Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pop. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 lutego 2022

Czy pop zabije Putina?

 

      Tak jak pewnie większość z nas, staram się obserwować wydarzenia na ukraińskim froncie, i tak też jak i każdy z nas, życzę Ukrainie powodzenia w jej walce o niepodległość. Jak to jednak mam w zwyczaju, poza oczywiście państwową telewizją, konfrontuję swój stan wiedzy z tym co przedstawią telewizje CNN, BBC, czy Sky News, a nawet nie omieszkam nastawić ucha, gdy coś tam na temat owej wojny powiedzą Donald Tusk, Borys Budka, czy nawet Franek Starczewski. I wsłuchując się w te wszystkie głosy, i obserwując bardzo uważnie sposób w jaki owe głosy są wzmacniane obrazem, nie mogę nie zauważyć, że całość przekazu z którym mamy dziś do czynienia została zdominowana przez tak zwany pop. I uważam, że tak jest dla nas bardzo dobrze.

      Na wpływ kultury popularnej na nasze życie – i to życie w każdym możliwym wmiarze – zwracałem uwagę jeszcze w czasie gdy ten blog zaledwie raczkował, a potem do owego popu powracałem wręcz obsesyjnie przy każdej nadarzającej się okazji; i zawsze w jednym celu: by zwrócić uwagę na fakt, że świat się dziś tak przepoczwarzył, że jeśli chcemy odnieść zwycięstwo na dowolnym froncie, to wyłącznie przez pop właśnie. I odwrotnie: jeśli od czasu do czasu przegrywamy, to wyłącznie przez to, że jakże głupio uznaliśmy, że ów pop jest nam zbędny, bo my, oczywiście i z godnością, od zawsze stoimy znacznie wyżej.

        Obserwuję więc wydarzenia na Ukrainie, ale może przede wszystkim przyglądam się sposobowi, w jaki one są relacjonowane przez światowe media i nabieram coraz większego przekonania, że moje wczorajsze prognozy są niemal na progu spełnienia. Przykładów jest wiele, poczynając od płonących domów i płaczących ludzi, przez te te biedne kobiety ze swoimi jeszcze bardziej biednymi dziećmi na dworcu w Przemyślu, po wreszcie rozstrzelanych obrońców Wyspy Węży na Morzu Czarnym, ale deziś chciałbym zwrócić uwagę na krótki filmik z tą dziewczynką, która błaga Putina, by zostawił ją w spokoju. Dziś owo nagranie jest już znane na całym świecie, a ja sobie myślę, że nie ma żadnego sposobu, by to właśnie on, czy tego rodzaju emocje nie zawojowały tego świata z, jak to mówią, palcem w nosie. A jeśli tak się stanie, to Putin nie ma w tej konfrontacji żadnych szans, bo zostanie wręcz pożarty przez siłę najpotężniejszą, nie ów śmieszny SWIFT, ale przez wspomniany pop, a więc coś przy czym te jego zdjęcia z czarnym pasem judo, z gołym torsem na koniu, czy walczącego z tygrysem stają się żywą komedią.

       Ale jest jeszcze coś. Otóż ta jakże nam dobrze znana banda durniów, jeszcze niedawno protestująca przeciwko terrorowi na polsko-białoruskiej granicy, restrykcyjnemu prawu aborcyjnemu, czy pedofilii wśród kleru, nagle straciła zainteresowanie dla całej tej agendy i przerzuciła się na wspieranie wolnej Ukrainy. Wyrzucili do kosza swoje czerwone błyskawice, portrety Jarosława Kaczyńskiego upozowanego na Hitlera, tęczowe flagi i zamiast nich dziś machają flagami niebiesko-żółtymi, a hitlerowski wąsik, zamiast Kaczyńskiemu, doczepiają teraz Putinowi. I to jest ów pop, który – przez to, że w taki czy inny sposób opanował nie tylko Polskę, ale, jak widać, cały dziś świat – musi odnieść zwycięstwo.

        Pisałem wczoraj, że moim zdaniem wojna na Ukrainie, jako pierwszy i tak naprawdę jedyny, cel stawia sobie zmianę przywództwa na Kremlu, ale oczywiście byłem pełen obaw co do tego, czy mam rację. Dziś nabieram coraz większej pewności, że to z czym mamy do czynienia dzisiaj nie ma żadnego odniesienia to tego rodzaju kryzysów pojawiających się tu i ówdzie od lat. Nigdy bowiem wcześniej tak silnym głosem w tego typu wydarzeniach nie zabierał głosu pop. Czy to Smoleńsk, czy rzeź Tutu w Afryce, agresja na gruzję, czy choćby zajęcie Krymu, nie spowodowało w popularnej kulturze choćby lekkiego uniesienia brwi. Dziś widać wyrażnie, że na żarty się nie zanosi.

       Na Ukrainę właśnie przyjechał, tym razem jako reżyser, wybitny aktor Sean Penn i zapowiedział, że będzie kręcił dokument o putinowskiej agresji na ów wspaniały naród. Przepraszam bardzo, ale cóż ja więcej mam do dodania?

 



środa, 1 września 2021

Pop

 

       Kilka miesięcy temu nasz ksiądz Rafał Krakowiak zachęcił mnie by podczas uroczystości organizowanych przez jego parafię z okazji nadchodzącej beatyfikacji prymasa Wyszyńskiego pojawić się na miejscu i wygłosić wykład pod tytułem... uwaga, uwaga – prymas Wyszyński i kultura pop. Oczywiście nie miałem bladego pojęcia, o co Księdzu chodzi, niemniej oczywiście w jednej chwili propozycję przyjąłem, zjawiłem się na miejscu i podczas rekolekcji Pomocników Matki Kościoła wykład wygłosiłem. Co ciekawe, przez swoje z jednej strony przyrodzone lenistwo, a z drugiej przez głębokie przekonanie, że jakoś sobie i tak radę dam, któregoś wieczoru z klasycznego marszu zacząłem mówic i, co nawet dla mnie niespodziewane, dyskusja stała się tak żywa, że trzeba ją było przenieść na kolejny dzień.

        O czym tam się rozmawiało, pisać dziś nie będę, bo i miejsca i chęci mi nie starcza, natomiast chciałbym wspomnieć o jednej tylko kwestii, a mianowicie o tym, jak bardzo nasz Kościół znalazł się w dramatycznym odwrocie z jednego tylko względu, tego mianowicie, że – podczas gdy faktycznie zauważył, że dziś pop to jedyne miejsce gdzie można cokolwiek osiągnąć –  uznał jednocześnie, że wystarczy że wystarczy wysłać na misję paru księży, który zaczną rapować i swoje popisy wrzucą do Internetu, byśmy wszyscy tu eksplodowali Wiarą jakiej świat nie widział. To prawda. Nie ulega oczywiście wątpliwości, że dziś jedynym powszechnie dostępnym medium jest kultura popularna, natomiast przypuszczenie, że sprawę załatwi ów ksiądz z gitarą jest dramatycznym więc złudzeniem. Nie zmienia to jednak faktu że w tym całym nieszczęściu Kościół ma swoich Świętych oraz swoje Cuda, czyli coś, czego nie ma nawet Kanye West, który podobno wydał właśnie nową płytę. Rzecz bowiem w tym, że Cuda oraz Święci to jest taka historia, że gdyby ktoś wpadł na pomysł by z tego uczynić tak zwany mem, zdobyłby nie tylko lokalne media, ale konsekwentnie serca, oraz świat.

     Byłem ostanio w ośrodku rekolekcyjnym w Bąblinie, gdzie poza tym wszystkim co się wiąże z rekolekcjami, spotykałem się z ludźmi i wymieniałem się z nimi jakimiś tak refleksjami. To co mnie zaskoczyło, to to, że wśród napotkanych osób nie znalazła się choćby jedna, która by wiedziała co mam na myśli, gdy mówię o Matce Boskiej Kodeńskiej, czy Matce Boskiej Hanneńskiej.  No dobra, zdarza się: człowiek nie jest w stanie ogarnąć wszystkiego. To jednak co zrobiło na mnie wrażenie to fakt, że nie mówimy o pierwszym lepszym człowieku, ale o ludziach szczególnego wyboru. I oni też na imię matki Boskiej Kodeńskiej zaledwie unieśli w zdziwieniu brwi.

         O co chodzi? Wbrew pozorom nie o to, że nie znamy historii naszego Kościoła, bo w końcu skąd ją znać? Problem polega na tym, że ci którzy ową historię znają i mają wszelkie możliwości, by uczynić z niej wcześniej wspomnainy mem, i dzięki nie mu zawojować świat, uważają że nie mają nic więcej do dyspozycji jak piosenkę turystyczną, ewentualnie hip-hop. Tymczasem, ubogaceni z jednej strony w żywoty świętych, a z drugiej niezliczone cuda, oni są w stanie, a z nimi my wszyscy, wypełnić 24 godziny przekazu dostarczanego nam dziś przez taki, pierwszy z brzegu, Netflix. Jedyny problem to wynająć kilka osób, które będą wiedziały, jak to profesjonalnie zrobić.

       Byłem też w te wakacje w wiosce Hanna – zachęcam do zwiększonego minimalnie wysiłku – gdzie znajduje się niezwykły kościół, a w nim jeszcze bardziej niezwykły, prawdziwie cudowny, obraz. Chodziłem sobie tam więc po owym kościele, gdy przyszedł miejscowy proboszcz i opowiedział nam pewną historię. Gdy tylko się zorientowałem, co się dzieje, postanowiłem włączyć nagrywanie i oto mamy to co przed nami.

       Zanim jednak zachęcę do aktywności, zwrócę tylko uwagę na fakt, że tu właśnie moim zdaniem mamy do czynienia z czymś, co osobiście nazywam popem w wydaniu turbo, a jednocześnie popem, który nie idzie na marne, ale może służyć światu – choćby tak małemu jak nasz –  z pożytkiem dla każdego kto zapragnie się dołączyć. Słuchamy.



      

sobota, 29 lutego 2020

Pop czyli Polska Biało-Czerwoni


       Kiedy opublikowałem tu przedwczoraj tekst o popkulturze, a w dodatku jeszcze wczoraj przedstawiłem fragmenty literackiej prozy Olgi Tokarczuk z kluczowym pytaniem, czy to co widzimy to kultura popularna, czyli kłamstwo, czy kultura niepopularna, a więc szczera prawda, nie miałem oczywiście nadziei na stuprocentowe zrozumienie, ale owszem, na coś tam liczyłem. Tymczasem, oto wczoraj na swoim blogu w Szkole Nawigatorów Coryllus zrobił mniej więcej to samo, a więc przedstawił swoje przemyślenia z podobnymi do moich nadziejami na to, że jego słowa do kogoś jednak dotrą. Oczywiście, każdy kto czyta dyskusję na jego blogu, wie że większość ich uczestników deklaruje zarówno pełne zrozumienie tego, o czym Coryllus do nich mówi, a co więcej z każdym jego słowem zgadza się w stu procentach, no ale my oczywiście wiemy jak się sprawy realnie mają, co zresztą pokazałem bardzo starannie w tekście o literackim kunszcie pisarki Tokarczuk, oraz czytelniczych talentach jej fanów.

