusznie jest wypierana przez o wiele droższe i o wiele bardziej
podejrzane szczepionki. A ja, rozumiejąc że mam już odpowiedź na swoje pytanie
sprzed kilku dni, mogłem się skupić na występie innego uczestnika dyskusji,
nieznanej mi pani z warkoczem reprezentującej Platformę Obywatelską. I oto,
proszę sobie wyobrazić, że owa osoba z macicą, poinformowała że pandemiczna
sytuacja w Polsce jest nadzwyczaj poważna, bo dotychczas zmarło już „100
tysięcy osób”, a po paru minutach ową liczbę powtórzyła i – tak, tak – ani za
pierwszym razem, ani za drugim, ani już do końca programu, ani prowadzący
rozmowę dziennikarz, ani biorący w niej udział politycy, ani nawet wydawałoby
się najbardziej kompetentny w zaniżaniu wszelkich liczb poseł Sośnierz, nie
zwrócił owej posłance uwagi na to, że dotychczas w Polsce w wyniku koronawirusa
zmarło niewiele ponad 50 tysięcy osób. 100 tysięcy? 50 tysięcy? A co to za
różnica? A jakie to w ogóle ma znaczenie? A niechby tam było nawet pół miliona
zmarłych... albo 10 tysięcy – kogo to obchodzi?
Przypomniało mi to nieco ów pamiętny
występ głównego specjalisty telewizji TVP Info, nagrodzonego niedawno
prestiżową nagrodą dziennikarską za zasługi dla walki z wirusem, Adama Gizy,
kiedy to ów wybitny umysł – tu również dwukrotnie – poinformował, że wedle
nowych zaleceń w kościołach będzie się mogło gromadzić „zaledwie 15 osób na
metr kwadratowy”, to jednak co mnie ani nie rozbawiło, ani nawet nie
zezłościło, lecz zwyczajnie pozbawiło wszelkich złudzeń co do sensu obserwowania
tego wszystkiego, to właśnie fakt, że jak się właśnie okazuje, dla nich – a
mówiąc „dla nich”, mam na myśli ich wszystkich – nie tylko nie ma znaczenia,
czy w kościołach może się modlić jedna osoba na 15 metrów kwadratowych, czy 15
osób na jednym metrze kwadratowym, ale nawet to, czy w wyniku epidemii zmarło w
Polsce 100 tysięcy osób, czy może dwa razy więcej, czy ewentualnie dwa razy
mniej.
Córka moja wzięła udział w spotkaniu
rodzinnym, podczas którego jej teść otrzymał od kogoś prezent w postaci dwóch
egzemplarzy książki zatytułowanej „Fałszywa pandemia”. W celu przybliżenia
nieco problemu, osoba wręczająca teściowi ów prezent wyjaśniła, że koronawirus
to wirus jakich wiele, jeśli ktoś zakażenie znosi gorzej niż inni, to jest to
kwestia indywidualnego braku odporności, a poza tym wirus pojawia się wyłącznie w śluzówce, a nie w samym organizmie, a zatem z testów uzyskujemy wyniki
całkowicie niewiarygodne. Książka jak
książka, prezent jak prezent, objaśnienie również byle jakie, to co natomiast
na nas wszystkich zrobiło wrażenie szczególne, to fakt, że teść mojej córki
przeszedł niedawno ową chorobę i to w takiej postaci, że nieomalże nie umarł, a
ów ciekawy człowiek, który postanowił mu ową książkę podarować, zrobił to po
to, by ten się aż tak tym co go spotkało nie przejmował, bo to w sumie nie było
nic szczególnie wielkiego.
Czytelnicy tego bloga być może pamiętają,
bo o tym tu już nie raz było, córka moja jest z zawodu biotechnologiem, w
związku z czym na pewnych rzeczach zna się znacznie lepiej ode mnie i nie tylko
ode mnie. Dziś wprawdzie jest przede wszystkim żoną i mamą, ijedyne co ma wspólnego z branżą, to
wspomnienia i wciąż żywe zrozumienie tematu, wystarczyło to jednak, by opowiedziała mi w
sposób dość obszerny, czym jest szczepionka, na temat której w tych dniach jest
wszędzie tyle szumu, jak działa i dlaczego jest w stu procentach skuteczna i
bezpieczna.Ponieważ dziecko moje ma ten
dar, że pewne choćby nie wiadomo jak skomplikowane kwestie potrafi tłumaczyć na
tyle jasno, że nawet jeśli mój stary łeb nie jest w stanie ich do końca
zrozumieć, to ja sam ich słucham z zainteresowaniem, poprosiłem je, by mi to
wszystko jeszcze raz powtórzyło, tyle że w formie pisemnej, tak bym jej opowieść mógł zamieścić tu na blogu, dla tych z nas, którzy nie mając pojęcia o niczym,
uważają, że to nic nie szkodzi, bo oni gdzieś coś usłyszeli i uznali za bardzo
ciekawe i wiarygodne. I tu córka moja przesłała mi link do rozmowy z kimś kogo
nie znam, a kto zajmuje się ową kwestią zawodowo i zachęciła do tego bym się z
owym tekstem zapoznał. Spróbuję więc zatem powtórzyć to co tam znalazłem i na
czym moje dziecko oparło swoją relację. Otóż...
Tradycyjne
szczepionki zawierają wirusa, który jest w stanie normalnie namnażać się w
komórkach, ale został całkowicie pozbawiony zdolności do wywołania choroby,
czyli został poddany tak zwanej „atenuacji”. Na tej zasadzie działają
szczepionki chociażby przeciwko wirusom świnki, odry, różyczki czy ospy
wietrznej. W przypadku tego typu szczepionek, może dojść do wywołania naturalnej
choroby. Każde zachorowanie, jak choćby w przypadku odry, łączy się wtedy z ryzykiem niebezpiecznych dla
zdrowia, a nawet życia, powikłań. Ryzyko to jednak istnieje, ponieważ podajemy
wirusa, który normalnie replikuje się w komórkach. Dlatego tam, gdzie można,
przechodzi się z wariantu atenuowanego na wariant, który nie zawiera
już zakaźnego wirusa, czyli w kierunku tak zwanej „szczepionki genetycznej”.
Prace nad nią zajęły ponad 30 lat. a chodziło o to, żeby maksymalnie
wyeliminować te jej elementy, nad którymi mamy niepełną kontrolę. Jako że w
przypadku wirusa atenuowanego, po podaniu szczepionki nie kontrolujemy go wcale,
chodziło o opracowanie technologii szczepionek rekombinowanych, gdzie realnie
nie występuje drobnoustrój (wirus czy bakteria), tylko białko wytworzone na
bazie genu kodującego. To białko jest produkowane w organizmie, takim jak np.
drożdże piekarskie, a następnie oczyszczane, dzięki czemu omijany jest cały
bałagan biologiczny związany z namnażaniem i oczyszczaniem wirusa. Nie ma
wirusa, ale dysponujemy jego oczyszczonym białkiem uzyskanym w innym,
niechorobotwórczym, organizmie.
Naukowcy poszli jeszcze dalej. Wyeliminowali
cały aspekt związany z wirusem jako takim i postanowili skłonić nasze własne
komórki, by produkowały to jedno wybrane białko wirusowe. Teraz nie ma w ogóle jakiejkolwiek
możliwości, że pojawi się w naszym organizmie wirus zakaźny. Jest tylko jeden
jego wybrany gen, o którym wiadomo, że koduje białko wirusa, które dobrze
stymuluje odporność. Aby osiągnąć cel, naukowcy podali do wnętrza komórki
krótki fragment tzw. informacyjnego RNA (mRNA), który koduje to jedno wybrane
białko wirusowe. Wtedy rybosomy naszej komórki same zaczynają to białko
produkować. Później, i to jest kolejna zaleta szczepionek genetycznych, białko jest
rozpoznawane jako antygen, który powstał wewnątrz komórki. Dzięki temunasza odporność
będzie zawczasu przygotowana na to, że zakażenie będzie miało charakter
wirusowy, a nasz organizm będzie lepiej i szybciej odpowiadał na to zakażenie.
I tu pojawiają się nasze lęki, a
mianowicie obawy, że wirusowy RNA zostanie włączony do ludzkiego genomu, co –
jak to pięknie pokazano w zabawnym krążącym w Sieci memie – spowoduje na
przykład, że zamiast stopy i pięciu ślicznych paluszków na jej końcu, będziemy
mieli jeden wielki paluch z równie wielkim paznokciem. Rzecz jednak w tym, że w komórce organizmu
człowieka jest to zwyczajnie niemożliwe, ponieważ do tego niezbędny jest bardzo
konkretny zestaw enzymów, które w takiej komórce nie występują. Kolejną cechą
RNA jest to, że wewnątrz komórki szybko zostanie ono zniszczone. Taka jest
naturalna kolej rzeczy w przypadku dowolnego RNA. Na przykład mRNA jest
produkowane na okrągło w każdej komórce, stanowi bowiem matrycę informacyjną,
na bazie której komórka produkuje swoje własne białka. Po wykonaniu zadania,
mRNA ulega zniszczeniu, a jeśli jest potrzeba, komórka syntetyzuje kolejną
kopię wymaganego mRNA.
