Ponieważ świetnie zdaję sobie sprawę z tego, po co ten mój blog jest, i dlaczego niektórzy wciąż lubią tu przychodzić, jeśli piszę o sobie i swojej codziennej kondycji, robię to albo po to, by kolejne teksty przyozdobić jakimiś anegdotami, albo żeby te notki nie były aż tak bardzo publicystyczne. Poza tym, jak już kiedyś to tutaj podkreśliłem, to co ja piszę na tym blogu, jest swego rodzaju poezją konfesyjną, więc trudno się też spodziewać, by wątków osobistych nie było w ogóle. Natomiast, też jest tak, że ja bardzo bym nie chciał, żeby tu nagle zrobiła się taka atmosfera, że ja będę się skarżył na swoją marną sytuację, lub – przeciwnie – chwalił się swoimi sukcesami. To akurat najprawdopodobniej mało już kogo obchodzi. Dziś robię wyjątek.
Pisałem o tym niedawno, że jeszcze w listopadzie, w Salonie24, pewien nieprzyjazny nam bloger poświęcił mi całą notkę, kierując do mnie pretensje głównie o to, że ja tu „żebrzę”. On zresztą akurat był tu dość wstrzemięźliwy. Prawdziwa zabawa zaczęła się dopiero w komentarzach, i to dopiero w komentarzach pojawiły się prawdziwe rewelacje, i dopiero w komentarzach zobaczyłem, jak bardzo – na pewnym poziomie nienawiści – prosta plotka i zwykłe kłamstwo mogą nagle przyjąć pozę informacji. Z tego co ja tam o sobie przeczytałem, wynurza się obraz kogoś, kto kiedyś, przed laty, zaczął prowadzić bardzo poczytny blog, zebrał sporą grupę czytelników i sympatyków, i wszystko toczyło się bardzo miło, do czasu, gdy Onet nagrodził autora bloga tytułem politycznego blogera roku. W reakcji bowiem na tę nagrodę, bloger uznał, że jest tak wybitny, że już wyłącznie poświęcając się temu zajęciu, sięgnie najwyższych możliwych zaszczytów, rzucił pracę i zwrócił się do swoich fanów, by go zaczęli sponsorować. A nie wolno zapominać, że pracę miał naprawdę bardzo dobrą, bardzo dobrze płatną i dającą bardzo dużo wszelkiej satysfakcji. No i w tym momencie zaczął się jego upadek Teksty stały się znacznie gorsze, on sam stał się bardziej zgorzkniały i pełen jadu, w dodatku – ponieważ oczywiście nadęty pychą odszedł z Salonu24 i założył swój własny blog – stracił czytelników. W efekcie zostało tylko wspomniane żebranie.
Wprawdzie historia ta dla kogoś niezorientowanego brzmi bardzo atrakcyjnie, jednak można by było na nią machnąć ręką – zwłaszcza, że ci, do których być może tamten tekst był skierowany, doskonale wiedzą, jak było w rzeczywistości – gdyby nie pewien szczegół, który pojawił się we wspomnianych komentarzach. Otóż pewien internauta pisze, że nie ma takiej możliwości, by anglista z doświadczeniem nie miał pracy. Pracy bowiem, zarówno dla nauczycieli języka angielskiego, jak i tłumaczy – jest mnóstwo i nic nie wskazuje, żeby w tej dziedzinie miał się pojawić jakikolwiek kryzys. I w tym momencie pojawia się, moim zdaniem, bardzo poważny problem. Bo, jeśli założyć, że jest tak jak pisze ów człowiek – a niewykluczone, że, przynajmniej w Warszawie, sytuacja wygląda właśnie tak – można pomyśleć, że bloger Toyah istotnie „rżnie” swoich naiwnych czytelników równo i bezwzględnie. Niezależnie już od tego, w jaki sposób on doszedł do tego stanu, w którym się dziś znajduje. W tej sytuacji zmuszony jestem poinformować ponownie wszystkich ewentualnie zainteresowanych o tym, jak się rzeczy mają.
Przede wszystkim, tym którym przypominać trzeba, przypominam, że skutkiem prowadzenia tego bloga w takim kształcie, w jakim on jest znany, w pewnym momencie zostałem niemal całkowicie pozbawiony pracy. To jest fakt i on tu już nieraz był omawiany. Z powodu poglądów, jakie tu prezentuję, niemal całkowicie straciłem pracę. Ponieważ sytuacja zrobiła się dramatyczna, pomyślałem, że zwrócę się do czytelników o sponsorowanie tego bloga, tak jak się sponsoruje zdolnych ulicznych grajków, a tym samym o pomoc w utrzymaniu mojej rodziny. Moja prośba została solidarnie przyjęta.