       Napisał więc Coryllus swoją odpowiedź na mój tekst o popie i to co mnie w niej najbardziej uderzyło, to zamieszczona już na samym początku uwaga na temat deficytów zarówno ludzi, którzy tytułują swoje teksty „Ogniem na wprost” lub ozdabiają swoje kurtki naszywkami z napisem „Śmierć wrogom Ojczyzny”. A w tej sytuacji muszę mojemu kumplowi Gabrielowi przypomnieć, że jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że jakieś tam deficyty, mniejsze lub większe, mają wszyscy, w tym także on i ja, to nie same deficyty mają znaczenie, ale to, w jaki sposób one wpływają na sposób w jaki widzimy świat oraz najważniejsze podejmowane przez nas w tym świecie decyzje. Ktoś jest kibicem Legii Warszawa i prawdziwą radość znajduje w napieprzaniu się z kibicami Lecha Poznań; kto inny jeździ zimą do Zakopanego by w tygodniu kiedy trwają skoki, łazić od rana do wieczora po Krupówkach w wielkich biało-czerwonych kapeluszach i trąbić w te idiotyczne trąbki; jeszcze kto inny jeździ do tego samego Zakopanego na Sylwestra, by najpierw się nawalić, a potem podskakiwać w rytm  piosenek Zenka Martyniuka; inni siedzą w domu i z zapartym tchem oglądają Magdę Ogórek, jak wspólnie Dorotą Łosiewicz szydzą z Szymona Hołowni, a kto wie, czy jeszcze nie dzwonią tam, by powiedzieć, że kocham panią, pani Doroto; są też tacy, którzy dobrze się czują w kościele tylko pod warunkiem, że tam mszę odprawia ksiądz z gitarą, który potrafi o Panu Jezusie nie tylko opowiadać, ale również na Jego temat rapować; są wreszcie i ci, którzy jeszcze kilka lat temu nosili koszulki z napisem „Precz z kaczyzmem”, a dziś zakładają na siebie bluzy z orłem na plecach i hasłem „Bóg, Honor, Ojczyzna” i oni są również dotknięci pewnym deficytem, który w interesującym nas zakresie sprowadza się do tego, że jedyną rzeczą na jaką ich w tym całym nieszczęściu stać, to udanie się w maju tego roku na wybory i zagłosowanie na Andrzeja Dudę. I to jest też jedyna rzecz, jaka mnie obchodzi, gdy myślę o tym, w jaki sposób kultura pop traktuje ludzi. Mam na myśli tylko dwie rzeczy: głosowanie na Prawo i Sprawiedliwość oraz pobożną modlitwę. Jeśli którykolwiek z nich, czy to przez uczestnictwo w patriotycznym trąbieniu na Krupówkach, czy przez wspólne nucenie piosenki „Wolność”, czy wreszcie przez zaczytywanie się w miesięczniku „Polska Niepodległa” gdzie już na samej okładce widzimy Putina przerobionego na penisa oraz wielki tytuł „Fiutin”, dojdzie do wniosku, że Polska jest dla niego najwyższą wartością i że bycie Polakiem to powód do dumy, a owo przekonanie doprowadzi go do zagłosowania na Prawo i Sprawiedliwość, to ja jego deficyty mam głęboko w nosie.

       Czy chciałbym – bo pewnie o to chodzi Coryllusowi, gdy tak się użala nad tym całym popem – żeby oni wszyscy dochodzili do pozytywnych rozwiązań, na wyższym poziomie emocji? Pewnie że nie miałbym nic przeciwko temu, natomiast wiem, że tego przeprowadzić się nie da. Tego jeszcze nikt nigdy w całej historii ludzkości skutecznie nie zrealizował, a co gorsza, wszelkie próby uszlachetniania ludzkiej świadomości i wygładzania emocji, kończyły się raczej nieszczęściem niż czymś choćby przez chwilę dobrym.

      Chciałbym jednak na moment wrócić do kwestii, która na blogu Coryllusa pojawiła się parokrotnie, a mianowicie owego tak zwanego „chrześcijańskiego rapu”. To, w moim pojęciu, w ogóle nie ma o czym gadać z tego prostego powodu, że środowisko słuchające rapu to nie tyle osoby, którym akurat odpowiada ten typ estetyki, ale uczestnicy swego rodzaju subkultury, określanej powszechnie jako hip-hop, bardzo ostro wyczuleni na jakikolwiek obcy, nadchodzący z zewnątrz ton. W związku z tym, ja na przykład nawet w żartach bym nie zaryzykował, by któregoś z moich uczniów tkwiącego w owej kulturze powitać choćby okrzykiem „Yo, man!” Dlatego też nie widzę takiej możliwości, by jakiś ksiądz, czy grupa pobożnej młodzieży wyszła do niego z propozycją chwalenia Pana przy pomocy owych rymów, a on by ich potraktował poważnie. Nie w przypadku hip-hopu. Wspominany i wyszydzany tu parokrotnie Matczak, syn Matczaka, w jednej z piosenek odpowiada, jak to jego kolega zaszedł do lokalu, gdzie zaproponowano mu tak zwaną „kreskę”, ale on na to nie poszedł, bo akurat głównie słuchał kogoś, kto mocno występował przeciwko twardym narkotykom. Więc, jak mówię, nie tu.

       Natomiast wiem skądinąd, że jest taki amerykański zespół występujący pod nazwą „The Devil Wears Prada” i grający najbardziej klasyczny thrash metal, tyle że z naciskiem na chrześcijańską ewangelizację. Ja o nich wcześniej nie słyszałem i kiedy dowiedziałem się, że oni, owszem, przynajmniej u siebie w Stanach zachowują pozycję, również ściśle artystyczną, przy której nasz Nergal wygląda jak suport suportu, pomyślałem sobie, że to jest faktycznie jakiś obłęd. Myślę sobie jednak, że tu, w ramach jednej i tej samej estetyki, która tak naprawdę jest zaledwie jeszcze jedną odmianą rock and rolla, te dzieci mają wybór zero-jedynkowy: albo się modlą do Boga, albo do Szatana i jeśli oni wybierają że się będą modlić do Boga, to mnie naprawdę mało interesują ich deficyty, jeśli te miliony – bo to są miliony – prowadzone są w odpowiednią stronę.

      Powtórzę więc: niech nas Pan broni przed pokusą wiary w to, że możemy skutecznie manipulować tymi, którzy bardzo lubią, by nimi manipulować, przeganiając ich jak najdalej od kultury popularnej, a tych, którzy przegonić się nie dadzą, konsekwentnie wyszydzać, bo prędzej czy później za nich się wezmą ci, którzy najpierw im pokażą jak wygląda kultura wysoka, a potem jednym ruchem różdżki sprawią, że oni znienawidzą wszystko, co choćby z daleka cuchnie popem. I nie łudźmy się że Olga Tokarczuk będzie ich najsilniejszą bronią.




piątek, 28 lutego 2020

Czy Olga Tokarczuk to pop?


       Moja młodsza córka, która od niedawna udziela się w nowej pracy, postanowiła pożartować sobie ze swoich nowych znajomych i urządziła im konkurs na tak zwaną „literacką wrażliwość”, który polegał na odczytywaniu fragmentów twórczości popularnych autorów i prowokowania odpowiednich reakcji. By mieć pewność, że w ten sposób uśpi czujność uczestników zabawy, zaczęła od pytań na tyle prostych, by i odpowiedzi były oczywiste, a więc od „Zmierzchu”, „50 twarzy Greya” i jeszcze czegoś tam, a kiedy już wszyscy byli w szampańskim nastroju, zaczęła im odczytywać kawałki z książek Olgi Tokarczuk, w tym głównie z jej najbardziej ambitnego i najdalej intelektualnie posuniętego dzieła, czyli „Ksiąg Jakubowych”. Proszę sobie wyobrazić, że efekt owej prowokacji przerósł jej najbardziej odważne oczekiwania. Otóż ona czytała kolejne kawałki – swoją drogą, co interesujące, zaczerpnięte z internetowego profilu oznaczonego, jako „Olga Tokarczuk cytaty”, oraz „Olga Tokarczuk cytaty najpiękniejsze” – a publiczność raz za razem wybuchała szyderczym śmiechem i odpowiadała: „Blanka Lipińska!”, „Coelho!”, „Paulina Młynarska!” „Na sto procent jakiś biskup”. Gdy tak zwana „beka” sięgnęła zenitu, padło kluczowe nazwisko, nastąpiła niezręczna cisza i wszyscy wrócili do bieżących zadań.

      My tu dotychczas powtarzaliśmy sobie zaledwie jeden fragment z twórczości owej wybitnej artystki, otwierające „Księgi Jakubowe” zdanie o papierku, który namaka śliną, tymczasem, jak się okazuje, tego kwiatu jest pół światu. Posłuchajmy:

Przechodził go dreszcz, gdy patrzył na ludzkie płody, i nie mógł oderwać od nich wzroku, tak fascynujący to był widok. I dramatyczne, pełne marzeń aranżacje z ludzkich kości”;

Każda podróż zaczyna się od stanu, który można by określić jako zachłyśnięcie się przestrzenią”;

Jest czytelnik gąbka, czytelnik lejek, czytelnik cedzidło i czytelnik sito. Gąbka wchłania w siebie wszystko, jak leci, jasne jest, że potem dużo z tego pamięta, lecz nie umie wydobyć najważniejszego. Lejek - przyjmuje jednym końcem, drugim zaś wszystko, co przeczytane, z niego wylatuje. Cedzak przepuszcza wino, a zatrzymuje winny osad; ten w ogóle nie powinien czytać i lepiej, żeby zajął się rzemiosłem. Sito zaś oddziela plewy, żeby otrzymać najlepsze ziarno”;

Każde miejsce ma dwie postaci, każde miejsce jest podwójne. To, co wzniosłe jest jednocześnie upadłe. To, co miłosierne, jest jednocześnie podłe. W największej ciemności tkwi iskra najpotężniejszego światła, i odwrotnie: tam, gdzie panuje wszechobecna jasność, nasienie ciemności kryje się w pestce światła”;

Wiatr to jest wzrok umarłych, kiedy patrzą na świat stamtąd, gdzie są”;

Czym jest człowiek? Iskrą. Czym jest ludzkie życie? Chwilą. Czym jest teraz przyszłość?
Iskrą. A czym bieg czasu szalony? Chwilą. Z czego powstaje człowiek? Z iskry. A czym jest śmierć? Chwilą. Kim był On, gdy świat zawierał w sobie? Iskrą. A czym będzie, gdy świat znowu pochłonie? Chwilą
”;

W ciele człowieka słowo pęka na dwoje, na substancję i istotę. Gdy ta pierwsza znika, druga, pozostając bez kształtu, daje się wchłonąć tkankom ciała, jako że istota nieustannie poszukuje materialnego nośnika; nawet jeśli ma się to stać przyczyną wielu nieszczęść”;

Słowa są jak jaszczurki, potrafią uciec z każdego zamknięcia”;

I dopiero gdy się obudziła, zrozumiała, że wyruszyła w podróż, przedtem to było tylko przesuwanie się w przestrzeni, zwyczajna, nieuważna zmiana miejsc. Tylko sen zamyka stare i otwiera nowe, umiera jeden człowiek i budzi się drugi. Ta czarna przestrzeń bez właściwości między dniami jest prawdziwym podróżowaniem”;

Jak wygląda świat, kiedy życie staje się tęsknotą? Wygląda papierowo, kruszy się w palcach, rozpada. Każdy ruch przygląda się sobie, każda myśl przygląda się sobie, każde uczucie zaczyna się i nie kończy, i w końcu sam przedmiot tęsknoty robi się papierowy i nierzeczywisty. Tylko tęsknienie jest prawdziwe, uzależnia. Być tam, gdzie się nie jest, mieć to, czego się nie posiada, dotykać kogoś, kto nie istnieje. Ten stan ma naturę falującą i sprzeczną w sobie. Jest kwintesencją życia i jest przeciwko życiu. Przenika przez skórę do mięśni i kości, które zaczynają odtąd istnieć boleśnie. Nie boleć. Istnieć boleśnie - to znaczy, że podstawą ich istnienia był ból. Toteż nie ma od takiej tęsknoty ucieczki. Trzeba by było uciec poza własne ciało, a nawet poza siebie. Upijać się? Spać całe tygodnie? Zapamiętywać się w aktywności aż do amoku? Modlić się nieustannie?