Tymczasem my w szczepionce
podsuwamy informację, co komórki mają syntetyzować. Sztucznie dajemy informację
genetyczną, na bazie której zostanie wyprodukowane białko wirusa. Ważne jest,
że długość życia takiego mRNA jest krótka, przez co ono bardzo szybko zostaje
zlikwidowane. Komórka produkuje białka identyczne z wirusowymi. Potem te
białka, tak jak w przypadku każdego kontaktu z obcym antygenem, zostaną
rozpoznane przez tzw. profesjonalne komórki prezentujące antygen. One je
zabiorą do tkanki chłonnej i pokażą, iż znalazły obce białko. Zaprezentują je
limfocytom T pomocniczym, limfocyty pomocnicze rozdysponują informację o
antygenie pomiędzy limfocyty cytotoksyczne i limfocyty B produkujące
przeciwciała i dopiero wtedy będziemy pamiętać, żeby bronić się przed tym
wirusem. Wszystkie szczepionki działają według tego schematu.
Szczepionka, wbrew temu w co chcą wierzyć
niektórzy, nie jest wynikiem tego co zostało opracowane w ciągu minionych
miesięcy, lecz wiąże się z 30 latami pracy wielu osób oraz instytutów, a jej bezpieczeństwo
musiało zostać przebadane na etapie długotrwałych i skrupulatnych badań
klinicznych. Szczepienie daje nam odporność, omijając, i to w sposób bardzo
skuteczny, wszystkie wady związane z zakażeniem samym wirusem. Trudno sobie
wyobrazić, żeby stanowiło ono zagrożenie dla organizmu, bez względu na to, jak przerażające
scenariusze podsuwają nam najpierw plotki, a w dalszej kolejności nasza
wyobraźnia. Z biologicznego punktu widzenia, o żadnym ryzyku nie ma mowy.
I to tyle. A ja oczywiście nie będę
ukrywał, że to co tu możliwie przystępnie zacytowałem, w znacznej części stanowi dla
mnie kompletny bełkot. No ale ja jestem, jak wiemy, wyjątkowo słabo oczytany, w
dodatku zbyt leniwy, by się intelektualnie wysilać ponad to co mi przychodzi z
naturalną łatwością. Ponieważ wiem jednak, że wśród czytelników tego bloga
większość to osoby – nawet jeśli głęboko przekonane o tym, że mamy do czynienia
z tak zwaną „plandemią”, a szczepionkanas w naszym nieszczęściu tylko jeszcze bardziej pogrąży– znacznie
bardziej ode mnie inteligentne, mam nadzieję, że oni akurat sobie z tym
odpowiednio poradzą.
Mnie akurat wystarczyło zapewnienie mojego
dziecka, że szczepionka, która oto właśnie zaczęła do nas przybywać jest czymś
absolutnie najlepszym, jak to mówią w lepszym towarzystwie, EVER. Czego i
wszystkim życzę.
Bardzo lubię słowo gawiedź. Nie znam jego oficjalnej
definicji, ale nie przeszkadza mi to w używaniu go w odniesieniu do większej
gruby osób, które czegoś tam się domagają nie po to, by wyniknęło coś dobrego,
ale by inni nie mieli przypadkiem lepiej. Uważam, że właśnie ten epitet idealnie
pasuje do motłochu działającego z tak niskich pobudek. Nie prowadzę oczywiście
jakiegoś rankingu „gawiedzi”, ale aktualnie moim numerem jeden w tej kategorii
są osobnicy wyrażający zdumienie, że pomimo zamrażania kolejnych branż,
kościoły nadal pozostają otwarte.
Jeszcze nie spotkałem się, by właśnie ten „koronny”, mający być w założeniu
czymś w rodzaju podwójnego nelsona argument nie padł, gdy poruszany jest temat
koronawirusowych obostrzeń. Teoretycznie mogłoby to oznaczać, że w półświatku przerzucających
ciężary siłownia jest czymś w rodzaju miejsca kultu. Poniekąd zresztą jest to
prawdą, ale akurat z tego aspektu nie mam zamiaru dziś szydzić. Sam jestem w
jakimś stopniu uzależniony od aktywności fizycznej, więc rozumiem regulujących
sobie nastrój poprzez wysiłek.
Tym co naprawdę istotne w ocenie szyderczo i
zaczepnie rzucających w świat pytanie, jak to jest, że jak najbardziej będące
miejscem, gdzie gromadzą się ludzie, czyli kościoły pozostają – wprawdzie z
ograniczeniami – ale jednak dostępne, jest motywacja jaką się kierują. A nie ma
w niej za grosz szczerej troski o zdrowie wiernych. Chodzi wyłącznie o to, by
całemu temu kościółkowemu towarzystwu dać popalić. Przy okazji też rzecz jasna
pokazać, jaki ten cały PiS jest usłużny wobec kleru.
Gawiedzi oburzonej otwartymi
świątyniami, przez myśl nawet nie przejdzie, że kościół – w sumie obojętnie
jakiego wyznania, choć wiadomo, że w Polsce chodzi o ten katolicki – jest
jednak czymś zupełnie innym niż klub fitness, sklep z meblami, kino czy szkoła.
Nie mieści im się to w głowie z tego powodu, że są oficjalnie ateistami albo
też nigdy tak naprawdę nie uczestniczyli w Mszy Świętej z tzw. potrzeby serca.
Dlatego właśnie dla jednych i drugich czymś szczerze niepojętym jest szczególne
traktowanie miejsc kultu religijnego. To tym bardziej smutne dlatego, że naprawdę
nie trzeba samemu być osobą pobożną, by móc pojąć tę – wcale nie subtelną –
różnicę między nabożeństwem a na przykład godzinnym robieniem bicepsa i trójgłowego ramienia. Nie
mówiąc już o tym, że rola i miejsce Kościoła w historii naszego narodu powoduje,
że wypadałoby przynajmniej siedzieć cicho, a nie postulować zamknięcie świątyń
jak jakichś marketów z meblami.
Wiadomo jednak jak jest.
Nadzieja, że tego
rodzaju refleksje przemkną przez głowę antyklerykalnej tłuszczy są płonne. W
ich świecie kościół jest bytem przestarzałym i zbędnym, nie zasługującym nie
tylko na specjalne traktowanie, ale wręcz wymagający traktowania jak najgorszego.
Dlatego właśnie jakakolwiek próba wyjaśnienia, że nie można zrównywać go z
miejscem ćwiczeń lub konsumpcji skazana jest na porażkę. Zwłaszcza, że jak
przyznał mi wprost jeden z orędowników konieczności zamknięcia świątyń, on ma
gumy do rozciągania i hantle w domu, więc daje sobie bez siłowni radę, ale
dopóki nie zamkną katolom ich kościółków, on nie odpuści i będzie się tego domagał.
W jego świecie działa bowiem bardzo prosta zasada: nam coś "zabrano", zatem trzeba
zabrać i innym, bo na tym polega sprawiedliwość. Tego, że rozumując w ten sposób stawia
się w jednym z rzędzie, z tymi których sam pogardliwie nazywa "wąsatymi Januszami" oczywiście nie dostrzega.
Trochę z potrzeby chwili, ale głównie
jednak prowokowany przez kierujących wobec mnie swoje oczekiwania kolegów, parę
razy zabierałem tu głos w kwestii pandemii, ze szczególnym uwzględnieniem
wiarygodności tego wszystkiego co nam jest tu niezmiennie od pół rokuprzedstawiane.I stwierdzam z satysfakcją, że z wyjątkiem
paru chwil zwątpienia, przez cały ten czas zachowywałem pełną neutralność
spojrzenia, wychodząc jednego tylko założenia, że ja tu akurat nie mam
jakiejkolwiek wiedzy, a wszystko co wiem, to wyłącznie medialne doniesienia,
internetowe plotki, no i opinie znajomych, którzy tak naprawdę wiedzą dokładnie
tyle samo co ja, czyli nic. Konsekwentnie wręcz, starając się jakoś przeżyć ten
coraz to bardziej okropny czas, ani nie wpadałem w szczególną panikę, ani też
nie przeżywałem jakiegoś specjalnego wzmożenia, z tego powodu, że ktoś mi chce
odebrać wolność. Trzeba było siedzieć w domu, siedziałem w domu; trzeba było
chodzić w maseczce, chodziłem w maseczce; zamknęli mi na pewien czas mój park i
kościół, też jakoś ten czas przeżyłem i ani mi do głowy nie przyszło, by czy to
wpadać w złość, czy wręcz odwrotnie drżeć z przerażenia. Krótko mówiąc, ani
przez chwilę nie zachowywałem się tak jakbym wiedział coś więcej niż my
wszyscy.
I oto w tych dniach usłyszałem dwie
niezwykle smutne historie. Pierwsza z nich to ta, że bardzo bliska znajoma
pewnego mojego kolegi, 43 lata, dwoje dzieci, bez jakichkolwiek zdrowotnych
zmartwień, w poprzednią sobotę poskarżyła mu się, że bierze kaszel, po kilku dniach
trafiła do szpitala z objawami koronawirusa i po paru następnych zmarła.
