piątek, 6 lipca 2012

Frywolitkowałam...

Poszłam na zorganizowany kurs, na którym poniosłam koszmarną porażkę! NIC! Normalnie ztumaniałam do reszty! NIC! Kruca, umysł mi się zlasował przez upał, czy jak?
Przyszłam do domu, myślę sobie, Susan, przecież ty łeb masz nie na wszy. Jeszcze tak nie było, żeby tak NIC! Ale na pewno NIC?? Susan, przecież to dzierganie było... a ty NIC??? A ty się nie zrywasz? Szabli nie chwytasz?? Na koń nie siadasz???

Spać spokojnie nie mogłam ;)

Następnego dnia przystąpiłam do działania.Rozłożyłam w całym domu literaturę przedmiotu. Włączyłam youtuba. Miłosiernie pominę mocne słowa, od których puchły kocie uszy. Oraz rzucanie różnymi przedmiotami. Niekoniecznie w koty.

Niezbyt imponujący efekt osiągnęłam 2 dni później... DWA DNI!!! Skretyniałam jak nic.
Gdybym brała udział w Tusalu, zapewne wygrałabym w przedbiegach...

Koszmarny krzywulec. Dlaczego go publikuję i się nim chwalę? Publikuję, ponieważ szybko za następny się nie wezmę ;) A nie chwalę się tylko przestrzegam ;)




Po domu biegają mi teraz 2 pary ogromnych uszu, do których przyczepione są koty. Myszy, ani karalucha nie uświadczysz!

Kochane frywolitkujące koleżanki!

Szapoba! Szacun! Jesteście mistrzyniami świata!

czwartek, 5 lipca 2012

Nadmorskie krze ;)

Kocham morskie klimaty a polskie morze kocham miłością przeogromną. No bo, powiedzmy sobie szczerze, czy ktoś może przejść obojętnie obok takiego widoku...


Była nawet burza z piorunami i przepiękny sztorm, ale niebo później...


No i ten bezkres...Można sobie całe życie przemyśleć, poukładać, a kto wie, czasem i polubić ;)
Niesamowicie ładuję swoje akumulatory, dlatego bardzo się cieszę, że w tym roku czeka mnie jeszcze jedna delegacja.

Dlaczego piszę delegacja, a nie zielona szkoła? Przecież piszę tu na blogu o swojej pracy w szkole. Czy się wstydzę?
Nie.
Dla uczniów wyjazd na zieloną szkołę ma być wypoczynkiem, radością, wypełnionym zabawą i atrakcjami. Dla nauczycieli to (czasem) ciężka harówka. Dlaczego "czasem"? Ano bo niektórzy są pomylonymi masochistami i takie wyjazdy lubią. Ale nawet tacy co lubią wymiękają, gdy połowa grupy się pochoruje (tak jak to było w tym przypadku). Gorączka 39 stopni i to nie u jednego ucznia, ryzyko podawania leków, nocne czuwanie przy chorych, wzywanie lekarzy... Czysty masochizm po prawdzie.
Dlatego korzystam z przywileju i wybieram takie miejsca, które mnie nie pognębią, ale spowodują, że jednak znajdę siłę i pokonam przeciwności. Nad polskim morzem (far far away from home) nie straszne mi nic. Nie wiem co magicznego jest w tym widoku, ale nawet 3 uszkodzone nogi (w tym moja) 12 gorączek i zapaleń gardła/angin (w tym moje), oraz jedna żołądkówka ( na całe szczęście nie moja!) nie była w stanie mnie pokonać ;) Choć po prawdzie po powrocie odchorowałam wszystko, cały dzień robiąc za pół trupa. Zawsze tak jest po powrocie. Opadają emocje i człowiek trupieje ;)

Jak to mówią "co nas nie zabije to nas wzmocni..." Oczywiście nie wytrzymałam i nauczyłam dzieci robić na szydełku. Jak "wspaniałą" jestem nauczycielką można się przekonać dzięki poniższym zdjęciom...



A teraz małe wyjaśnienie. Łańcuszek opanowali wszyscy, paru oczka ścisłe, 3 doszło do półsłupków, jeden nawet do słupków (brak tego na zdjęciu). Dlaczego tak mało? Ano pogoda była jak drut! Jeden dzień tylko lało ;)

Na pociechę odwiedziliśmy takie miejsce:


To już chyba każdy wie, gdzie byłam ;)

P.S. No i oczywiście kibicowaliśmy Polakom!