      Wczoraj zastanawialiśmy się tu nad kulturą popularną i tym, do czego ona jest zdolna. A ja, by może trochę pociągnąć tamten temat i być może nieco rozjaśnić swoje intencje, proponuje się zastanowić nad tym, czym jest kultura popularna? Czym jest ów słynny pop i czym on już nie jest. Wydaje mi się, że wybrane cytaty – powtarzam, że wybrane wcale nie przez mnie –  bardzo dobrze pokazują głębię problemu. Otóż spróbujmy może odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to z czego mieliśmy okazję przed chwilą szydzić, to pop, czy może sztuka wyższa – kiepska, ale z pewnością wyższa? Wiemy z całą pewnością, że wspomniani przez kolegów mojego dziecka Coelho i Bianka Lipińska, a kto wie czy nawet nie Pilipiuk czy Mróz, by nie wspominać Maryli Rodowicz, to bezsprzecznie pop, no ale chyba już nie Tokarczuk? Przyznamy chyba, że mamy tu zagadkę.

      Otóż moim zdaniem, a wyraziłem je również w jednym z wczorajszych komentarzy, pop to wszystko: i Pilipiuk i Tokarczuk i Szymborska, a nawet ten mój blog; pop to zarówno Zenek Martyniuk jak i Beatlesi oraz Led Zeppelin; pop to oczywiście Janis Joplin, Jimi Hendrix, Bach i Miles Davis. Jedyna realna różnica między nimi to zasięg i stworzona wokół niego propagandowa oprawa, a więc coś co również stanowi czysty i niepokonany pop. „Księgi Jakubowe” to oczywiste oszustwo i pomyłka, o którym, gdyby nie potęga kultury popularnej, pies z kulawą nogą by nie słyszał i nawet on, gdyby potrafił mówić, nie nazwałby ich popem, a to z powodu zwykłego deficytu popularności. Tymczasem to właśnie pop pokazał swoją tu na tyle siłę, że potrafił coś tak małego uczynić zjawiskiem rzekomo daleko wykraczającym poza tę swoją rzekomą nędzę.

       I dlatego właśnie to w kulturze popularnej widzę naszą szansę nie tylko zresztą gdy chodzi o politykę historyczną, ale wszelką inną, ale również o tak zwaną cywilizację. Jeśli bowiem uda się nam jakimś cudem uczynić z tego, co stanowi dla nas autentyczną wartość i w którą całym sercem wierzymy, bardzo ważną część popu, to poczujemy się naprawdę komfortowo i bezpiecznie. Aby jednak to osiągnąć, powinniśmy przede wszystkim owej kultury popularnej przynajmniej nie lekceważyć. Bo jej nie pokonamy ani my ani nikt inny. Jedyne co możemy zrobić to się w nią wbić i maksymalnie rozepchać.






     
 



     
 


piątek, 5 lipca 2019

Czy Tomasz Sakiewicz kolejną nagrodę św Grzegorza I Wielkiego przyzna siostrom Godlewskim?


     Przepraszam bardzo, ale dziś zacznę od poziomu, który w normalnych warunkach by mnie postawił w sytuacji, gdzie każde następne słowo będzie kompletnie zbędne. Ponieważ jednak mam za sobą parę dobrych lat walki o tak zwaną reputację, wiem, że przynajmniej stali czytelnicy tego bloga udzielą mi odpowiedniego kredytu. Otóż nie wiem, czy Państwo wiedzą, ale w polskiej pokulturowej niszy istnieje zjawisko określane nazwą „siostry Godlewskie”. Ja akurat o owych siostrach wiem bardzo niewiele, natomiast, z tego co słyszę, one jakąś tam popularność zyskały i to do tego stopnia, że o ich obecności przypominają niekiedy nawet największe polskie media – jedne i drugie. Wczoraj natomiast jedna z nich zaprezentowała się na Twitterze, z którego, owszem, regularnie korzystam, i owym występem wywołała autentyczne poruszenie. Proszę rzucić okiem i, naturalnie, uchem.




       Wyżej zacytowana prezentacja, jak mówię, wywołała tam oczywisty wstrząs, który jednak nie wyszedł poza proste szyderstwa, połączone ze zwykłymi na Twitterze popisami dowcipu. Ja jednak, jak się okazuje, w swojej naiwności, uznałem, że pani Godlewska została zwyczajnie wynajęta, czy to przez Grzegorza Schetynę, czy prezydent Gdańska Dulkiewicz, w tym oto celu, by skompromitować polskie barwy w świecie i tym samym odebrać PiS-owi parę punktów w sondażach, no i ów rzekomy manewr skomentowałem jak najbardziej należycie.

       Tymczasem, proszę sobie wyobrazić, że moja najmłodsza córka, którą traktuję jako swojego głównego doradcę w sprawie współczesnego popu, choćby i tego okupującego dno skaliste, poinformowała mnie, że w tym, co widzę i słyszę nie ma za grosz polityki. Jeśli ktokolwiek chce do tego dorabiać akcenty polityczne, to jedynie my, biedni durnie, tracący czas na Twitterze. Występy sióstr Godlewskich, owszem, są kierowane do ludzi korzystających z Internetu – bo dziś w praktyce innego medium nie ma –  jednak tych tylko, którzy najpewniej o istnieniu jakiekolwiek debaty, a tym bardziej politycznej, nie mają bladego pojęcia. Projekt pod umowną nazwą „siostry Godlewskie” jest kierowany do tej części polskiego społeczeństwa, która tak naprawdę, jeśli w ogóle wygląda za okno, to tylko po to, by zobaczyć tam coś śmiesznego. Niedawno całkiem pisałem o filmach Patryka Vegi i tu, jak sądzę, zatoczyliśmy pewne koło. Otóż wedle opinii mojego dziecka, pewna część polskiego społeczeństwa – a może ich wielkość w porywach dochodzić do dobrych kilkunastu milionów – dla której zarówno filmy Patryka Vegi, jak i występy sióstr Godlewskich mają cel wyłącznie rozrywkowy, gdzie wszystko się sprowadza do tego, by zobaczyć kogoś kto jest od nas głupszy, to są ludzie mili i sympatyczni, jednak bardzo słabo nadający się do zwykłej gadki.

      Siostry Godlewskie, w tym i ta, której występ pokazałem wyżej, są opłacane nie przez polityków, ale zwykłych managerów rozrywki. Jak oni na tym zarabiają, tego oczywiście nie wiem, no ale też ja się nie koniecznie obracam w tamtych rejonach. Faktem jest jednak, że – znów wedle relacji mojej córki – jest znaczna część polskiego społeczeństwa, której intelektualne zainteresowania nie sięgają ani trochę dalej i oni są gotowi za ów komfort płacić. Jak? Nie wiem. Możliwe, że siostry Godlewskie to wyłącznie naganiacze, a pieniądze idą gdzieś wyżej. Jak mówię, nie znam się, więc nie wiem.

       Faktem jest, że moja córka zapewnia mnie, że w powyższym występie siostry Godlewskiej nie ma śladu polityki. Ona jest tu wyłącznie po to, by powiedzieć: „ Patrzcie, jaka jestem głupia”.

      Mówi mi też córka, że nie powinienem się tego typu zdarzeniami zajmować. Ja jednak jestem chyba bardziej od mojego dziecka przytomny i postanawiam się wszystkiemu bacznie przyglądać. Nigdy bowiem nie wiadomo, czy oni nie uznali właśnie, że nastał świetny moment, by poszerzyć nieco target. A jeśli tak, to ja mam tu jednak pewne zobowiązania.


piątek, 7 czerwca 2019

O tym jak Polska została odcięta od popu


Dziś właśnie, w najprzeróżniejszych punktach Kraju można kupować najnowszą „Warszawską Gazetę”, a w niej mój najnowszy felieton. Gdyby ktoś jednak miał w okolicy wyłącznie kioski „Ruchu”, który został przez Piotra Bachurskiego ostatecznie wyłączony z biznesu, i naszej gazety kupić nie jest w stanie, przedstawiam swój tekst tu. No i zachęcam.


      Jak pewnie część z nas wie, miasto Gdańsk, a bardziej konkretnie tak zwana Fundacja Gdańska, Europejskie Centrum Solidarności, oraz coś o nazwie Demokracja Ilustrowana, zorganizowały konkurs na plakat pod nazwą „Trzy Dekady Wolności”, w którym druga nagroda została przyznana niejakiej Jagnie Wróblewskiej. Plakat przedstawia mamę, tatę oraz córeczkę, stojących nad brzegiem morza w pozycjach układających się w trzy rzymskie dziesiątki i eksponujących swoje genitalia. Jeden z jurorów konkursu, Luka Rayski, autor słynnego już plakatu „KonsTYtucJA” określił pracę Wróblewskiej jako „fantastyczną rzecz z pogranicza malarstwa i sztuki plakatu – coś, co udaje się niezwykle rzadko”, a mnie chodzi po głowie parę myśli, którymi chciałbym się dziś podzielić.

      Wbrew oczekiwaniom, nie mam najmniejszego zamiaru analizować wspomnianego obrazu pod względem artystycznym, intelektualnym, czy tym bardziej moralnym, bo biorąc pod uwagę jego rzucającą się w oczy jakość, może to równie dobrze zrobić każdy z nas. Ja akurat chciałbym zwrócić uwagę na pewną, moim zdaniem, bardzo wyraźną i wyjątkowo podłą tendencję. Otóż jeśli przyjrzymy się temu, co się dzieje w przestrzeni wyznaczanej przez kulturę popularną, oraz będącą jej nieodłączną częścią sztukę, musimy dojść do wniosku, że to co przedstawiła na swoim plakacie Jagna Wróblewska i co postanowił nagrodzić Rayski, to sama esencja. Jeśli przyjrzymy się współczesnej produkcji – i nie mam tu na myśli tylko produkcji polskiej – filmowej, teatralnej, plastycznej, czy literackiej, jej estetyczny oraz intelektualny wymiar jest wyznaczany właśnie przez to, co możemy zobaczyć na tym plakacie, a więc, mówiąc brutalnie, penisa i waginę. Oto współczesna sztuka i nie sądzę, by to się miało kiedykolwiek zmienić.

      I nie łudźmy się. Nie ma co liczyć na to, że gdy wreszcie Prawo i Sprawiedliwość – bo jest chyba dla wszystkich jasne, że w najbliższej perspektywie wszystkie inne opcje są niedostępne – zdobędzie w państwie taką popularność, że cała ta antypolska banda zostanie drastycznie zmarginalizowana, razem z nimi naturalną śmiercią zginą te wszystkie waginy, a tak zwani „ludzie kultury” się opamiętają i poczują nagle związek z naszą narodową tradycją oraz wartościami. To się nie stanie z tego względu, że oni już od dawna znajdują się w strefie wpływów, do którego zewnętrzny świat nie ma żadnego dostępu.

      Ktoś powie, że to wcale nie jest takie trudne. Wystarczy że my tutaj przedstawimy własną ofertę, która jako bardziej wartościowa ideowo, oraz estetycznie bardziej interesująca wyprze z rynku ten cały chłam. Otóż problem polega na tym, że własnie przez to, że wspomniana kultura popularna, stanowi świat całkowicie autonomiczny i nie ma żadnego sposobu, by się tam przebić. I daję słowo, że nie mówię o prostej jakości. Nawet gdybyśmy potrafili zaproponować coś naprawdę wartościowego, tego muru nie przebijemy. Pozostaje nam wyłącznie polityczna władza i cierpliwe znoszenie wrogiego nam popu, nawet w postaci tego koszmarka ledwo co nagrodzonego przez miasto Gdańsk.




Gdyby ktoś zapragnął kupić sobie którąś z moich książek, wystarczy że kliknie w wybrany obrazek z prawej strony i będzie na miejscu. Serdecznie zachęcam.