Opowiedziałem oczywiście o tym żonie i córce i proszę sobie wyobrazić, że one
się wystraszyły, oczywiście głównie ze względu na to co stać się może przede
wszystkim mnie. Żona moja w pewnym momencie wpadła w taką panikę, że nagle
zaczęła powtarzać, że my wszyscy zachorujemy i umrzemy, i ta myśl ją trzymała
tak mocno, że trzeba jej było nalać małego drinka dla oczyszczenia krwi i
naprostowania żył.
Drugą historię opowiedział mi mój, znany
nam tu trochę, kolega psychoterapeuta. Otóż pojawił sie ostatnio u niego pewien
człowiek z takim oto kłopotem, że on nie wierzy w wirusa, uważa że to co się
dzieje to straszna ogólnoświatowa manipulacja, zorganizowana przez Rząd
Światowy w celu zniewolenia ludzkości, i to kłamstwo go do tego stopnia
wyprowadza z równowagi, że on praktycznie nie jest w stanie funkcjonować.
Oczywiście maseczki nie nosi, ani na ulicy, ani w sklepie, ani w pracy, przez
co jest narażony zarówno na nieprzyjazne uwagi ze strony zarówno obcych jak i
znajomych, a w pracy panuje taka atmosfera, że on się tam czuje jak trędowaty.
W dodatku niedawno zaszedł ze swoim małoletnim dzieckiem do sklepu i, o zgrozo,
przed wejściem dziecko założyło na twarz maseczkę, bo „pani w szkole mówiła, że
trzeba zakładać”. I to wydarzenie być może sprawiło, że on już jest na granicy
psychicznej rozsypki, nie jest w stanie się na niczym skupić, rozmawiać z
ludźmi o czymkolwiek innym jak o tych czipach, które niedługo nam wszystkim
założą, no i oczywiście nie śpi po nocach, bo co zaśnie, to się budzi z
wrzaskiem. No i to ostatecznie sprawiło, że się zgłosił po psychoterapeutyczną
poradę.
A ja w tej sytuacji chciałbym
zakomunikować, że to o czym opowiedziałem wyżej pozwoliło mi uzyskać pewną bardzo
konkretną optykę odnośnie tego co było, jest, i prawdopodobnie jeszcze przez
jakiś czas będzie. Otóż wszyscy pewnie znamy stary jak świat argument dotyczący
równie starego sporu, czy Bóg istnieje, czy to jest tylko taka bajka wymyślona
przez nasze małpy w obawie przed zaćmieniami słońca, trzęsieniami ziemi, a
nawet zwykłymi błyskawicami. Wedle owego argumentu, jeśli Boga nie ma, to
wszyscy ci, co w Niego nie wierzą nie poniosą najmniejszej szkoda, poza może
tym jednym dyskomfortem, że przez całe życie musieli tracić nerwy widząc tych
klęczących przez nie wiadomo czym niby normalnych ludzi. Jesli jednak On jest,
to może się okazać, że może nie warto było się tak zapędzać. I to nie warto
bardzo, a to bardzo. Ci z kolei co wierzą, nigdy ni stracą, a mają szanse nawet
coś wygrać. I to też nie byle co.
Przypomniał mi się ten argument, właśnie
dziś, bo czyż sytuacja na covidowej scenie nie jest podobna? Jeśli bowiem ta
cała pandemia jest wyłącznie okrutnym oszustwem, co ja tracę, zakładając
maseczkę i nie pchając się w miejsca, gdzie kłębią się tłumy? Najwyżej mnie
zaczipują, ale co mnie to obchodzi, jeśli tylko nie będzie mnie to bolało i
dodatkowo jakoś poważnie się od tego nie pochoruję. Naprawdę, mam wiele innych
ważniejszych i w żaden sposób nie związanych z tym co sobie planuje Światowy
Rząd, zmartwień i zwykłych zainteresowań. Gdyby jednak miało się okazać, że ten
wirus istnieje i w dodatku jest groźny jak cholera, to przepraszam bardzo, ale
nie sądzę, by demonstracyjne go lekceważenie mogło mi przynieść jakiekolwiek
korzyści. Że wyglądałem jak idiota w tej maseczce, czy przyłbicy? Nie sądzę, że
bardziej głupio niż z tymi wszystkim rurkami wetkniętymi w gardło w sali na sto
osób.
Wczoraj, podczas tak zwanych „godzin
seniora”, z dumnie trzymaną w dłoni legitymacją emeryta, zaszedłem do „Żabki” po
piwo, i kiedy już wychodziłem wszedł do środka taki bardziej ohydny kibic z
szalikiem Gieksy na ryju i zażyczył sobie fajki. Sprzedawczyni mu oczywiście
powiedziała, żeby przyszedł po 12, na co ten, wciskając mi w ręce pięć dych,
zwrócił się do mnie, żebym to ja mu kupił te papierosy. Ponieważ nie miałem
rękawiczek – wspominałem już, że staram się nie przesadzać – wysłałem go na
drzewo, na co on nazwał mnie „chujem jebanym, w dupę pierdolonym”. Chyba nikt
nie myśli, że się przejąłem. Jestem przyzwyczajony. Julki i jej koleżanek ze
Strajku Kobiet nawet on nie przebije.
Na
tyle na ile udało mi się zauważyć, wśród wielu ekspertów wynajmowanych przez
popularne media do komentowania pandemii, pierwszym gościem zarówno telewizji
TVN24, portalu onet.pl, oraz oczywiście „Gazety Wyborczej” jest prof. Krzysztof
Simon, „członek Komitetu Immunologii i
Etiologii Zakażeń Człowieka Polskiej Akademii Nauk, wiceprzewodniczący
Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, sekretarz
Polskiego Towarzystwa Naukowego AIDS, prezes Polskiego Towarzystwa
Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, i wreszcie ordynator 1. Oddziału
Chorób Zakaźnych w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. J.
Gromkowskiego przy ul. Koszarowej we Wrocławiu oraz konsultant wojewódzkim
w dziedzinie chorób zakaźnych”. To co w przypadku owej gwiazdy zwraca
szczególną uwagę, to poza nieustannym podróżowaniem między wspomnianymi
redakcjami, jego niezwykle silne zaangażowanie nie tylko, a może nawet nie
przede wszystkim, w sprawy związane z covidową zarazą, lecz w bieżącą walkę
polityczną. Przyznaję, że siłą rzeczy nie miałem zbyt wiele okazji, by śledzić
komentarze prof. Simona, to jednak co udało mi się usłyszeć, pozwala uznać, że
mimo wszystkich wspomnianych dystynkcji, z niego lekarz jak nie przymierzając z
koziej dupy trąba, czy może bardziej konkretnie – jak z niegdysiejszego Jacka
Santorskiego psycholog. Krótko mówiąc, Simon to przede wszystkim jeszcze jeden
członek któregoś z wielu opozycyjnych ruchów od KOD-u, przez Obywateli RP, na
Strajku Kobiet skończywszy. Gdy chodzi natomiast o jego przydatność jako
eksperta z zakresu epidemiologii, to proszę sobie wyobrazić, że zaledwie w
ciągu 4 dni udzielił on dwóch dłuższych wypowiedzi portalowi onet.pl, które
chciałbym zacytować w najbardziej istotnych fragmentach. Otóż najpierw prof.
Simon, wypowiadając się na temat ryzyka zakażenia, powiedział co następuje:
„Wbrew obiegowym opiniom, o zakażeniu
koronawirusem SARS-CoV-2 i przebiegu choroby COVID-19 nie zawsze jednak
decyduje wiek. Zdarza się, że nawet dziewięćdziesięciolatkowie nie chorują,
mają jedynie lekkie przeziębienie. Natomiast pod respiratory trafiają ludzie
młodzi, w wieku zaledwie 30-45 lat, nadwrażliwi na zakażenie”.
Jasne? Jasne. Dziwimy się? Ależ skąd! Nie
trzeba być profesorem nauk medycznych, by to wiedzieć na podstawie prostych
obserwacji. To jednak co zrobiło na mnie wrażenie, to wczorajsza wypowiedź
Profesora, również na ten sam temat, a więc szans jakie mamy, by się uchronić.
Posłuchajmy:
„Demonstracje odbywają się na
świeżym powietrzu i jakieś ryzyko zakażenia jest, niewielkie. Ktoś powiedział,
że to się w takim razie również odnosi do cmentarzy, a tymczasem my jedno
krytykujemy, a drugie nie. Ale proszę zwrócić uwagę, że tu jest mowa o innej
populacji.Nie do końca można porównać ryzyko zakażenia
wirusem SARS-CoV-2 podczas ulicznych manifestacji z tym, jakie istniałoby na
cmentarzach. To jest coś innego”.