A teraz coś, czego większość może nie wiedzieć, a co musi zostać powiedziane. Od czasu jak odebrano mi te kursy, zajmuję się nieustannym rozsyłaniem pod wszystkimi możliwymi adresami swojego CV, które – wedle wszelkich obiektywnych standardów jest zawodową historią dość wyjątkową, w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Dziś już nie jestem w stanie powiedzieć, ile tych CV wysłałem, ale są to setki. Co najważniejsze, wysyłam je niemal wyłącznie w odpowiedzi na oferty, których jest mnóstwo. Każda z ofert brzmiała podobnie: „Potrzebny nauczyciel języka angielskiego”. Do dziś, nie stawiając żadnych warunków, otrzymałem tylko jedną odpowiedź i, dzięki temu kontaktowi, mam dziś kilka lekcji, głównie wczesnym rankiem (stąd zdarza mi się odpowiadać na komentarze około godziny 7 rano). I to jest wszystko. Ciągnie się również za mną jedna stara grupa, jednak już w marcu ten kurs się kończy. A więc zostają mi tylko te poranne lekcje. W dodatku, pani Toyahowa, również od tego roku, z firmy, w której jest zatrudniona, po raz pierwszy od wielu lat, nie dostała prawie żadnych lekcji – zaledwie jedną grupę w tygodniu. W związku z tym, zastanawia się nad zrezygnowaniem z działalności, bo ZUS jaki płaci co miesiąc, praktycznie równoważy przychody z tych lekcji. Zostanie jej więc szkoła, a jeśli ktoś wierzy, że szkoły płacą tak jak twierdzi Ministerstwo, niech wierzy. Tak jak we wszystko.
Dlaczego tak się stało? Dlaczego ani ja ani ona nie mamy lekcji? Są dwie możliwości – obie dla nas fatalne. Przede wszystkim może chodzić o ten blog. Słyszałem z wielu źródeł, że obecnie nikt nikogo nie zatrudni, dopóki nie wklepie w googlu nazwiska i nie sprawdzi, kto zacz. Po wpisaniu nazwiska „Osiejuk” google natychmiast odsyła do tego bloga. Nawet moja córka – swoją drogą ciekawe, że ona ukończywszy biotechnologię, też nie jest w stanie znaleźć pracy – po wpisaniu swojego imienia i nazwiska otrzymuje tekst niejakiego Brody (gdyby ktoś nie wiedział – „nasz”). Dalej są już tylko dwie możliwości: albo się trafi na kogoś kto ten blog lubi, albo na takiego, kto go nie nawiedzi i życzy mu nagłej śmierci. I to wszystko, jak idzie o tę ewentualność.
Druga opcja jest taka, że my jesteśmy już starszymi ludźmi. Mam młodszych kolegów, którzy twierdzą, że pracy jest mnóstwo. Jest jednak taka możliwość, że kiedy właściciel firmy widzi, że pracy poszukuje ktoś, kto jest już po pięćdziesiątce, widzi przed sobą jakiegoś starszego, łysego nieudacznika z wąsem, lub jakąś starsza panią w berecie – to akurat musi być jeszcze elementem kryminogennym w przypadku nazwiska „Osiejuk” – i sprawa jest również zakończona. Rozmawiam z wieloma znajomymi na temat sytemu rekrutacji w różnych dziedzinach życia i wygląda na to, że teoria wyrażona pięknie w tytule „To nie jest kraj dla starych ludzi” bardzo dobrze się sprawdza w praktyce. Inwestujemy w ładne dziewczyny i w młodych, energicznych mężczyzn. Reszta zostaje skierowana w kosmos.
I to są dwie wyłączne możliwie przyczyny, dla których i ja i moja żona mamy tak ciężko, jak idzie o wykonywanie zawodu. Jeśli ktoś mi nie wierzy, mogę przysłać mailem zarówno nasze CV plus referencje.
Po co to wszystko piszę? Otóż pierwszy powód już wymieniłem. Coś musi zostać wyjaśnione, żeby kłamstwo się nie rozzuchwalało. Drugi powód jest już prozaiczny. Ci wszyscy, którzy tu przychodzą, zasługują na to, by wiedzieć. Jest jeszcze powód trzeci – on akurat w pewnym sensie jest dla mnie podstawowy – pomoc finansowa dla tego bloga praktycznie zamarła, książka niemal całkowicie przestała się sprzedawać, więc – sami rozumiecie – pomyślałem, że trochę ponarzekam. Mam nadzieję, że się nie gniewacie. Zwłaszcza że, wydaje mi się, że to wszystko co wyżej napisałem, to jest też zupełnie niezły felieton. Kto wie, czy ostatnio nie najlepszy.
Będę wdzięczny za wsparcie w każdej formie. Dziękuję tym wszystkim, którzy wciąż tu są. Oni wiedzą.