       


poniedziałek, 8 stycznia 2018

O tym co widać zza mojego płota

       Jak już tu wspominałem, o serial „Korona Królów”, podobnie jak też wcześniejsze telewizyjne produkcje filmowe, ani nie miałem okazji zahaczyć choćby krótkim spojrzeniem, ani też nie mam co do niego jakichkolwiek planów. I powiem szczerze, że moja determinacja w tym względzie nie wynika z niechęci do sposobu, w jaki rząd Dobrej Zmiany rękoma Jacka Kurskiego prowadzi politykę historyczno-patriotyczną, i w ogóle nie stanowi jakiejkolwiek demonstracji, lecz jest wyłącznie konsekwencją prostego braku zainteresowania. Uczciwie powiem, że nawet gdyby ktoś mnie namówił, bym na ów serial rzucił okiem, a ja bym uznał, że czemu nie, to i tak bym natychmiast o tym zobowiązaniu zapomniał. A więc mogę już dziś zapewnić, że nic z tego nie będzie. Z serialu „Korona Królów” najpewniej nie obejrzę nawet sekundy.

       Muszę przy tym przyznać, że, owszem, obejrzałem fragment czołówki tego filmu. A stało się to tak, że moje dziecko było u znajomych i tam akurat leciało to coś, a ona była tak poruszona czołówką właśnie, że nagrała ją na komórce i zmusiła mnie bym ją obejrzał. Rzecz otóż jest w tym, że ona jest kropka w kropkę powtórzona za czołówką brytyjskiego telewizyjnego hitu pod tytułem „The Crown”, zarówno gdy chodzi o sam pomysł, jak i wykonanie… no dobra, wykonanie może nie jest już tak udane, ale, owszem, jest naprawdę nieźle. A ja sobie myślę, że skoro, jak słyszę, TVP przeznaczyła na swój serial 800 milionów złotych, to budżet ten został podzielony w taki sposób, że jedna trzecia poszła na pensje, jedna trzecia na czołówkę, a reszta na resztę, czyli stroje, krzesła i takie tam. A więc, mamy najprawdopodobniej do czynienia z tym, co zawsze, z tą różnicą, że ta czołówka faktycznie robi wrażenie.

      I załóżmy teraz, że ja postanowię wziąć głupio udział w ogólnonarodowej debacie na temat tego serialu, tyle że zamiast wytykać mu różnego rodzaju błędy, ani mniej ani bardziej zabawne, niż te które można znaleźć choćby u Spielberga w „Szeregowcu Ryanie”, ewentualnie znęcać się nad Stanisławem Janeckim, który właśnie stwierdził, że nasza „Korona Królów”  jest lepsza od popularnej ostatnio bardzo „Gry od tron”, napiszę, że, co by nie mówić, to faktem jest, że czołówka „Korony Królów” warta jest każdego wydanego na nią grosza, włącznie być może z tą ich częścią, która jest przeznaczona na udobruchanie realizatorów brytyjskiej „Korony”.  Załóżmy też, że samym tym oświadczeniem uruchomię lawinę kierowanych pod moim adresem pretensji, że po pierwsze, podoba mi się ewidentne gówno, po drugie, kształt mojej miłości do PiS-u zaczyna budzić podejrzenia, że ja jednak chleję, no a po trzecie, że nie rozumiem, że stałem się właśnie kolejną zarówno ofiarą, jak i piewcą prowadzonej przez rząd Prawa i Sprawiedliwośc akcji ostatecznego upokarzania polskiego społeczeństwa. 

       Tak się oczywiście nie stanie, bo, jak mówię, dla mnie film „Korona Królów”, nie jest w żaden sposób większym wydarzeniem, niż którykolwiek z wyprodukowanych w ostatnich latach, czy to przez Polsat, czy to przez TVN, czy wreszcie przez TVP seriali, nie zmienia to jednak faktu, że od czasu do czasu przy jakiejś okazji coś tam chlapnę.

        Stali czytelnicy tego bloga wiedzą świetnie, że jedną z moich obsesji od samego jego debiutu jest to, w jaki sposób władza – wszelka władza – jest realizowana przez kulturę pop. Dziś już nie pamiętam, jak dokładnie sformułowałem tę myśl po raz pierwszy, a tym bardziej, kiedy to było, jednak wiem z cała pewnością, że to ja – a nie, jak dziś wielu sugeruje, Coryllus – jako pierwszy rzuciłem to hasło: „Kto ma pop, ten ma władzę”.  Hasło „pop” – w tym właśnie kontekście – na tym blogu pojawiło się po raz pierwszy jeszcze w sierpniu 2008 roku, a więc zanim jeszcze poznałem Coryllusa, i od tego czasu tagowało kolejne moje notki dziesiątki razy. Od czasu natomiast, gdy Prawo i Sprawiedliwość objęło władzę w Polsce, ja – przyznaję, że z autentyczną satysfakcją – ogłaszam, że doszło wreszcie do tego, że to rząd, na który tyle lat czekałem, na który głosowałem i który do dziś popieram, opanował niemal całą scenę zajmowaną przez kulturę popularną, i to przejął ją z wykopem, jakiego świat dotychczas nie znał. Po tylu latach kulturowej opresji, wymierzonej w podstawy nawet jeśli nie naszej egzystencji, to dobrego samopoczucia, mamy ostateczny koniec cywilizacji tak fantastycznie wręcz opisanej jeszcze na początku lat 90-tych przez, o ile dobrze pamiętam, Andrzeja Celińskiego, kiedy ten podzielił społeczeństwo na tych, co potrafią jeść nożemi widelcem, a tych, którzy sztućców nie używają, a w przestrzni pop reprezentowanej przez teatr Krystyny Jandy, filmy Agnieszki Holland, malarstwo Wilhelma Sasnala,  powieściopisarstwo Olgi Tokarczuk, no i wreszcie piosenki Wojciecha Waglewskiego, czy Lecha Janerki.

     I ja naturalnie wiem doskonale, co teraz nastąpi, zwłaszcza że sam od dobrych dwóch lat rwę sobie z tej okazji, niedługo już pewnie wreszcie siwe, włosy ze swojej biednej głowy. Otóż ja już słyszę krzyk: „Zamienił stryjek siekierkę na kijek”. No i oczywiście jestem niemal gotów się tu z pokorą zamknąć, tyle że jest jeden problem. Otóż tam nigdy nie było żadnej siekierki. Tam był dokładnie taki sam kijek, jak ten, którym wymachuje dziś wspominany tu ostatnio niemal bez przerwy Jacek Kurski, tyle że podczas gdy tamten na całej swojej długości miał wygrawerowany ślicznie napis: „Nie jestem kijkiem, lecz siekierką”, to ten nasz  ma napisane słowo „Polska”, a obok wyrzeźbioną głowę Kamila Stocha.

      Rzecz w tym, że Prawo i Sprawiedliwość przejęło pop, czyli osiągnęło coś, na co czekaliśmy tu tyle lat. I jeśli nagle niektórzy z nas zaczynają się na ten pop zrzymać, kręcić nosem i narzekać, że ten pop jest za bardzo pop, bo powinien jednak bardziej zaspokajać ambicje tych, co jedzą nożem i widelcem, to ja bardzo przepraszam, ale mnie proszę z tego wypisać. I proszę mi nie tłumaczyć, że Sławomir Zapała jest oszustem, bo ja to świetnie wiem. Między nami jest jednak taka różnica, że tak jak ja sobie świetnie radzę zarówno bez niego i bez „Korony Królów”,  tak samo poradzę bez pieprzonych marzeń o tym, że świat nagle stanie się taki, jak sobie tu wszyscy wyobrażamy. Będę siedział na tej swojej ławeczce, gapił się w łażące po drodze kury, słuchał Roberta Johnsona i Beatlesów, czytał Coryllusa, oglądał seriale na Netflixie, i oczywiście liczył na to, że nie umrę zanim życie mi zbrzydnie. I wiem, że jeśli ktoś się do mnie przysiądzie, żeby pogadać, to na pewno nie będą to ani bracia Kurscy, ani minister Gliński, ani premier Morawiecki, bo tego co już jest moje oni  nie są w stanie tknąć choćby swoją myślą.


Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje ksiązki. Polecam z całego serca.  

     


     

piątek, 15 września 2017

Za co sataniści nie lubią Donalda Trumpa?

    Ogłoszona w poprzedniej notce akcja „Złotówka na Toyahuja” trwa i się pięknie rozwija, w związku z czym, z zamknięciem zbiórki, ogłoszeniem wyników, no i oczywiście przekazaniem wszystkiego na tacę w kościele pod wezwaniem św. Michała Archanioła i Wniebowzięcia NMP  w Kiekrzu, poczekam do poniedziałku, dziś natomiast chciałbym opowiedzieć o tym, jak się zupełnie nieoczekiwanie skonfrontowałem z satanizmem w wersji pop. Nie po raz pierwszy zresztą.

   A wszystko zaczęło się od tego, że przez media przeleciała informacja, że polski zespół grający pod nazwą Decapitated tak zwany „death metal” odbywał właśnie niezwykle udaną trasę po amerykańskiej prowincji i po jednym z koncertów jego członkowie zostali aresztowani pod zarzutem zbiorowego gwałtu. Z tego co byłem w stanie zrozumieć, poszło o to, że nasi rodzimi sataniści zostali po koncercie zaczepieni przez jedną z fanek, a ponieważ ona im się spodobała, zaprosili ją do autokaru, tam najpierw ją zbiorowo zgwałcili, następnie wystawili na ulicę, ona pobiegła na policję, złożyła zawiadomienie o przestępstwie i nasze chłopaki – co dla mnie wręcz fascynujące, z samego Krosna – zostały zgarnięte, a reszta trasy została odwołana.

   Powiem szczerze, że w związku z tym, co się stało, nie czuję choćby odrobiny satysfakcji. Przede wszystkim, potrafię sobie wyobrazić, jakim ciosem musi być dla tych chłopców z Podkarpacia, a zwłaszcza dla ich lidera i założyciela, któremu rodzice dali na chrzcie Wacek, kiedy to, co oni autentycznie osiągnęli własną pracą i talentem, w jednej chwili runęło jak domek z kart, i to wyłącznie przez to, że zrobili coś, co od zawsze kompletnie bezkarnie robili i robią znacznie więksi i ważniejsi od nich. No ale stało się i dziś, jedyne na co oni mogą liczyć, to na to, że jakoś się z tego wykaraskają i może nawet uda im się owe straty obrócić na swoją korzyść. W końcu ani Mick Jagger, ani Robert Plant, ani nawet Ozzy Osbourne nie mogą się pochwalić, że za gwałt na fance zostali aresztowani i wsadzeni za kratki.

   No ale jest jeszcze coś. Otóż przez swoją wyssaną z mlekiem matki ciekawość, kiedy usłyszałem o istnieniu zespołu Decapitated, postanowiłem sprawdzić, co to takiego i powiem szczerze że oni są naprawdę bardzo dobrzy. Poświęciłem dość dużo czasu na to, by się tym czymś zainteresować i powtarzam –  na tle tego, co się dzieje na rynku, oni są naprawdę bardzo dobrzy. A dzieją się tam rzeczy niebywałe. Oto, jak się dowiaduję, każdego roku we Francji odbywa się festiwal pod nazwą Hellfest, prawdopodobnie najważniejszy festiwal promujący muzyczny satanizm, gdzie z naszych artystów mamy oczywiście Behemotha i, jak się okazuje, również Decapitated, a poza nimi cały wachlarz najróżniejszych projektów, przy których nawet Nergal robi wrażenie czegoś bardzo gustownego i wyrafinowanego.

   Nie jestem w stanie znaleźć słów, by opisać, co się dzieje na festiwalu Hellfest we francuskim Clisson, natomiast kto chce może wejść na youtube’a i sobie obejrzeć. Rzecz w tym, że trzeba dopiero zobaczyć całość, by zrozumieć, jak bardzo mamy do czynienia z klasyczną ślepą uliczką. Pomijając oczywiście ową muzyczną wirtuozerię, której się nie da zakwestionować, tam nie ma nic, co by dawało tym biedakom szanse na przeżycie. To jest tak straszna żenada, że jeden Zenek Martyniuk swoją elegancją i estetyczną głębią by ich wszystkich rozniósł w sekundę. Patrzę choćby na szwedzki zespół pod nazwą Ghost, który gra metal na poziomie wytyczonym przez swoich starszych kolegów z zespołu Europe, tyle że tu muzycy mają łby udekorowane maskami z rogami, a robiący za papieża wokalista wysyła w zebrany tłum przebrane za zakonnicę cizie z mszalnymi kielichami, które następnie poją tę bandę nieletnich półgłówków z wytatuowanymi ryjami jakimś, jak się domyślam, najtańszym winem, i jedyne co mi przychodzi do głowy, to to, że to jest coś tak słabego, że sam Lucyfer w końcu nie wytrzyma i za karę ześle na nich wszystkich zarazę, która ich zwyczajnie powybija w pień, a już tam na miejscu będzie im po wieczne czasy kazał czyścić te kotły z gówna.