Tu na chwilę owemu ciekawemu profesorowi
przerwę, by zwrócić uwagę na to, co się stało. Otóż wedle jego naukowej wiedzy,
gdy chodzi o podatność na zakażenie wirusem, wiek nie ma nic do rzeczy. Jak
zresztą stwierdza on w innym miejscu, to co się przede wszystkim liczy to
wielkość wchłoniętej dawki, a ta nie koniecznie wybiera. Jednocześnie jednak,
podczas gdy nie liczy się ani szczególnie wiek, ani poziom indywidualnej odporności,
to z pewnością znaczenie ma miejsce, w którym się narażamy na atak wirusa: na
ulicach podczas demonstracji jest właściwie bezpiecznie, podczas gdy na
cmentarzach musimy uważać, zwłaszcza gdy nie jesteśmy młodymi, politycznie
zaangażowanymi idiotami, ale starymi pisowcami.
&*##@%))+?
I oto teraz pozwolę sobie wrócić do
wypowiedzi Profesora, gdzie ten tłumaczy nam logikę swojej wypowiedzi. Otóż tu
nawet nie chodzi o miejsce, a może nawet do końca nie o wiek. To czy człowiek
jest młody, czy stary też w istocie rzeczy o niczym nie decyduje. Rzecz w
odpowiednim połączeniu wieku z intencjami, z jakimi się wystawiamy na
koronawirusową agresję. Posłuchajmy raz jeszcze:
„Ludzie na ulicach to są młodzi ludzie, którzy nie tolerują tego, co się
w tym państwie dzieje. Oni nie walczą z epidemią, oni walczą o wolność.
Szczególnie kobiety. Naruszaną przez naszych domorosłych talibów. 70-80 proc.
społeczeństwa protestuje przeciwko ciągłym awanturom w tym kraju”.
Ktoś się zapyta, co mnie w tych dniach
wzięło na zajmowanie się jakimiś freakami. Najpierw próbuję tłumaczyć jakimś
satanistom, czym jest tak zwana „wolność wyboru”, następnie biorę się za dwóch
wariatów, którzy widząc jak dramatycznie mało mają do powiedzenia, uznają, że
może im sie uda wejść na scenę demonstrując światu dziurę w swojej dupie, no a
dziś zajmuję się tym cudakiem, który z jednej strony, jak się zdaje, świata nie
widzi poza zaszczytami, którymi jest regularnie karmiony przez swoich kumpli
lekarzy, a z drugiej jest do tego stopnia głupi, że nie jest w stanie zauważyć,
że w swojej jakże typowej starczej histerii, wszystkie owe zaszczyty w paru zaledwie
zdaniach unieważnia.
Otóż chodzi o to, że ja naprawdę bardzo
źle znoszę ten rodzaj obłędu, i to niezależnie od tego, czy jego ofiarą pada
sędzia, lekarz, pisarz, nauczyciel, czy artysta estradowy. Wystarczy mi to, że
z jednej strony mamy ową kompromitację, a z drugiej świat, który ma ją przed
oczami, a zachowuje się jakby ona była idealnie przezroczysta. Krzysztof Simon
jest lekarzem – nie uzdrowicielem, nie czarownikiem, nie znachorem, lecz lekarzem
– a więc kimś do kogo przychodzą obcy ludzie z nadzieją, że ten im pomoże w ich
pandemicznych zmartwieniach. Przychodzą więc, a tymczasem pierwsze pytanie
jakie pada w trakcie wywiadu, to „Co dla pani jest ważniejsze? Wolne sądy, czy prawny
zakaz aborcji? Wolne sądy? Brawo! Nie jest pani talibem. Mam dla pani dobrą
wiadomość: może pani zdjąć maseczkę”.
„Co dla pani jest ważniejsze? Wolne sądy,
czy prawny zakaz aborcji? Zakaz aborcji? Wypierdalać!”
A my się dziwimy, że już nawet do Stanów
Zjednoczonych dotarło zjawisko masowych fałszerstw wyborczych.
Dziś, na zakończenie tego zabawnego, a jednak jakoś też przerażającego tygodnia, chciałbym przedstawić swój ostatni felieton do „Warszawskiej Gazety”. Mam nadzieję, że da nam on nieco wytchnienia.
Kiedy Trybunał Konstytucyjny ogłosił niekonstytucyjność tak zwanego kompromisu aborcyjnego, zjednoczone oddziały George’a Sorosa rzuciły się do ataku na wszystko co im się dotychczas kojarzyło ze znienawidzoną władzą, a więc przede wszystkim na Kościół Powszechny, w drugiej kolejności na Jarosława Kaczyńskiego, a na samym końcu na Polskie Państwo, w tym wypadku reprezentowane przez Polską Policję. A ja w pierwszym naiwnym odruchu pomyślałem sobie, że może to i dobrze, bo skoro pretekstem do owej agresji była obrona niezliczonych ludzkich istnień ludzkich przed okrucieństwem przemysłu aborcyjnego, a więc coś na co wielu z nas – w tym również i ci, którzy PiS-u szczerze nie znoszą – z utęsknieniem czekało, to może wreszcie dojdzie do pewnego uspokojenia politycznych emocji, przynajmniej po stronie tak zwanej prawicy. Niestety, z tego co widzę, na nic tego typu się nie zanosi. Wręcz przeciwnie, widząc że na ulicach i tak kłębią się wielotysięczne tłumy dzieciarni, w sąsiedztwie pojawiły się równie pobudzone i niemal równie liczne grupy protestujące przeciwko maseczkom, zamykaniu siłowni, oraz wmawianiu Polakom, że coś takiego jak pandemia w ogóle istnieje. Oczywiście, niemal w tym samym momencie odezwał się też minister Gowin i wraz ze swoją świtą zakomunikował, że „nie ma zgody na zmuszanie kobiet do heroizmu”. No i dziś jest tak, że do kompletu brakuje już tylko rolników, którzy zaraz po mszy przyjadą na Nowogrodzką i zaleją Prezesowi całe obejście gnojówką i świńskimi ryjami. A wszystko z myślą, że owe drżące z przerażenia płody mogą poczekać na wymianę rządu
Myślałem więc przez chwilę, że może tego akurat uda nam się uniknąć i owa szturmująca kościoły patologia, widząc że nie ma już na co liczyć, znudzi się i wróci do domu. A dziś, gdy wszystko zmierza do tego, by wspomniane kościoły zaczęły płonąć tak jak choćby we Francji, a księża byli wyciągani ze swoich domów i kopniakami wyrzucani na ulicę, a ja nie mogę się nadziwić, z jaką cierpliwością policja uważa, by żadnemu z tych gówniarzy nie zrobić krzywdy, myślę sobie, że nadszedł idealny moment, by polski rząd przeprowadził pewien szczególny eksperyment. Otóż ja byłbym za tym, żeby, jeśli sytuacja po wszystkich stronach się nie uspokoi, premier Morawiecki stanął przed kamerami i ogłosił, że w związku z kompletnym brakiem zrozumienia dla jego starań, by ratować Polskę przed zarazą koronawirusa, informuje się że od dziś wszyscy mogą sobie swoje maseczki założyć na czoła, siłownie, sauny, baseny, stadiony zostają otwarte, szkoły uczą w trybie stacjonarnym, wszelkie eventy mogą być organizowane bez przeszkód, rząd wraz z prezydentem udają się na wakacje na Seszele, a Polską od dziś niech się zajmuje Borys Budka z Jarosławem Gowinem i Martą Lempart.
I to byłby moment, kiedy ja bym wyszedł na balkon i tak tam siedział cały dzień, obserwując reakcję ulicy.
Nie wiem czy ktoś jeszcze pamięta, jak
parę lat temu dyrektor, czy może ordynator, pewnego szpitala w Pszczynie
zdecydował przesunąć kilkaniewykorzystywanych łóżek z jednego oddziału na drugi, gdzie one były
bardzo potrzebne, i w jednej chwili, gdy okazało się, że są to łóżka zakupione
z pieniędzy zebranych podczas kolejnej akcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej
Pomocy i ostemplowane owsiakowymi serduszkami, pod sam szpital zjechały
ciężarówki wysłane przez samego Capo Di Tutti Capi, na które wszystkie te łóżka
zostały zapakowane i wywiezione w nieznanym kierunku. Czemu tak? Tłumaczenie
było proste. Nie po to Pan Kapo organizuje całą akcję, określa jej cele i
swoje w nich zasługi, by ktoś tam później, bez porozumienia z nim, odpowiednie
akcenty przesuwał sobie jak chce. Wtedy to też na te kilka dni, zanim temat
został starannie zagłuszony przez tematy kolejne, cała Polska dowiedziała się,
że to wcale nie jest tak, że Owsiak komukolwiek cokolwiek daje – on zaledwie ów
sprzęt leasinguje w ramach prowadzonej przez siebie działalności gospodarczej, gdzie
cała akcja wliczana jest do kosztów promocji.
Przyznam ze smutkiem, że jako osoba
boleśnie doświadczona tak bardzo bezczelną obecnością tego człowieka i jego niebywałą
wręcz bezkarnością, nie liczyłem na to, że ów gest w postaci owego
spektakularnego wywiezienia łóżek ze szpitala w Pszczynie w istotny sposób
zmieni atmosferę panującą wokół tego geszeftu. Nie miałem cienia
wątpliwości, że wystarczy chwila by odebranie łóżek owemu szpitalowi przestało
mieć choćby najmniejsze publiczne znaczenie. Mało tego: ja byłem przekonany, że
większość z nas nawet nie zapamięta owej, w pewnym sensie zupełnie kluczowej,
informacji, że tu nikt nikomu nic nie daje; że to jest wyłącznie pożyczka,
którą prędzej czy później trzeba będzie zwrócić.