   A przecież ów Ghost to zaledwie jedno z wielu pierwszoligowych przedsięwzięć na europejskim rynku satanistycznego popu. Przepraszam bardzo, ale muszę to powtorzyć. Cokolwiek byśmy nie powiedzieli, to w konfrontacji z tym całym cyrkiem, te chłopaki z Krosna, czy – tu może już trochę mniej – Nergal, to autentyczni artyści. 

   Ale pies z nimi tańcował. Dzieci chcą tego słuchać, a nawet być przy tym gwałcone – proszę bardzo. To co natomiast uważam za naprawdę ciekawe to fakt, że – i widać to wyraźnie na zamieszczonych na youtubie filmikach – ów festiwal jest transmitowany w pełnym HD przez jeden z najbardziej uznanych kanałów kulturalnych w Europie, czyli ARTE. A zatem, jak się można domyślić, to jest propozycja, jaką ma dla nas dziś Europa. Powtarzam, ja nie mam pretensji do artystów. Oni robią co mogą, by, przy naprawdę dużej i silnej konkurencji, wypełnić tę niszę, organizowanie jednak dla ich starań aż takiej klaki budzi najgorsze podejrzenia. I nie wierzę, że za tym stoi tylko to, że oni, kiedy tylko przestaną krzyczeć „Fuck Pope”, to zaczynają ryczeć „Fuck Trump”. Tu chodzi jednak o kulturę, nie o politykę. I to jest jeszcze jeden powód, dla którego powinniśmy nie spuszczać z nich oka. A chłopaki z Decapitated niech bezpiecznie wracają do Kraju i uważaja na siebie. Stąpają bowiem bo terenie wąskim i ciężko skażonym.




Nasze książki niezmiennie są do kupienia na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Nigdzie nie znajdziemy nic lepszego. Daję na to najszczersze słowo honoru

poniedziałek, 5 czerwca 2017

O tym jak w Manchesterze przeprowadzono zbiórkę na ISIS

Miniony weekend przyniósł nam trzy wydarzenia, które opanowały zbiorową wyobraźnię całego tak zwanego wolnego świata. Przede wszystkim, w Manchesterze odbył się wielki, od pewnego czasu zapowiadany, tak zwany „charity gig”, którego głównym przesłaniem miało być pokazanie islamskim terrorystom, że nie ma takiego terroru, którego nie byłaby w stanie pokonać miłość i wzajemna tolerancja. W pewnym momencie przed kwiczącym tłumem pojawił się popularny piosenkarz Pharrell Williams i między jedną piosenką a drugą podzielił się ze swoimi fanami refleksją, że mimo tego całego zła, on patrzy prosto przed siebie i nie widzi wśród zgromadzonej publiczności cienia strachu – tylko miłość. Dzięki temu że zarówno cały Manchester, jak i tym bardziej miejsce, w którym odbywał się koncert, było non-stop patrolowane przez tysiące uzbrojonych policjantów, wszystko odbyło się zgodnie z planem i zarówno artyści, jak i uczestnicy koncertu, kiedy już zamanifestowali swoją wiarę w potęgę miłości, rozeszli się bezpiecznie po swoich domach.
Drugim ze wspomnianych wydarzeń, które w ciągu minionego weekendu podbiły serca światowych mediów, a w konsekwencji i tych, którzy dzięki nim raz na jakiś czas mogą się poczuć ludźmi, był oczywiście sobotni atak na London Bridge. Trzech islamistów najpierw staranowało samochodem Bogu ducha winnych wieczornych przechodniów, następnie tych, którzy ocaleli zaatakowali nożami, a kiedy już udało im się zabić sześć osób, zostali zastrzeleni przez policję. W odpowiedzi na atak, premier Wielkiej Brytanii, Teresa May, oświadczyła, że „enough is enough”, burmistrz Londynu, człowiek o symbolicznym nazwisku Sadiq Khan, potwierdził, że islamski terroryzm nie ma nic wspólnego z pokojową religią islamu, a liberalne media zwróciły nam uwagę na fakt, że autorami owych zamachów nie były dzieci z Aleppo, lecz barbarzyńcy bez serca. No i tu również, po wygłoszeniu swoich komentarzy, wszyscy rozeszli się po swoich domach.
No i wreszcie wydarzenie trzecie, pozostające nieco w cieniu dwóch pozostałych. Oto w sobotę, chwilę przed tym jak w Londynie islamiści z nożami mordowali niewiernych, w Cardiff odbywał się finał Pucharu Europy w piłce nożnej między Realem Madryt a Juventusem Turyn, i na Placu św. Karola Turynu zgromadził się tłum kibiców, pragnących oglądać transmisję z meczu na wielkim telebimie. W pewnym momencie jednak dwóch wesołych młodzieniaszków w ramach prostego żartu zaczęło wrzeszczeć, że oto za chwilę wybuchnie bomba, na co dziesiątki tysięcy zgromadzonych kibiców Juventusu, uznało, że oto doszło do ataku terrorystycznego i rzuciło się do ucieczki, tratując się nawzajem. W efekcie ponad 1500 osób odniosło obrażenia, w tym wielu bardzo ciężkie.
Przyznam szczerze, że nie umiem zgadnąć, jak to się dzieje, że kiedy w Paryżu dochodzi do zamachu terrorystycznego i ginie ponad 100 osób, jedynym sposobem ich upamiętnienia staje się występ jakiegoś pianisty-amatora, natomiast wczoraj w Manchesterze, poza wspomnianym Williamsem i główną sprawczynią owego zamieszania, hołd ofiarom oddały takie sławy, jak Robbie Williams, Justin Bieber, Miley Cyrus, czy zespół Coldplay. Nie umiem też się domyślić, dlaczego wiadomość o tym, że w Turynie, w wyniku spowodowanej obawą przed terrorystycznym atakiem paniki, w szpitalach znalazło się ponad 1500 osób, według światowych mediów stanowiła wiadomość średnio interesującą. Myślę, że kwestią decydująca jest tu odwieczna potęga Imperium, które z samej zasady stoi ponad wszystkim, no ale tu akurat przede wszystkim mogę się mylić, a poza tym, to i tak nie jest dziś najważniejsze. To co z mojego punktu widzenia liczy się naprawdę, to owo bardzo poważne podejrzenie, że jeszcze kilka ataków, w których gdzieś w Paryżu, Berlinie czy w Londynie zginie siedem, siedemnaście, czy sto siedemdziesiąt osób, a Europa wpadnie w stan takiej histerii, że wystarczy by w owym Berlinie, Paryżu, czy Londynie ktoś głośniej wrzasnął, a tysiące ludzi ze strachu przed śmiercią, zadepcze się na śmierć.
Ale jest jeszcze coś. Starsi czytelnicy pewnie pamiętają, jak 25 czerwca 1967 roku, w ramach wymyślonej przez Johna Lennona akcji pod nazwą „One World” Beatlesi zagrali na żywo dla 400 milionów telewidzów na pięciu kontynentach piosenkę „All You Need Is Love”. Program, jak mówię, transmitowany był na żywo, i mógł go śledzić za darmo każdy posiadacz telewizora na świecie. Od tego czasu niedługo minie 50 lat i trzeba przyznać, że wraz z upływem tych lat, wszyscyśmy, podobnie jak ów czas, mocno sparszywieli. Co bowiem stało na przeszkodzie, skoro wszyscy jesteśmy tak samo zagrożeni islamskim terroryzmem, a miłość jest tak samo jedna, jak jeden jest nasz świat, by ów koncert w Manchesterze był za darmo transmitowany na cały świat?
Myślę, że my tu wszyscy odpowiedź na to pytanie znamy wystarczająco dobrze, a część owej odpowiedzi znakomicie reprezentuje komunikat, jaki był wyświetlany przez cały czas trwania owej transmisji, wzywający do wpłacania pieniędzy na pomoc dla ofiar ataku i ich rodzin.
W końcu każdy kolejny milion się przyda. Również bankom, przez które te pieniądze tak czy inaczej będą musiały przejść, a z których usług, jak wiemy, korzystają różni klienci, jak świat długi i szeroki.

Już bardzo niedługo spotykamy się w Bytomiu na targach „Rozetta”. Nie mogę się doczekać, ale póki co zapraszam do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.

sobota, 14 stycznia 2017

San Escobar, czyli do czego służy gwizdek

      Zanim przejdę do rzeczy, pragnę wszystkich uprzedzić, że ani nie mam najmniejszego zamiaru zajmować się tu ministrem Waszczykowskim, ani, co ważniejsze, sam Waszczykowski mnie nigdy i w jakikolwiek sposób nie interesował, i, pomijając jego zdecydowanie niedobry ostatnio wygląd, nadal nie interesuje. A zatem, uprzedzam, że jeśli ktoś zacznie mnie nagle przekonywać, że Waszczykowski to bałwan, który dla dobra PiS-u powinien wylecieć z rządu w trybie natychmiastowym, dostanę cholery.

      Dlaczego zatem, ktoś zapyta, skoro ja nie chcę pisać o Waszczykowskim, użyłem już jego nazwiska czterokrotnie? Otóż chodzi o to, że Waszczykowski pełni tu funkcję wyłącznie niezbędnego pretekstu do tego, byśmy mogli zająć się czymś, co go zdecydowanie przewyższa, a mianowicie owym grepsem pod nazwą „San Escobar” i karierą medialną, jaką ta nazwa ostatnio robi.

      Jestem pewien, że wszyscy doskonale wiemy, w czym rzecz – w tym też zresztą tkwi część problemu – więc nie będę powtarzał całej historii. Natomiast chętnie opowiem o czymś, czego się dowiedziałem ledwo co wczoraj, a co – w przeciwieństwie do głównej anegdoty – już tak naprawdę mało kogo zainteresowało. Otóż, jak donosi Onet, amerykańska publiczna stacja telewizyjna C-SPAN padła w miniony czwartek ofiarą ataku hakerskiego, skutkiem czego na ok. 10 minut została przerwana transmisja debaty w Izbie Reprezentantów, a zamiast niej Amerykanie mogli oglądać rosyjską telewizję Russia Today, jak ta szydzi z polskiego ministra i jego omyłki.

      Ja nie twierdzę oczywiście, że gdyby coś takiego się przydarzyło Polsce jeszcze w latach rządów Platformy i podobnemu atakowi został poddany na przykład minister Rostowski i jego chęć zamieszkania w „Bydgoszczu”, ja bym natychmiast uznał, że skoro Rosja postanowiła aż tak bardzo zaangażować się w skompromitowanie Rostowskiego, to ja bym natychmiast zaczął popierać rządy Platformy Obywatelskiej. Aż tak, to pewnie by nie było. Natomiast z całą pewnością bym się zastanowił, czy przypadkiem czegoś po drodze nie przegapiłem.

       Dziś mamy tak, że przez tę tak naprawdę kompletnie nieistotną omyłkę – pomyślmy tylko, ile o podobnej, lub nawet większej skali, przydarza się codziennie ministrom w dziesiątkach państw na całym świecie – polski minister jest wyszydzany przez najpierw całą Polskę, od lewej do prawej, następnie przez już cały świat, a na końcu tej kolejki nagle pojawia się telewizja Russia Today, i z absolutnie niespotykanym zacięciem, zaczyna to wszystko, co było wcześniej, przedstawiać w formie obrazkowej. I z jakiej to wszystko okazji? Bo Waszczykowski zamiast Cristóbal, powiedział Escobar?