I nie minęło wiele lat, a tu wygląda na
to, że tym razem ta bezczelność zostanie wreszcie ukarana, a kto wie,
czy nie przyniesie mu tym razem końca owej niebywałej kariery. Oto Jerzy
Owsiak, poproszony przez pewien lubelski szpital, by na czas nasilenia tak
zwanej pandemii zgodził się przesunąć kilka nieużywanych łóżek na potrzeby osób
umierających na COVID19, oświadczył, że mowy nie ma, on swoich łóżek nie odda, ale
co więcej, dodał do tego informację, że on w życiu przez swoją działalność nie
planował zastępować polskiego państwa, on nigdy nie sugerował, że jego projekt
w jakikolwiek sposób usiłuje konkurować z tym co dla polskiej służby zdrowia
robi polskie państwo, a zatem on prosi uprzejmie, by owo państwo się
odpieprzyło od tego co owsiakowe, a jeśli ma jakieś potrzeby, niech owe
potrzeby realizuje na własny rachunek.
Kiedy doszła do mnie owa informacja, w
pierwszej chwili pomyślałem, że to jest kolejny fejk. No bo nie ukrywajmy,
Jerzy Owsiak to człowiek – choć jak większość przestępców, odpowiednio cwany –
o wyjątkowo ograniczonych możliwościach intelektualnych, niemniej jednak nie na
tyle głupi, by któregoś dnia uznać za stosowne zwariować. A tu tymczasem, z
niezrozumiałego dla mnie kompletnie powodu, zupełnie jakby nie spostrzegł, że
cały świat dostał kompletnego świra na punkcie wspomnianego koronawirusa i na
ten czas nikt – choćby amerykański prezydent, czy polski premier – nie jest na
tyle mocny, by się owemu szaleństwu postawić, ów Owsiak uznał za stosowne się
temu wszystkiemu postawić, zupełnie jak jakiś lokalny działacz Konfederacji,
który rzucił się na przechodzącego policjanta i zdarł mu maseczkę z twarzy,
wrzeszcząc że maseczki nie chronią. Gdyby ktoś wciąż nie rozumiał o czym mówię,
już doprecyzowuję.
Otóż, jak część z nas z pewnością
zauważyła, mamy od pół roku do czynienia z ogólnoświatową histerią, której
przyczyny i celu nikt z nas nie zna. Oczywiście, pojawiają się tu i ówdzie
akcje typu LGBT, czy Black Lives Matter, jednak nie da się ukryć, że żadna z
nich nie jest w stanie konkurować z pandemią. Oczywiście, są wśród nas osoby –
przyznaję z bólem serca, że w tym również moi najbliżsi kumple – które są
gotowe oddać życie w obronie swojego prawa do bycia wolnym. One jednak, jak sądzę,
poruszają się wyłącznie w przestrzeni swoich prywatnych obsesji, z których
niewiele wynika. Tu jednak mam do czynienia z naprawdę wyjątkowym projektem,
powiedziałbym wręcz że z projektem stanowiącym mit założycielski Trzeciej RP. I doprawdy nie jestem w stanie zrozumieć, jak ktoś kto sam jest wyłącznie wytworem
czarnej propagandy i nie ma najmniejszego powodu, by wykonywać jakieś
niespodziewane ruchy, postanawia wystąpić przeciwko całemu światu, uwięzionemu
w sidłach propagandy, której historia nie znała. Jak to jest możliwe, że
człowiek, który, było nie było, na dziesiątki lat zdobył serca większości
wielkiego narodu w samym centrum Europy, nie był w stanie zauważyć, że pojawił
się przeciwnik, któremu on nie dorasta do pięt? I uznał za konieczne się mu postawić.
Oczywiście nie będę się tu zakładał, że
jak zawsze mam rację, bo jak wiemy niespodzianki czyhają na nas z każdej
strony, uważam jednak, że to co odstawił właśnie Jerzy Owsiak, nie dość że go
zniszczy biznesowo, to jeszcze, jako osobę w konsekwencji pozbawioną
odpowiedniej ochrony, doprowadzi do tego, że on resztę życia spędzi na salach sądowych, a kto wie, czy nie za kratami. Czemu tak? A temu mianowicie, że w tym świecie każda okazja jest
wykorzystywana w jednej chwili. Nie oszukujmy się bowiem, Owsiak ani przez
chwilę nie działał na pustym polu.
Na sam koniec chciałbym parę słów
poświęcić temu co moim zdaniem zainicjowało ostateczny upadek Jerzego Owsiaka –
czyli pandemii. Mam serdecznego kumpla, który mi niedawno zakomunikował, że
liczba zakażeń w Polsce, podobnie jak liczba zgonów jest podobna do tego co
mieliśmy wiosną. Od tego samego kumpla dowiedziałem się też, że informacje
jakoby liczba zakażeń w Niemczech sięgnęła poziomu z wiosny, to fejk. Jego
zdaniem jest wręcz odwrotnie: w Niemczech liczba zakażeń osiągnęła właśnie
poziom najniższy od miesięcy, a cała reszta to wyłącznie propaganda. Ja
oczywiście wiem, o co tu chodzi. W języku angielskim to nosi nazwę „echo
chamber”, a zatem jest to coś, czego, kiedy człowiek już zaryzykuje, uniknąć
zwyczajnie nie ma sposobu. Stąd też słyszymy to tu czy tam wypowiedzi z których
wynika, że ten cały koronawirus to jakiś żart, więc nie ma się co nim
przejmować. Powiem szczerze, że w życiu bym się nie spodziewał, że do tego
towarzystwa dołączy Jerzy Owsiak. Wygląda jednak na to, że odpowiedni poziom
szaleństwa wyznaczył Donald Tusk i oni wszyscy nie znaleźli na to odpowiedzi. I
to jest informacja wręcz fantastyczna.
PS. Już po napisaniu tego tekstu dotarła do nas wiadomość, że u Jerzego Owsiaka stwierdzono koronawirusa. Daję słowo, że kiedy myślałem o tym, że jego owa pandemia wykończy, chodziło mi wyłącznie o efekt biznesowy. Skoro jednak czas nas wyprzedza, możemy się już tylko zastanawiać, czy nie wypadałoby go teraz umieścić w szpitalu w Lublinie.
Jak pewnie część Czytelników tego
bloga wie, naszą całą rodzinę łączy jedna wspólna pasja, mianowicie angielska
liga piłkarska, ze szczególnym uwzględnieniem drużyny Liverpool FC. Oczywiście,
każdy z nas ma różne, często bardzo osobne zainteresowania, przyznać jednak
trzeba, że Premier League z Liverpoolem na czele to coś co nas zdecydowanie integruje.
Doszło do tego, że wykupując abonament w telewizji nc+, jedynego w Polsce
źródła pokazującego angielskie mecze, zmuszeni byliśmy do zapłacenia za najdroższy pakiet, włącznie z całą kupą kanałów, potrzebnych nam mniej
więcej tak samo jak to co nadaje telewizja Biełsat.
O czym to świadczy? O dwóch rzeczach
mianowicie. Pierwsza to ta, że my faktycznie jesteśmy kompletnie szaleni płacąc
dwie stówy miesięcznie tylko po to, by móc regularnie śledzić to co się
dzieje na angielskich boiskach, druga natomiast to owa cena, która musi nas
informować o tym, jaki to jest biznes i jaka jest w niego zaangażowana forsa,
że my tu nie jesteśmy w stanie uhandlować z nc+ takiej umowy, że oni nam
zabiorą wszystko, zostawiając wyłącznie te mecze, tyle że choćby o połowę
taniej. Mowy nie ma. Takie rozwiązanie nie istnieje.
A zatem ciągniemy tak tydzień za
tygodniem, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem, z przerwą na wakacje, i jedyne
co się ostatnio zmieniło to oczywiście atak pandemii, który najpierw wstrzymał
wszelkie rozgrywki, a po pewnym czasie, gdy się okazało, że straty są zbyt
wielkie, wznowił je, tyle że już bez udziału publiczności. Oglądamy więc te mecze,
prowadzone na pustych stadionach i publicznością wyłącznie napędzającą biznesy
takie jak Canal+, który jest europejskim właścicielem praw do tych akurat
transmisji, a ja pomyślałem sobie, że podzielę się z Czytelnikami pewną moim
zdaniem bardzo ciekawą obserwacją.
Otóż, proszę sobie wyobrazić, że pierwsze
mecze rozgrywane bez udziału publiczności wyglądały tak, że otoczeni pustymi
trybunami piłkarze jak zawsze wypruwali z siebie żyły, a jedyne odgłosy jakie
towarzyszyły owemu wysiłkowi to wrzaski samych piłkarzy oraz obecnych na
stadionie ekip. Przyznać muszę, że robiło to wrażenie dość upiorne. Kiedy
jednak okazało się, że pandemia jeszcze przez jakiś czas potrwa,
organizatorzy owych rozgrywek, z myślą o tych wszystkich którzy płacą za telewizyjne transmisje, uznali że wypada stworzyć im iluzję, że na tych trybunach jednak
ktoś jest i wpuścić w eter odgłosy tradycyjnej stadionowej wrzawy. Trwało to
przez pewien czas, a kiedy znów okazało się, że gdy chodzi o koniec pandemii, to
jeszcze nie nadszedł ten czas, inżynierowie dźwięku stworzyli program, który
doprowadził do tego, że od czasu do czasu wśród owej wrzawy można było usłyszeć
tradycyjną kibolską pieśń, a po strzeleniu bramki w naszych telewizyjnych
głośnikach rozlegał się odpowiedni wrzask. Minęły kolejne tygodnie i jak widzę,
dziś jest tak, że odgłos z trybun jest już jak żywy, do tego stopnia, że kiedy
zawodnik zostaje sfaulowany rozlegają się gwizdy, a kiedy sędzia wydaje błędną
decyzję z głośników leci w naszym kierunku piękne buczenie. Oczywiście, wciąż
nie jest jeszcze idealnie, ale kiedy obserwuję dotychczasowy postęp, jestem
pewien, że już niedługo nie dość że dostaniemy doskonałą wręcz iluzję dopingujących trybun,
ale też autentycznie realistyczny ich widok. W końcu, jaki to jest problem, by
w dobie i tak rozwiniętej już bardzo, ale wciąż się coraz bardziej rozwijającej techniki
komputerowej, stworzyć nie tylko dźwięk, ale i obraz publiczności? Wówczas już
nie będzie naprawdę najmniejszej potrzeby, by kończyć z pandemią i zacząć
wpuszczać na trybuny publiczność.
Ktoś powie, że to nie jest tak do końca. W
końcu ludzie płacą za bilety, a niektórzy nawet mają wykupione sezonowe
karnety. Spokojna jednak nasza głowa. Jak się dowiaduję, wartość samych
zakładów piłkarskich przekracza wielokrotnie wartość całej ligi, a zatem jak
się w stosunku do tego mają owe drobne, wydawane przez kibiców na wejście na
stadion?
A zatem perspektywa gdzie kibice staną
się zupełnie zbędni jest jak najbardziej realna, nawet po wynalezieniu
szczepionki przeciwko COVID-owi. I też zupełnie realna jest nasza obawa, że z
czasem nawet najbardziej zagorzali kibice uznają, że znacznie lepiej kibicuje
się z domu. Co do piłkarzy, ci nie będą mieli nic do gadania, wystarczy że
dalej będą dostawać te swoje setki tysięcy funtów tygodniowo.
Ktoś powie, że te dzisiejsze refleksje
są okropnie smutne, a i to w najlepszym wypadku,bo tak naprawdę, zapowiadając coś co zawstydzi
nawet ów słynny Nowy Wspaniały Świat, trzeba by je było nazwać przerażającymi.
W tej sytuacji jednak chciałbym opowiedzieć o czymś co mnie w tym wszystkim
naprawdę pocieszyło. Otóż trzeba nam wiedzieć, że w bieżącym sezonie do Premier
League awansowała drużyna o nazwie West Bromwich Albion. Oglądałem wczoraj ich
występ przeciwko utytułowanej Chelsea, swoją drogą, choć pechowo przegrany, to
bardzo dzielny, słuchałem wrzasku nieistniejącego tłumu, jego buczenia, jego
oklasków, ale też patrzyłem na trybuny, wciąż jeszcze bez choćby i wirtualnej
publiczności, za to z krzesełkami przykrytymi wielkimi płachtami z napisami,
świadczącymi o tym, że znajdujemy się na stadionie w West Bromwich, a wśród
nich naczelne miejsce zajmował wielki napis „THE LORD IS MY SHEPHERD”, co z myślą o
nie posiadających języków obcych wyjaśniam, tłumaczy się na polski jako „Pan
jest moim Pasterzem”.
Przyznam że to mną naturalnie
wstrząsnęło. Biorąc pod uwagę fakt, że dzisiejszy świat poszedł w tym kierunku,
że o żadnym Panu, a w dodatku jeszcze Pasterzu, mowy być nie może, a dodatkowo
sami piłkarze, solidarnie przed każdym meczem padając na kolana, bardziej niż
na owym Pasterzu, skoncentrowani są na oddawaniu honorów czarnym ofiarom
rzekomej brutalności amerykańskiej policji, ów wers o Panu i Jego owcach robi
wrażenie piorunujące. Sprawdziłem oczywiście sprawę i oto co się okazuje. Tak
jak każda piłkarska drużyna na całym świecie ma swoją kibolską pieśń, którą
traktuje jako część tradycji, tak też, jak się okazuje, kibice West Bromwich
Albion jeszcze przed laty postanowili śpiewać ów psalm.
Czy to o czymś świadczy? Nie sądzę. W
końcu nawet brytyjska królowa, jako głowa Kościoła, od czasu do czasu czyta
Pismo Święte. Co ona z niego wynosi, to zupełnie inna sprawa, jednak faktem
jest, że owe brytyjskie zbrodnie były jak najbardziej usprawiedliwiane tym co
im się udało znaleźć w Piśmie. Jednak przy tym wszystkim, jeśli kibice drużyny
West Bromwich Albion, wspierając swoją ukochaną drużynę, tradycyjnie śpiewają
pieśń, której słów nawet nie rozumieją, natomiast my tu w Polsce jak
najbardziej, to trzeba powiedzieć, że są rzeczy, których nie zniszczy całe zło
tego świata. Pan jest bowiem moim Pasterzem, niczego mi nie braknie, On pozwala
mi leżeć na zielonych pastwiskach.
I z tą informacją pozwalam sobie nas
wszystkich zostawić. Posłuchajmy jeszcze tylko kiboli. Ze starych, dobrych, przedcovidowych czasów.
Od pewnego, dłuższego już czasu nie mam
najmniejszej ochoty podejmować tematu tak zwanej pandemii, choćby z tego względu, że nie mam ochoty wchodzić w złe towarzystwo, a biorąc pod uwagę
fakt, że z każdym dniem, gdy o ową pandemię właśnie chodzi, coraz częściej
przypomina mi się słynna dylanowska fraza: „For
something is happening here and you don’t know what it is, do you Mr. Jones?”,
to wydaje mi się, że każde moje słowo na ten temat zasługuje na to, by je w
jednej sekundzie unieważnić i zapomnieć. Bo w rzeczy samej, mimo że wielu z nas
odczuwa nieopanowaną potrzebę zabierania głosu w tej sprawie, przy czym
większość robi to w głębokim przekonaniu, że celność formułowanych spostrzeżeń poraża
wszystkich i każdego, nikt z nas na temat tego co się od miesięcy wokół nas
dzieje nie ma najmniejszego pojęcia.
Ale
nie tylko przecież nikt z nas. Najprawdopodobniej o tym z jakim projektem mamy
do czynienia pojęcia nie ma nikt na całym Bożym świecie, z wyjątkiem... no i
tego też nie wiemy, a ów wyjątek musimy uwzględnić z tego prostego względu, że
ktoś to wiedzieć z całą pewnością musi. A ja mam tu tylko wiadomość dla tych z
nas, którzy zarzucają polskim władzom, że czy to ze zwykłego cynizmu, czy z
ordynarnego tchórzostwa, prowadzą nasz naród do zagłady, że ani Minister
Zdrowia, ani Premier, ani Prezydent, ani nawet sam Prezes też tego nie wiedzą,
tyle że znaleźli się – tak jak my wszyscy – w tej pułapce i póki co – podobnie
jak my – nie mają z niej żadnego wyjścia. No może tyle tylko, że tak samo jak
my możemy w geście protestu usiłować wejść do sklepu bez maseczki, czy napisać
szyderczy komentarz na Facebooku, tak i oni mogą nie założyć maseczki w kinie,
czy nawet wyjechać do Hiszpanii na urlop.
Oglądam w tych dniach w telewizorze US
Open i oczywiście uśmiechając się wesoło na wspomnienie groźnych zapowiedzi
zarówno kierownictwa Eurosportu, jak i samych zawodników, że z powodu kolejnego
morderstwa dokonanego przez białych policjantów na czarnym Bogu ducha winnym
obywatelu, jeśli ów turniej się w ogóle odbędzie, to Eurosport go zbojkotuje,
patrzę jak tam również pandemia ma się wręcz fantastycznie. Trybuny są puste,
wszyscy poza zawodnikami mają usta i nosy zasłonięte maseczkami, a i ci mają
obowiązek założyć tę szmatę – plus specjalne okulary! – kiedy tylko chcą skorzystać z porady lekarza. No
i oczywiście tym razem zawodnicy sami muszą sobie chodzić po ręcznik, żeby te
dzieci się od nich nie zaraziły, a ja już tylko sobie myślę, że i tak dobrze,
że oni nie muszą się też sami uganiać za wyrzucanami poza kort piłkami. Serena
Williams wygrywa swój pojedynek z Sloan Stephens – obie oczywiście, jak
rozumiem, głęboko wspierające ruch Black Lives Matter – po meczu udziela
krótkiego wywiadu, tyle że na korcie jest tylko ona, a pytania dochodzą z
głośników. Również w studio Mats Willander i Barbara Schett nie siedzą już na
stołeczkach obok siebie, ale rozmawiają za pośrednictwem Internetu. Przypominam
– jesteśmy w Nowym Jorku. W USA.