     Wiemy wszyscy, co to są Karaiby i jaką same w sobie tworzą egzotykę. W ich skład wchodzi cały szereg państw, terytoriów zależnych, zamorskich departamentów, oraz specjalnych gmin. Wymieńmy je wszystkie po kolei: Belize, Wenezuela, Gujana, Surinam i Gujana Francuska, Trynidad i Tobago, Haiti, Grenada, Anguilla, Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych, Antigua i Barbuda, Montserrat, Jamajka, Aruba, Kajmany, Bahamy, Turks i Caicos, Kuba, Barbados, Martynika, Brytyjskie Wyspy Dziewicze, Dominika, Dominikana, Gwadelupa, Portoryko, no i wreszcie Saint-Barthélemy, Saint-Martin, Saint Kitts i Nevis, Saint Lucia, Saint Vincent i Grenadyny. Do 2010 roku, do Karaibów było również zaliczane niderlandzkie terytorium autonomiczne obejmujące 5 wysp, a więc Bonaire, Curaçao, Saba, Sint Eustatius i Sint Maarten, z których w wyniku referendum Bonaire, Saba i Sint Eustatius stały się holenderskimi gminami zamorskimi, natomiast Curaçao oraz Sint Maarten stały się autonomicznymi krajami wchodzącymi w skład Królestwa Niderlandów (przy okazji polecam swój tekst w najnowszym numerze „Szkoły Nawigatorów”).

       I oto w tej sytuacji, dowiadujemy się, że jeśli ktoś, a w dodatku minister w polskim rządzie, nie jest w stanie zapamiętać, że oficjalna nazwa jednego z tych państw, a mianowicie Saint Kitts i Nevis już od dawna nie nosi swojej tradycyjnej nazwy, czyli San Cristobal y Nieves, a w dodatku owo Cristóbal pomyliło mu się z Escobar, to mamy śmiech na cały świat, od Londynu aż po Pietuszki pod Moskwą. A przede wszystkim przewracają się na plecy i klepią po brzuchach ci, którzy nie dość, że nie mają pojęcia, z czym powszechnie kojarzy się nazwisko Escobar, to do niedawna nie mieli nawet pojęcia, co to są te jakieś Karaiby.

       Oto siła propagandy opartej na tym, by w zwykłym człowieku zaktywizować to, co mu pozwala reagować na świat w sposób maksymalnie prymitywny. Pisałem tu już o tym kiedyś przed laty, że cała współczesna propaganda, jeśli tylko ma być skuteczna, musi w pewnym momencie zostać przepuszczona przez kulturę pop. W praktyce sprowadza się to do tego, by doprowadzić ludzi do takiego stanu intelektualnego, w którym na dźwięk nazwiska Kaczyński, będą krzyczeć „Fuhrer”, na dźwięk nazwiska Kwaśniewski – „wóda”, na dźwięk nazwiska Wałęsa – „Bolek” a na hasło „Waszczykowski” wszyscy wstaną i krzykną: „San Escobar”.

      Spędziłem wczoraj nieco czasu na Facebooku i nie mogłem się nadziwić, jak ludzie, których dotychczas uważałem za myślących, by nie powiedzieć, że wręcz refleksyjnych, nagle dali się w tak głupi sposób porwać temu szaleństwu. Próbowałem się dowiedzieć, dlaczego coś tak nieistotnego, jak ten cały „San Escobar”, kazał im się aż tak mocno zaangażować w ten przekręt, i w pewnym momencie jeden z kolegów wyjaśnił mi, że to całe San Escobar go „po prostu bawi”. Przepraszam bardzo, ale co się Wam w głowach porobiło? Powiedzcie mi, na czym polega śmieszność nazwy San Escobar? W jaki sposób ona jest śmieszniejsza od San Cristóbal? I zastanówcie się proszę, co byście sobie pomyśleli, gdyby Waszczykowski rzeczywiście okazał się durniem i wspominając to całe Saint Kitts i Nevis powiedział, że się spotkał z przedstawicielami państwa El Dupa? Starczyło by Wam wtedy owego kulturalnego humoru, który Was tak w tych dniach obezwładnił, czy już by Wam tylko pozostało się ze śmiechu posrać?

      Zadaję to pytanie, ale przyznam szczerze, że odpowiedź na nie znam bardzo dobrze. Gdyby Waszczykowski, zamiast Saint Kitts i Nevis, powiedział El Dupa, Wy byście się śmiali dokładnie tak samo głośno i przeciągle. Ani trochę bardziej, ani też mniej. Bo tu wcale nie chodzi o Wasz humor, ale o ten gwizdek, którego dźwięk w odpowiednich momentach każe Wam się uaktywnić.


Wszystkich zapraszam do księgarni na stronie www.coryllus.pl, gdzie niezmiennie są do kupienia moje książki. Serdecznie polecam.




czwartek, 17 listopada 2016

O czarnym libido raz jeszcze


Jak to już zapowiadam od kilku dni, dziś w Opolu na Uniwersytecie będę opowiadał o swojej najnowszej książce „O samotnej wyspie, zapomnianej łodzi i oceanie bez kresu”. Każdego kto może przyjść, serdecznie zapraszam, natomiast tych, którzy mieszkają zbyt daleko, by się pokazać, zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Ponieważ w Opolu zostaję do piątku, jutro kolejnego tekstu nie będzie. Jednym i drugim jednak chciałem dziś przedstawić jeden z zamieszczonych w książce tekstów, który Zycie Gilowskiej bardzo się spodobał i o którym napisała w następujący sposób: „Pana wpis o "Vivie" i obywatelce Katarzynie Glince zrobił mi wielką przyjemność, piękna sprawa. Czytałam mężowi na głos i od razu poczułam się lepiej”. Tekst jest długi, więc można go sobie rozłożyć na raty, a my się spotykamy w sobotę.

Pisałem już o tym w poprzedniej notce, ale ponieważ, jak wiemy, pewne spostrzeżenia są tak intensywne, że nie sposób ich potraktować z lekceważeniem, wychodzi na to, że trzeba będzie się powtórzyć. Otóż, gdy idzie o mnie, odkryłem właśnie, że jeśli mój plan odcięcia się od świata opanowanego przez System zostanie zrealizowany w taki sposób, w jaki sobie to zaplanowałem, ten blog będzie musiał przestać istnieć. A to z tego powodu, że zwyczajnie nie będę miał o czym pisać. I pomyśleć, że tak niewiele trzeba było, by odkryć ten fakt, jak jedno głupie wydanie tygodnika „Wprost”, a konkretnie osoby niejakiego Lejba Fogelmana – Żyda i aspirującego celebryty.
Ciekawa w sumie sprawa z tym Fogelmanem. Rozmawiałem dziś o nim trochę z naszym kolegą Coryllusem i doszliśmy do wniosku, że ów Fogelman prawdopodobnie już niedługo otrzyma w TVN-ie swój talk-show, gdzie będzie rozmawiał ze znanymi gwiazdami – jak powiedzmy Katarzyna Glinka, o której tu jeszcze będzie mowa – w kontekście polskiego antysemityzmu, lub tego, jak to Polska jest widziana z Nowego Jorku, czy z Londynu. Program będzie się nazywał na przykład „Nie-koszerny talk-show”, a Lejb Fogelman będzie popijał sok pomarańczowy i zabawiał publiczność. Ale może być też jeszcze inaczej. Lejb Fogelman nie będzie miał swojego autorskiego programu, natomiast razem z Tomaszem Terlikowskim będą rozmawiać o polskim katolicyzmie lub o aborcji, a wszystko pod tytułem „Żyd i Talib w jednym stali domu”, czy coś w tym kierunku. Wszystko jedno. Obojętne. Ważne jest to, że za swoje najświeższe zasługi dla III RP, Fogelman dostanie tę robotę, a jeśli ktoś jeszcze przy okazji coś zarobi, to tym lepiej.
Pozwoliłem sobie na dygresję, jednak nie da się ukryć, że choć prawdziwy temat dzisiejszej notki nie jest w żaden sposób związany z Fogelmanem, to jest on w pewnym sensie kontynuacją moich refleksji będących bezpośrednim skutkiem owego gwiazdkowego prezentu w postaci paru kolorowych magazynów. Nie będę dłużej utrzymywał czytelników tego bloga w ich niepewnym zawieszeniu i przejdę od razu do Glinki. Jednak najpierw – znów, niestety, dygresja – mały wstęp. Oprócz ostatniego wydania magazynu „Wprost”, w naszym domu pojawił się dwutygodnik „Viva”. Pisałem niedawno dość o „Vivie” a propos bardzo dobrego filmu „Social Network” o Facebooku, w bardzo porządnym dwudyskowym wydaniu, który niespodziewanie dołączony został do owej „Vivy” za zaledwie 30 zł. Wspomniałem o tym filmie, bo w żaden sposób nie potrafiłem zrozumieć, w jaki sposób wydawcy „Vivy” znajdują interes w tym, by rozdawać tę swoją gazetę niemal za darmo. Obiecał mi to wytłumaczyć nasz kolega Lemming, ale ponieważ ostatnio jest bardzo zajęty, wciąż na to objaśnienie cierpliwie czekam. Tym razem „Viva” pojawiła się pod naszą choinką bez filmu, ale za to za jedyne 99 groszy – „Specjalnie na Święta! 0.99 zł.” I problem tej szczególnej dobroczynności odżył na nowo.
Patrzę na tę śliczną kolorową okładkę, a tam jakaś czarnowłosa lalunia w ciąży, w czerwonej sukni i z uwodzicielskim spojrzeniem i tekst: „Synek już w drodze! Katarzyna Glinka o ciąży, macierzyństwie, małżeństwie. I co dalej z jej karierą?” Przyznaję, że nie mam pojęcia, kim jest Katarzyna Glinka. Co jeszcze ciekawsze, kim jest ta Glinka, nie wie nawet moja żona, która wie wszystko, natomiast moja starsza córka, którą mam tu w tej chwili pod ręką, najpierw powiedziała, że ją zna, bo to jest wybitna polska siatkarka, ale następnie zmieniła zdanie, bo sobie przypomniała, że „jej” Glinka ma na imię Małgorzata, a nie Katarzyna, i zostaliśmy z tą okładką i naszymi bardzo już indywidualnymi refleksjami. Gdy chodzi o mnie, patrzę na tę Glinkę, zastanawiam się, kim ona jest – czy piosenkarką, a może aktorką, czy ewentualnie żoną jakiegoś Glinki, a może wnuczką niegdysiejszego Mariana Glinki – a przede wszystkim zastanawiam się nad tą złotówką bez jednego grosza. Co to za biznes? Co to za geszeft? Kto zna odpowiedź? Może Lejb Fogelman?
Pozostaje więc już tylko poszukać jakiegoś bardziej stałego gruntu. Obok mamy zatem Jarosława Wałęsę i Ewelinę, a wyżej Roberta Kozyrę – postać zajmująca swoje zaszczytne miejsce na tym blogu – i jego refleksje na temat Georga Michaela i stanu jego zdrowia. Ponieważ Jarosław Wałęsa jest dla mnie dokładnie tak samo ważny jak jego Ewelina, natomiast Georga Michaela uważam za wielkiego artystę, a jego piosenkę „Last Christmas” za jeden z tak zwanych evergreens, i to w dodatku niemal najbardziej ‘ever’, postanawiam zajrzeć do Kozyry. I proszę uprzejmie. Okazuje się, że George Michael, jako histerycznie nieumiarkowany homoseksualista, zapadł na AIDS, a w ramach tego AIDS na ciężkie zapalenie płuc. Robert Kozyra poświęca temu nieszczęśnikowi cały długi tekst, a w nim informuje, że „nie jest tajemnicą, że George ma duże libido i lubi przygodny seks”. „Nie należy też jednak zapominać”, że George Michael to człowiek, który nawet kiedy się snuje po publicznych ubikacjach, „bez żadnych zahamowań” mówi, co myśli o sprawach ogólnych, w tym również o politykach. „O Margaret Thatcher powiedział: ‘Głupia krowa, która wielu zniszczyła życie’. Tony’ego Blaira sparodiował w teledysku do ‘Shoot The Dog’ jako pieska Busha, który robi wszystko, co każe jego pan. Busha z kolei przedstawił jako idiotę”. Dobra wiadomość jest taka, że mimo ciężkiej choroby George jednak dojdzie do siebie i, na poziomie czysto ludzkim, będzie Kozyrze dalej prezentował swoje libido, a w wymiarze intelektualnym nam wszystkim swoje opinie na temat polityków.
Jeśli jednak ktoś myśli, że za te 99 groszy nic więcej poza Glinką, młodym Wałęsą, Kozyrą i Georgem Michaelem nie dostaliśmy, jest w dużym błędzie. Otóż okazuje się, że 24 listopada w Warszawie odbył się pokaz kolekcji La Mania. Osobiście, podobnie jak nie wiem, kim jest Glinka, nie wiem też, co to jest kolekcja La Mania, ale ze zdjęć zamieszczonych w najnowszej „Vivie” wynika niezbicie, że to jest nie byle co. Przynajmniej jak na polsko-ukraińskie standardy. Proszę posłuchać:
Galeria Zachęta, Arkady Kubickiego. Joanna Przetakiewicz zawsze wybiera ekskluzywne miejsca na pokazy. Teraz właścicielka marki La Mania zaprosiła gości do Sali Marmurowej w Pałacu Kultury i Nauki. ‘Czwarty element’, bo taki tytuł miała kolekcja inspirowana filmem Luca Bensona ‘Piąty element’, oglądały nie tylko panie. W pierwszym rzędzie zasiedli: partner Joanny Przetakiewicz Jan Kulczyk, Jan A.P. Kaczmarek, Waldemar Dąbrowski. Zaśpiewała światowej sławy śpiewaczka Aleksandra Kurzak, a wirtualnym gościem jak zwykle był Karl Lagerfeld. Właścicielka marki Las Mania przyjaźni się z projektantem i na każdym pokazie podkreśla, jak bardzo ją wspiera. Na La Manię – w zwracającym uwagę naszyjniku – przyszła Monika Olejnik, szefowa modowej marki Deni Cler Milano Katarzyna Niezgoda wystąpiła w niezwykle twarzowej krwistej czerwieni, a w beżach, jak zawsze stylowa, Małgorzata Socha. Joanna Przetakiewicz pokazała się w oryginalnym, mocno nasuniętym na oczy toczku – widać właścicielka La Manii lansuje modę a la Philip Treacy. Toczek, tyle że z długimi piórami, włożyła również śpiewająca gwiazda Aleksandra Kurzak. Co do nowej kolekcji – zachwycała feerią barw, zwiewnością i, jak twierdzi Agnieszka Szulim, prezentowana była przez wyjątkowo ładne modelki. A po pokazie goście delektowali się… mrożonymi jogurtami”.
A więc Glinka, Kurzak, Niezgoda, Socha, Szulim, a oprócz nich jeszcze: Eric Stępniewski, Halina Mlynkova, Paulina Sykut, Ada Fijał, Marta Krupa, Marta Grycan i Bogna Sworowska – jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Proszę słuchać uważnie. Obok pokazu La Mania odbyła się w Warszawie inna impreza, zatytułowana Spotkanie Swisslove:
Szczęśliwi czasu nie liczą. Ale ci którzy przyszli na trzecie spotkanie SwissLove, chętnie by go policzyli… na najlepszych zegarkach na świecie. Butiki Swiss mają w portfolio prestiżowe zegarkowe marki. Okazało się, że w nadchodzącym sezonie najmodniejsze będą te w kolorach czekolady i wanilii. Na spotkanie przybyły między innymi projektantka i ambasadorka marki Bulova Izabela Łapińska oraz Justyna Steczkowska (w sukni od Łapińskiej i w zegarku marki Bering na ręce). Goście pospieszyli oglądać jesienno-zimową kolekcję i delektować się waniliowymi i czekoladowymi przysmakami”.
I proszę. Oto przed nami: Agata Załęska, która „zastąpiła Katarzynę Pakosińską w Kabarecie Moralnego Niepokoju”, Waldemar Dąbrowski „z Diageo”, Jolanta Raszyńska, „fanka sukienek od Łapińskiej”, Katarzyna Grochola, która „pracuje nad nowym wizerunkiem”, Jolanta Borowiec z Polsat Cafe i Jarosław Szado – choreograf mody.
I to wszystko za marne 99 groszy!
Ktoś mi powie, że to przede wszystkim nic ciekawego, a poza tym się powtarzam, bo tekst o folklorze polsko-ukraińskim już tu był i sprawa jest zakończona. Otóż możliwe, że to wszystko nie jest zbyt ciekawe, natomiast nie zgadzam się, że sprawa jest zakończona. Nie jest zakończona choćby z tego względu, że wszystko jest w ruchu i wszystko trwa. I wcale niekoniecznie musi chodzić o to, że od czasu, gdy ostatni raz zajmowaliśmy się tym wieśniactwem, pojawił się drugi Waldemar Dąbrowski i jest ich tam teraz dwóch. Chodzi o to, że ostatnio bardzo przyspieszył również świat zewnętrzny i oba te światy zaczynają błyskawicznie odjeżdżać. Jeden reprezentowany przez bandę tych kretynów z jednej strony szyby, a drugi przez tę nędzę, która została z tej strony i z przylepionymi do szkła nosami wpatruje się w te światła. Jak ci Świadkowie Jehowy, co wiedzą, że są i tak poza zbawieniem, ale liczą, że przez tę wiarę przynajmniej zostaną w pamięci owego szczególnego Absolutu.
Czytałem dziś gdzieś pełne radości doniesienie, że jednak kryzys nas nie rusza, bo Polacy jeszcze nigdy nie kupowali tak dużo jak kupują w ostatnich tygodniach. Że produkcja leci pełną parą, sklepy pękają w szwach, pieniądz przechodzi rąk do rąk, i że – jakie to śmieszne! – to pewnie dlatego, że nikt nas nie uprzedził, że jest kryzys i że trzeba oszczędzać. Szczególnie dobrze, jak słyszę, idą telewizory. Nawet brytyjski „The Economist” nie może się nadziwić, jacy my Polacy jesteśmy hardzi. Ale obok tej informacji pojawia się następna – największe sukcesy odnotowują banki. Żaden sektor gospodarki nie dokonał takiego przyspieszenia. W 2010 roku banki zarobiły na nas prawie18 procent więcej niż w roku poprzednim, natomiast w tym roku już niemal 40 procent więcej niż w roku 2010. I to mnie nie dziwi. Wystarczyć rzucić okiem na te kolejki w samych bankach, a później w sklepach. To prawda – Polacy nie dali się zwieść alarmistycznym nastrojom wysyłanym przez głupią opozycję. Nas kryzys nie dotyczy. I bardzo dobrze. Bo, jak wiemy, najgorsza jest panika.
Przepraszam bardzo, ale zanim dostanę cholery i zacznę złorzeczyć, znów spróbuję się poratować cytatem. Tym razem jednak już nie „Viva”, lecz tvn24.pl. I nim też zakończę ten dziwny tekst. I już tylko mam nadzieję, że ktoś kiedyś za to odpowie:
Kryzys - to słowo w mijającym roku odmieniano przez wszystkie przypadki. Jedni twierdzą, że dopiero stuka do naszych drzwi od Zachodu, drudzy, że już u nas jest i w przyszłym roku się zadomowi na dobre. Jest też wielu takich, którzy twierdzą, że Polski się on w ogóle nie ima.
Dowodów na to, że kryzysu w Polsce – przynajmniej na razie – nie ma, jest wiele. Firmy należące do znanego inwestora, Zbigniewa Jakubasa, w ubiegłym roku osiągnęły prawie miliard złotych przychodu i ponad 700 mln. zł zysku. Przez ostatnie dwa kryzysowe lata Jakubas awansował o 23 miejsca w rankingu najbogatszych Polaków, lądując na 15. miejscu.
- Był to rok na pewno bardzo udany i jeden z lepszych w mojej historii biznesu. Ja jestem optymistą co do polskiej gospodarki i na najbliższe dwa lata też przewiduję duże wzrosty w swoich firmach - mówi miliarder. Na potwierdzenie dodaje, że w sytuacji, gdy branża deweloperska zniżkuje - kupił za kilkaset milionów złotych tereny inwestycyjne nad Wisłą za gotówkę, bez kredytu.
Marek Goliszewski z Business Center Club: - Rok 2011 był rokiem dobrym dla przedsiębiorców. Świadczy o tym wzrost gospodarczy i to jest w dużej mierze zasługa zwiększonych obrotów firm, wychodziliśmy też z eksportem na zewnątrz. W sumie był to rok dużo lepszy, niż się spodziewaliśmy.
Jest branża, która wydaje się zyskiwać najwięcej. - Wielkim wygranym w Polsce jest sektor bankowy. Wyniki finansowe banków w 2011 roku są fenomenalne - mówi Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej. Potwierdza to Iwona Sroka, prezes Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych. - Mamy bardzo dobre wyniki banków. W sumie 15 mld zł to rekordowe zyski. Jeśli chodzi o branżę ubezpieczeniową, to również sytuacja jest bardzo korzystna ponieważ nie mieliśmy żadnych większych klęsk żywiołowych - tłumaczy.
- Kryzys europejski nie jest tak głęboki i straszny, jak ludzie sądzą. Są też inne dowody, że Polacy mantrą, w której jedynym członem jest słowo ‘kryzys’, mocno się nie przejęli. - Kryzysu nie ma tak naprawdę. Podoba mi się komentarz ‘The Economist’ sprzed jakiegoś czasu, że znowu Polakom zapomniano powiedzieć, że jest kryzys i w związku z tym konsumują, produkują i dobrze się bawią. To zjawisko bardziej psychologiczne i socjologiczne niż ekonomiczne - mówi Kazimierz Krupa, redaktor naczelny polskiej edycji magazynu ‘Forbes’.
Prof. Stanisław Flejterski, ekonomista z Uniwersytetu Szczecińskiego dodaje: - Jesteśmy jako Polska beneficjantami ‘kryzysu’. Ten nasz optymizm może wziął się z tego, że pamiętamy, jak to było ponad 20 lat temu, a było znacznie gorzej”.
I tak to właśnie się nam plecie. Stępniewski, Goliszewski, Młynkova, Flejterski, Jakubas, Sykut, Fijał, Arendarski, Sroka, Krupa, Grycan, Sworowska. No i sprawa najważniejsza, zapowiedziana na samym początku: dziecko Katarzyny Glinki już w drodze!

sobota, 24 września 2016

Co Brad Pitt uważa na temat aborcji?