Przepraszam bardzo, ale czy ja mam może
teraz pomyśleć sobie, że oto cały świat zwariował, tylko my tu w Polsce na
Twitterze, czy Facebooku, no i oczywiście na ulicach Berlina, zachowaliśmy
przytomność umysłu? Otóż prawda jest taka, że dziś już prawdopodobnie każdy – a
wśród nich nawet ci, co wciąż nie chodzą do kościoła w obawie przed zakażeniem
– wiedzą, że mamy do czynienia z zagadką, której rozwiązać nie jesteśmy w
stanie i jedyne co nam pozostaje to albo się mniej lub bardziej irracjonalnie
bać, albo się podporządkować i czekać cierpliwie aż zostanie ostatecznie
ogłoszony koniec epidemii.
Na koniec, żebyśmy z tych ponurych
refleksji zupełnie nie zwariowali, opowiem świeżo zasłyszaną historię. Otóż
jedna z moich uczennic ma sąsiada, człowieka 48-letniego, bez żadnych tak
zwanych chorób współistniejących, który kilka miesięcy temu zapadł na owo
covidowe zapalenie płuc, trafił do szpitala i dziś, jako jeden z ozdrowieńców,
leży w domu kompletnie zdewastowany, z trudem oddycha, nie ma siły ani
samodzielnie chodzić, ani się samodzielnie umyć, ani samodzielnie skorzystać z
toalety, w dodatku praktycznie stracił wzrok, więc owe siły też by mu się za
bardzo nie przydały. Tyle dobrego, że prawdopodobnie przez to, że przed COVID-em
był zupełnie zdrowy, przeżył.
Bo coś tu się dzieje, a pan nie wie, co
to jest. Prawda, panie Jones?
Od czasu gdy nasze życie zostało wzbogacone
od początku do końca przez coś co otrzymało nazwę COVID-19, moje emocje
odnośnie tego czegoś utrzymują się na poziomach możliwe najniższych, w tym
sensie, że gdyby nie moja żona, to ja bym, owszem nosił tę maseczkę tam gdzie
ona jest wymagana, ewentualnie mył ręce tam gdzie mi każą, poza tym jednak ów
COVID nie zajmowałby mojej uwagi bardziej niż choćby walka o władzę w
Platformie Obywatelskiej, którą jakoś tam zauważam, niemniej bez szczególnego zainteresowania.
A zatem chciałbym dziś zadeklarować, że ów koronawirus interesuje mnie tylko
wtedy, gdy już nie mam wyjścia i zainteresować się muszę. Wiem oczywiście że on
jest, i to w sposób w jaki nigdy nic dotychczas w naszym świecie się nie objawiło,
natomiast przez to, że na temat tego co się parę miesięcy stało, mam wiedzę
wyjątkowo marną, a ona z każdym kolejnym dniem staje się coraz marniejsza, ja o
owym wirusie i wywołanej przez niego pandemii nie myślę w ogóle, przynajmniej
od czasu gdy po raz pierwszy przyszło mi do głowy że on się skończy dokładnie w
momencie gdy w Stanach Zjednoczonych zostaną ogłoszone wyniki wyborów
prezydenckich.
A zatem, kiedy już tę część mamy
załatwioną, chciałbym odnieść się do dymisji jaką złożył nasz minister zdrowia
prof. Szumowski. Otóż gdy chodzi akurat o niego, to obserwując go uważnie od
kilku miesięcy, nie mogłem przestać myśleć, że ja na jego miejscu bym już dawno
tym wszystkim pieprznął i wrócił do normalnego życia, a skoro on tego nie robi,
to musi oznaczać, że to jest osoba o takim formacie, z jakim przez minione
trzydzieści lat zwyczajnie nie mieliśmy do czynienia. A zatem też dziś, gdy on
został poddany fali aż tak niewyobrażalnego hejtu, również – a kto wie, czy nie
przede wszystkim – z prawicowej strony sceny, uważam że powinienem zabrać
głos.
Otóż gdy myślę o ministrze Szumowskim,
ale też jednocześnie o Polsce, to nie jestem w stanie zapomnieć o tym, jak owa
Polska sobie poradziła z tą tak zwaną pandemią. Gdy patrzę na najbardziej dziś
wiarygodny wykres opisujący świat w objęciach wirusa, dowiaduję się, że, gdy
chodzi o liczbę zachorowań na liczbę mieszkańców, Polska na świecie znajduje
się na 98 miejscu, natomiast w Europie na miejscu 33. Gdy natomiast chodzi o
liczbę zgonów na milion mieszkańców, Polska na świecie znajduje się na 76
miejscu, w Europie natomiast zajmuje miejsce 35.
Co ja z tego wiem? Otóż przede wszystkim
to, że Polsce udało się z tej pułapki wywinąć naprawdę zgrabnie. Kto za ów
sukces odpowiada? Przede wszystkim oczywiście rząd i minister Szumowski wraz ze
swoimi współpracownikami, ale też z całą pewnością i my Polacy, którzy jak
zawsze pokazaliśmy, że nas nie za bardzo pociągają różnego rodzaju ekscesy. Ale
jest coś jeszcze. Otóż patrząc na ten wynik, wiem też że te wszystkie ataki
kierowane od pewnego już czasu w stronę ministra Szumowskiego to wynik czegoś,
co ja osobiście mogę nazwać albo zwykłą dywersją, albo czystym zidioceniem.
Ponieważ dywersja mnie dziś absolutnie nie interesuję, chciałbym napisać parę
słów na temat owego zidiocenia, a zatem przy okazji na temat tak zwanych
„prawych”.
Otóż to co jest z mojego punktu widzenia
dziś najbardziej ciekawe, to to, że główny atak na byłego już dziś ministra
Szumowskiego idzie ze strony ludzi, którzy na co dzień żyją w głębokim
przekonaniu, że ów koronawirus to efekt światowego spisku, którego cel jest
nieznany, ale który skutecznie zdołał zaangażować w sprawę niemal wszystkie
kraje na świecie. Są to ludzie, którzy będąc głęboko przekonani co do tego, że
żadnego wirusa nie ma, cały ten cyrk z maseczkami i zamykaniem parków to wymysł
światowej masonerii, mają jednocześnie pretensje do polskiego rządu, że on,
zamiast z honorem się temu złu postawić, jak choćby Szwedzi, którzy lekką ręką
poddali swoistej eutanazji parę tysięcy pacjentów swoich domów szczęśliwej
starości, przez tyle miesięcy coś nieustannie kręcił i w tym krętactwie
oszukiwał Polaków.
Przepraszam bardzo, ale jeśli uznamy że
faktycznie ów cały COVID to wymysł Chińczyków w porozumieniu z Rządem światowym,
to jakie ja mam kierować pretensje pod adresem ministra Szumowskiego oraz
polskiego rządu? Jakie oni mieli szanse w tym starciu, jeśli pominiemy dbałość
o to, by w owej przedziwnej tabeli zająć miejsce jak najlepsze? A tu, jak już
wykazałem, Polska dała radę.
Mimo to, od paru dni nie słyszymy nic innego
jak tylko zarzuty, że minister Szumowski nie dość że bez słowa porzucił pracę i
wrócił do domu, to jeszcze nie wytłumaczył się z tego co wcześniej spieprzył. Otóż
moim zdaniem on nie spieprzył absolutnie nic. On – podobnie zresztą jak i cały
rząd – w tym czymś co ja mam ochotę nazwać napadem Marsjan, odnalazł się wręcz
idealnie i to dzięki niemu właśnie możemy patrzeć z nadzieją w przyszłość. A jeśli
ktoś mi w tym momencie wspomni o jakimś handlarzu bronią i lewych maseczkach,
to ja go już odstawiam z zimną pogardą.
Co ja sądzę o prawicowym dziennikarzu
Krzysztofie Feusette, stali czytelnicy tego bloga wiedzą doskonale, bo choć
wprawdzie od paru lat jego nazwisko się tu nie pojawia, to kiedyś owszem
zdarzało mu się tu być jakoś tam wyróżnianym. Jeśli jednak ktoś by potrzebował
przypomnienia, to wystarczy że opowiem pewną historię z moich lat szkolnych.
Otóż kiedy chodziłem do liceum, przez jakiś czas pracował tam mój starszy brat
i akurat zdarzyło mu się być na akademii zamykającej moją czteroletnią naukę.