Jak z pewnością wszyscy już wiemy, właśnie się rozpadło najwspanialsze małżeństwo na Ziemi i od dziś słowo „miłość” będzie musiało nabrać nowego znaczenia. Brad Pitt i Angelina Jolie, po 12 latach owego niezwykłego związku, w tym dwóch ostatnich lat jako mąż i żona, jak podają media, organizują swoje życie na nowo, jednak my wszyscy mamy nadzieję, że z tego nieszczęścia narodzi się dobro większe. Brad bowiem wraca do swojej poprzedniej ukochanej, aktorki Jennifer Aniston, natomiast Angelina postanowiła się związać z modelką, niejaką Jenny Shimizu. Szczególnie poruszające jest oświadczenie Brada Pitta, w którym czytamy: „Jestem niezwykle zasmucony, ale tym, co liczy się teraz najbardziej, jest dobro naszych dzieci. Uprzejmie proszę media, by dały im przestrzeń spokoju tak potrzebną w tych trudnych chwilach”. Wygląda więc na to, że Brad nie będzie miał nic przeciwko temu, by ich troje dzieci Pax, Shiloh i Zahara mieszkały z mamami, no i żeby Shiloh, która już jakiś czas temu została chłopczykiem, mogła nadal przedstawiać się imieniem John.
Ktoś pewnie zaraz powie, że to jest wszystko nieprawda, podobnie jak nieprawdą było tych 12 lat, które Brad i Angelina rzekomo spędzili ze sobą w serdecznym związku, te dzieci, ta dziewczynka o imieniu John i każda sekunda ich wspólnego, czy rozłącznego życia. Że to wszystko, co oni zrobili, lub nie zrobili przez te 12 lat, owe kolejne adopcje przeprowadzane gdzieś w Afryce, czy w Bangladeszu, te operacje biustu Angeliny, te okulary Brada, to wszystko jest dokładnie taką samą fikcją, jak wszystkie role, jakie w tym czasie zagrali w filmach, na czele z rolą Brada w „Bękartach Wojny”. Że wreszcie, każde wypowiedziane przez nich słowo w niezliczonych wywiadach i każda mina, jaką zrobili przez te lata do zawsze czyhających na nie kamer, to nic, jak czysta, niczym niezmącona nieprawda. A ja oczywiście nie mam najmniejszego powodu, by się z tym nie zgodzić. Nie zmienia to jednak faktu, że tak sobie o tej fikcji rozmawiając, pozostajemy w mniejszości i to w mniejszości niemal tak samo fikcyjnej, jak życie tych ludzi. Rzecz w tym, że nas tu tak naprawdę już od dawna nie ma.
Oto moja córka zwróciła mi uwagę na historię, która – w co ciężko uwierzyć – pod pewnym względem dotyczy fikcji jeszcze większej, niż życie Brada Pita i Angeliny Jolie. Oto gdzieś w Internecie pojawił się następujący obrazek znanego nam skądinąd Marka Raczkowskiego:


Żart jak żart. Dla jednych śmieszny, dla innych mniej, dla jeszcze innych, w ogóle nieistotny. To co jednak w nim zdecydowanie zwraca uwagę, to to, że ta pierwsza pani, jest ładna, ma ładne włosy, ładną buzię, a nawet ładny biust, tę drugą natomiast Raczkowski przedstawił w taki sposób, by ona tezę owego żartu tylko podkreślała, przez co możemy zaryzykować podejrzenie, że w ten sposób, przy całym swoim niewątpliwym talencie, Raczkowski zsunął się do poziomu propagandy wyznaczanego prze ruskiego „Krokoldiła”, czy naszą „Gazetę Polską”. Ale i to nie jest naszym problemem. Niech oni wszyscy zachleją się swoją nienawiścią na śmierć. Otóż prawdziwą rewelację stanowi fakt, że wedle relacji mojej córki, pod tym obrazkiem internauci rozpętali autentyczną debatę, w pewnym momencie przeradzającą się w awanturę na temat tego, która z narysowanych przez Raczkowskiego kobiet jest bardziej brzydka. W pewnym momencie napięcie osiągnęło taki stan, że niektórzy najzwyczajniej w świecie tę panią po prawej stronie zaczęli normalnie hejtować, pisząc, że jest obrzydliwa, że jej śmierdzi z ryja i że zamiast włosów ma parówki.
Córka moja, która chyba najwięcej z nas wszystkich udziela się na Facebooku, postanowiła zwrócić tym durniom uwagę na to, że to ta kobieta nie istnieje, że to jest tylko rysunek, w dodatku w całości wymyślony przez Raczkowskiego i że nie ma sensu jej hejtować. Na nic. Jedyna reakcją było to, że część tego hejtu została skierowana w jej stronę, a być może najbardziej merytoryczny komentarz brzmiał: „Aha, rozumiem, pewnie uważasz, że to jest spisek?” Reszta pozostała bez zmian i, jak sądzę, tam wciąż nawet teraz pojawia się ktoś nowy i próbuje najlepiej jak tylko potrafi ową kreskę obrazić, tylko dlatego, że ona jego zdaniem reprezentuje tak bardzo znienawidzony Kościół.
W tej sytuacji, ja się zastanawiam, cóż nam przeszkadza biedny Brad Pitt z jedną z jego żon, czy kochanek i ich córeczka, z której oni postanowili zrobić chłopczyka? W końcu, cokolwiek by o nich nie mówić, przynajmniej z biologicznego punktu widzenia, oni, w odróżnieniu od satyrycznego rysunku, są wciąż ludźmi. To co nas naprawdę powinno dotyczyć, to niewątpliwy fakt, że przez te wszystkie lata systematycznego prasowania naszych mózgów przez kulturę popularną, doszliśmy do tego, że nawet wtedy, gdy nam pozamykają te wszystkie galerie handlowe i znajdujące się w środku hipermarkety – nawet wtedy – pozostanie nam się gapić w obrazki i niewykluczone, że to nam w pełni wystarczy.
Rysunek Raczkowskiego jest komentarzem do niekończącej się dyskusji na temat legalizacji i zakazu aborcji, która dziś przeżywa swój kolejny renesans. W związku z tym, ja bym też może dorzucił tu swój komentarz, dość już stary, bo zamieszczony na tym blogu parę lat temu, jednak przede wszystkim wciąż aktualny, no a poza tym dotyczący tego co jest jak najbardziej realne. Otóż dziś jest tak, że problem legalizacji aborcji dotyczy tych absolutnie już wyjątkowych przypadków, kiedy to mamy do czynienia z ciążą bardzo zaawansowaną, a ktoś ma ochotę zamordować sobie dziecko, które na dobrą sprawę zdolne by było do samodzielnego życia. Cała reszta jest załatwiana przy pomocy tabletek na wrzody żołądka, gdzie jak byk jest napisane: „Niewskazane w czasie ciąży”. Jak mnie informuje znajomy ginekolog, dwie tabletki rozwiązują problem skutecznie i na czysto. Dopóki tego nie pojmiemy, równie dobrze możemy się gapić w obrazek Raczkowskiego i pluć na monitor.

Przypominam, że od kilku dni w księgarni na stronie www.coryllus.pl (do kliknięcia tuż obok) sprzedawana jest moja najnowsza książka, zawierająca między innymi, całość korespondencji, jaka w latach 2011-2014 miała miejsce między mną, a panią profesor Zyta Gilowską. Oprócz tego, w książce znalazł się cały szereg tekstów z tego bloga, zdaniem Pani Profesor – najlepszych.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Cały ten pop, czyli kto zabił Jolantę Brzeską

Stali czytelnicy tego bloga z pewnością wiedzą, jaki jest mój stosunek do współczesnej polskiej kinematografii, literatury, muzyki, polskiego aktorstwa, polskiej rozrywki, teatru, sztuki, polskiego dziennikarstwa i w ogóle całego tego systemu, który decyduje o tym, kogo należy przepuścić przez bramki, komu kazać czekać w poczekalni, a komu powiedzieć, żeby szedł w cholerę i więcej nie wracał. Dla kogoś, kto z jednej strony praktycznie przez całe życie był zanurzony w chłonięcie tego wszystko, co autoryzowane jest wyłącznie przez unikalny ludzki talent, a z drugiej czuł się na zawsze związany z poczuciem dumnej przynależności do jednego narodu i jednej ojczyzny, ów ból doświadczania tej nędzy, bywa naprawdę trudny do zniesienia. Tym bardziej więc, ile razy słyszę, że ktoś nakręcił naprawdę świetny film, nagrał znakomitą piosenkę, czy wydał wspaniałą książkę, w pierwszej chwili ogarnia mnie autentyczna wiara, że może faktycznie tym razem stanie się coś, co tę klątwę odczaruje. No i zawsze odchodzę jeszcze bardziej rozczarowany, niż poprzednim razem.
Od czasu jak prowadzę tego bloga, dwa razy zdarzyło mi się trafić na polskiego wykonawcę, który mnie autentycznie zachwycił, a który zdecydowanie należy do trzeciej z wymienionych przez mnie grup aspirujących artystów, czyli jest tym kimś, komu w pewnym momencie powiedziano, żeby spieprzał i się więcej nie pokazywał. Pierwszym z nich był człowiek występujący pod ksywą Schmaletz z piosenką pod tytułem „Rewolucyjne NSZ”.



Wysłuchałem tej piosenki i tego głosu i byłem pod takim wrażeniem, że napisałem specjalną, poświęconą owemu Schmaltzowi notkę. Schmaletz jakimś cudem notkę przeczytał, napisał do mnie krótki mail z podziękowaniem, zapewniając mnie jednocześnie, że on już jest zarówno poza branżą, jak też nawet poza jakimikolwiek planami, by się tam próbować ponownie dobijać. Zapytałem go, czy można gdzieś kupić jego płyty, których, jak się zdaje wydał kilka, jednak odpowiedział mi, że nic o tym mu nie wiadomo. I tyle.
Drugi raz, jak trafiłem na artystę moim zdaniem wyjątkowego, to był, również opisany przez mnie na blogu, przypadek kobiety o imieniu Jadźka. Jadźka to dziewczyna trochę z gór, trochę stąd, czyli ze Śląska, wówczas pracująca jako początkujący lekarz w Siedlcach, a jednocześnie muzyk, kompozytor, autor tekstów, piosenkarka i lider zespołu o nazwie Kidbrown. No i też oczywiście ktoś, komu podobnie jak wcześniej Schmaletzowi, powiedziano, żeby na nic nie liczył. Oto jedna z tych piosenek:



I oto nagle, na fali świeżego bardzo powrotu, wydawałoby się ostatecznie zamkniętej i przysypanej kurzem, sprawy zabójstwa Jolanty Brzeskiej, przypomniałem sobie piosenkę muzycznego duetu pod nazwą Kopyt/Kowalski, którą już kiedyś miałem okazję się zachwycić, a która jednak jakoś zatarła się w mojej pamięci. Z tego co nam wiadomo, ów Kopyt/Kowalski to tandem ideologicznie zbliżony do owych neo-komunistycznych warszawskich środowisk spod znaku Krytyki Politycznej, a zatem ktoś może mi powiedzieć, że ja, jako stary punk, demonstruję swoje stare kompleksy, nie zmienia to jednak faktu, że ja autentycznie uważam, że Kopyt/Kowalski to coś, czego w na tej biednej scenie jeszcze nie było. Ich piosenka zatytułowana „Kto zabił Jolantę Brzeską”, to zarówno w warstwie muzycznej, tekstowej, jak i czysto wykonawczej, prawdziwa rewelacja. No ale i tu, podobnie jak w wypadku Schmaltza, czy zespołu Kidbrown, mamy do czynienia z kompletną blokadą. Ja nie wiem oczywiście, jak to się stało, że oni na swoim koncie mają zaledwie parę piosenek, ani też w jakim stopniu to, że z tego nic nie wyszło, to wina systemu, a w jakim ich ewentualnej gnuśności, ale doświadczenie mi mówi, że oni tu akurat nie mieli nic do gadania. Chcę wierzyć, że oni w pewnym momencie autentycznie zrobili wszystko, co trzeba, a co jest etycznie dopuszczalne, by odnieść sukces, jednak zwyczajnie nie zostali za te bramki wpuszczeni.
Słuchałem wczoraj tej piosenki o zabójstwie Jolanty Brzeskiej, wsłuchiwałem się w naprawdę świetny tekst, oglądałem naprawdę porządnie i z prawdziwym smakiem zrobiony clip, raz, drugi, trzeci, i za każdym razem nie opuszczała mnie ta smutna myśl, że cokolwiek by oni zrobili, na samym szczycie i tak będzie Monika Brodka ze swoją najnowszą płytą i ten idiota Devendra Banhart, na którym ona zrobiła takie wrażenie, że on się przy niej poczuł… taki malutki.
Posłuchajmy więc na koniec Kopyta i Kowalskiego i miejmy przynajmniej tę satysfakcję, że zanim umrzemy, zobaczymy to ludzkie ścierwo, jak w tych swoich garniturach i krawatach wysiadają z radiowozu, a grzeczny pan policjant przytrzymuje im łby, by sobie przypadkiem nie nabili guza. Przynajmniej to.



Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...