Kiedy doszło do ostatecznego rozdania świadectw, z niezrozumiałego dla mnie do
dziś powodu, otrzymałem rzęsiste, bodajże najbardziej gorące brawa. Brat mój
zaciekawiony ową reakcją zapytał któregoś z moich kolegów, skąd takie uznanie,
ten mu odpowiedział, że ja zawsze byłem „bardzo śmieszny”. Ja akurat tego
komplementu nie rozumiem, bo z tego co pamiętam, nauka w liceum była dla mnie
pasmem nieustannych porażek i przebywając w ciągłym stresie, ja zwyczajnie nie
miałem czasu, by być śmieszny. Mój brat natomiast w to uwierzył i ogromnie się
przejął. Powiedział mi, że to jest straszne, że jedyne co moi koledzy o mnie
mogą powiedzieć, to to, że ja jestem „śmieszny”. Gdybym ja się okazał mądry,
sprytny, silny, czy choćby nadzwyczaj miły i uczynny, to on by mógł być ze mnie
dumny. Ale śmieszny? To jest prawdziwy dramat.
Pamiętam to zdarzenie do dziś, nawet może
nie ze względu na ów dość mało sympatyczny epitet, ale ze względu na te brawa,
których się nawet nie mogłem spodziewać, a które mogę porównać tylko do tego,
jak przez swoich kolegów z drużyny został kilka dni temu podczas dekoracji
podjęty Jordan Henderson. Ale też przypomina mi się owo „śmieszny”, kiedy
słucham lub czytam Krzysztofa Feusette. Otóż, gdyby ktoś nie wiedział, to jest
ktoś komu ci co go zatrudniają i mu płacą powiedzieli: „Słuchaj no Fezet. Z
ciebie, jak widzimy, jest taki bardziej śmieszek, więc będziemy cię tu trzymać
pod warunkiem, że będziesz ludzi nieustannie zabawiał. Żadnych poważnych
wystąpień, żadnych głębokich refleksji. Z ciebie solidny pajac, więc masz robić
kabaret”. No i rzeczywiście, od samego niemal początku swojej kariery Feusette
odstawia nieustanny kabaret i to bez względu na okoliczności. Feusette to
człowiek, który nawet gdyby miał skomentować coś bardzo smutnego, zawsze znajdzie
sposób, żeby wymyślić jakiś kawał. O tym jaki to jest rodzaj kabaretu, może
świadczyć jego wczorajsze wystąpienie, kiedy to w programie „W tyle wizji”
współprowadzący redaktor, komentując jakieś paskudne niemieckie występki,
powiedział, że on by był za tym, by Niemców jednak z Polski nie wyganiać, ale wręcz
przeciwnie, żeby ich jak najwięcej tu przyjeżdżało i tu też otrzymywało
odpowiednią wiedzę na temat naszej wspólnej historii, na co Feusette oczywiście
odpowiedział, że niech przyjeżdżają i zbierają szparagi. Jak śpiewał mistrz
Młynarski: „Taki żart miał być, no”.
Ale proszę sobie wyobrazić, że w tym
samym wydaniu audycji, realizatorzy połączyli się za pomoca Skype’a z jakąś
mieszkającą w Brazylii Polką i Feusette z miejsca spytał ją, czy to prawda, że
w Brazylii, z powodu koronawirusa, ludzie masowo umierają na ulicach, na co owa
kobieta odpowiedziała, że to jest nieprawda, rozpowszechniana przez wrogie
prezydentowi Bolsonaro lewicowe media. Że w Brazylii toczy się wielka
polityczna wojna między prawicowym prezydentem, a oskarżającym go wręcz o
faszyzm lewactwem, i ono w tej wojnie nie zawaha się by jako argumentu użyć
nawet takiego globalnego nieszczęścia jak koronawirus. I w tym momencie, proszę
sobie wyobrazić – jak mi się zdaje, po raz pierwszy w swojej dziennikarskiej
karierze – Feusette wyszedł z roli klasowego śmieszka i zamiast opowiedzieć
jakiś kawał o zaśmieconych ulicach na przykład, z bardzo poważną miną
powiedział: „Przykro mi, ale pani się myli”, a następnie zaczął nam wyjaśniać,
jaki to idiota z tego Bolsonaro, bo pewnego dnia, gdy sam zachorował na
koronawirusa poinformował o tym ściągnąwszy wcześniej maseczkę. Co jeszcze? Koniec.
Tylko to. Nie przeszkodziło to jednak Feusette’owi, by go nazwać „głupkiem”.
Tłumaczy nam więc owa kobieta, swoją
drogą bardzo niezgrabnie ze względu na to, że nie umie zbyt dobrze mówić po
polsku, a i połączenie internetowe wciąż się zrywa, że w Brazylii żyje 220
milionów ludzi („Z czego 2 miliony już
zakażonych”, z satysfakcją dogaduje Feusette), z czego zmarło 75 tysięcy („85 tysięcy”, cieszy się Feusette), w
końcu stwierdza, że w porównaniu z Europą, to jest raczej średnia, a Feusette
wciąż się trzyma swojego idiotyzmu i mówi, że Bolsonaro to jednak głupek, który
doprowadził do prawdziwej tragedii. W tym momencie rozmówczyni Feusette’a
próbuje po raz, jak się okazuje ostatni, wyjaśnić mu, że to co tam się dzieje
to wyłącznie brutalna polityczna walka i opowiada, jak to na początku pandemii
Bolsonaro chciał, by wszystkie brazylijskie stany w tym samym czasie ogłosiły
lockdown, jednak Sąd Najwyższy, politycznie wrogi obecnemu prezydentowi, wydał
decyzję, że każdy może robić co chce, no i na to wreszcie Feusette pozwala
sobie na pierwszy żart. „W tym prezydent oczywiście”. I chwilę potem pani z
Brazylii zostaje wyłączona.
Otóż są dwie rzeczy. Pierwsza to ta, że
oczywiście Feusette ani nie ma pojęcia o sytuacji w Brazylli, ani nawet nie ma
ochoty uwag na ten temat w skupieniu wysłuchać. Z tego co mówi owa pani, ale
też z naszego własnego doświadczenia, możemy wnioskować, że prawdopodobnie rzeczywiście
tak wysoka liczba zakażeń wystąpiła ze względu na decyzję wrogiego prezydentowi
Sądu Najwyższego. Ale ma też ona bezwzględną rację – podczas gdy Feusette zdecydowanie
nie –gdy mówi, że jeśli chodzi o liczbę
zgonów, Brazylia, jako kraj niemal 220 milionowy znajduje się na poziomie
średniej europejskiej. I to można bardzo łatwo sprawdzić. Otóż gdy chodzi o
liczbę zgonów na milion mieszkańców, Brazylię wyprzedzają takie kraje jak
Belgia, Wielka Brytania, Hiszpania, Włochy, Szwecja, Francja, a Holandia i Irlandia
są tuż obok. Natomiast gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że w liczbie zarażonych
sytuacja w Brazylii rzeczywiście jest o wiele gorsza, to można też przyjąć, że
oni naprawdę potrafią ludzi ratować, a to jednak jest coś.
Do czego zmierzam? Otóż niedawno pan
Piotr Bachurski poprosił mnie bym dla jednego z jego magazynów przetłumaczył
rozmowę, jakiej były ambasador Polski w Brazylii przeprowadził z obecnym
ambasadorem Brazylii w Polsce. Rozmowa trwa 47 minut i powiem szczerze, że nigdy
nie zdarzyło mi się usłyszeć tylu dobrych słów na temat Polski, Polaków i naszego
obecnego rządu. Pan Hadil Fontes da
Rocha Vianna, bo tak brzmi nazwisko Ambasadora, nie traci niemal jednej chwili,
by nie wspomnieć, jak bardzo on liczy na to, że nasz wspólny polityczny los
doprowadzi do zintensyfikowania współpracy do poziomu, jakiego między naszymi
krajami jeszcze nie było. I przez całą długość tej rozmowy wraca do problemu
tej cholernej pandemii oraz nadziei na to, że zostanie ona wreszcie pokonana i
prezydent Bolsonaro będzie mógł odbyć wizytę w Warszawie, pierwszą od wielu,
wielu lat na tak wysokim szczeblu, która w kwietniu tego roku była już dopięta
na ostatni guzik i została w tak brutalny sposób odwołana.
I oto w tym momencie
wchodzi na scenę Krzysztof Feusette, dziennikarz prawicowy jak jasny
koronawirus, i nie dość że nazywa prezydenta Bolsonaro głupkiem, to jeszcze
podpiera się w tym zwykłym, bezczelnym kłamstwem, które oczywiście zaczerpnął z
lewicowych mediów. Przeżywam wciąż tę rozmowę, żal mi jak cholera tej biednej
brazylijskiej Polki, i zastanawiam się, czemu Feusette zrobił jej to co zrobił.
Czyżby próbował wyrwać jakąś Brazylijkę, ona go spławiła i on uznał że Brazylia
to dzicz? Ale jednocześnie myślę sobie, że ja na jej miejscu, zapytałbym się Feusette’a,
jak on sądzi, dlaczego jego zdaniem, w
największych dziś koronawirusowach tarapatach są Stany Zjednoczone; czy to może
dlatego, że prezydent Trump to głupek? No a potem bym już tylko patrzył jak ten
bałwan zaczyna ze strachu robić pod siebie.