Jak wiadomo - pośpiech jest wskazany przy łapaniu pcheł.
W innych dziedzinach życia nie zawsze jest pożądany.
Szczególnie, jak się uprawia partyzantkę. Mam tu na myśli moją starszą latorośl.
Sytuacja, którą opiszę miała miejsce w poniedziałek 2 tygodnie temu.
Chodziłam wtedy na rehabilitację.
Poniedziałek był najtrudniejszym czasowo dniem.
Ania kończy tegoż dnia swoje liczne zajęcia późno i do domu przywożę ją ok 16:45. Do wyjścia na rehabilitację miałam ok. kilkunastu minut, w których to musiałam zmieścić nakarmienie małolaty, ogarnięcie się z grubsza i wydanie dyspozycji na resztę popołudnia i wczesny wieczór.
Potem dawałam w długą, co koń wyskoczy na parę godzin mając nadzieję, że JAKOŚ sobie dadzą radę bez mamuśki ;-)
Siłą rzeczy nie miałam czasu, żeby sprawdzić pannie drugoklasistce lekcje. Więc obowiązek ten beztrosko zepchnęłam na moje pomocne dziecko starsze (no w końcu po coś ją se urodziłam te 19 lat temu!).
Tak więc przed wyjściem poprosiłam moją Rabarbarę o sprawdzenie lekcji małej.
Rzeczonej małej przykazałam co następuje:
-Masz pokazać, co zrobiłaś, masz ją pytać jak czegoś nie wiesz, masz się jej słuchać. Jak wrócę, lekcje mają być odrobione, ty masz być spakowana na jutro i masz być po kolacji i umyta! Dziadka też masz słuchać!
Tak, tak! Personalnie muszę wymieniać, bo jak kogoś pominę, to bezczel mały tłumacząc się z niesubordynacji mówi:
-No przecież o dziadku, Asi, tacie (niepotrzebne skreślić) nie mówiłaś!
Tak więc, kiedy rodzina była już ustawiona, a dyspozycje skrupulatnie wydane, pojechałam z domu precz.
Po powrocie powędrowałam do moich panienek zameldować swój come back.
Pokój Rabarbary zastałam pusty. Tzn. tradycyjnie panował w nim bajzel, ale właścicielki pierdolnika nie było.
Więc zajrzałam do pokoju młodszego szczęścia.
Ania faktycznie była już po kąpieli, siedziała na łóżku (nie powiedziałam wszak nierozważnie i przez gapiostwo, że ma leżeć pod kołderką!), radośnie machając bosymi stopkami.
A światłość z niej biła wręcz oślepiająca i mocno podejrzana... Nie mam tu bynajmniej na myśli czystości...
Przy jej osobistym biurku siedziała Asia i coś pilnie smarowała, aż ołówek zgrzytał.
-A ty co? Lekcje za młodszą odwalasz?
Cisza...
Tylko ołówek przyspieszył biegu, a Ania rozbłysła jeszcze jaśniej i wydała z siebie ukradkowy chichocik...
Więc zaintrygowana podeszłam do biurka i zobaczyłam, co tak pilnie smaruje Baś...
Oczom mym ukazała się kartka rozmiaru A4 z działaniami na dodawanie i odejmowanie w zakresie do 100...
Lwia część była już rozwiązana. Przez Asię rzecz jasna.
Zdębiałam. Zanim mnie oddębiło starsza córcia przemówiła:
-Bojaniezauważyłamżejeszczetomazrobićalezobaczilesamawcześniejodrobiła!sama!bezbłędu!polski
teżbezpomyłekategoniezauważyłamtojużjejzrobiębojużpóźno
I macha mi przed nosem stertą innych kartek skrupulatnie zapełnionych cyferkami przez Anię.
Aś nadaje z prędkością światła, więc żeby oddać chociaż częściowo wodospad informacji, jaki na mnie chlusnął bez ostrzeżenia, celowo napisałam wszystko ciurkiem.
-A rysunek też za nią pokolorujesz? - zapytałam lekko zdruzgotana słowotokiem.
Tu obie dziewczyny zarżały końską manierą i równie zgodnie zaprzeczyły:
-Nieeeee!!
-Aha! To w takim razie Ania pouczy się za ciebie?
-A proszę bardzo! Klasówkę jutro mam z logarytmów.
Mała się ożywiła:
-Asia! A co to są logarytmy? To chyba trudne?
-Trudne - potwierdziła starsza siostra z wyższością, trzaskając kolejne banalne działania zadane ośmiolatce.
-Aaaaa - powiedziała mała z nabożeństwem, sprowadzona do poziomu zero, wpatrzona jak w obrazek w swoje Guru...
Wyszłam od nich, mamrocząc coś pod nosem o domu wariatów...
Powędrowałam sobie dla relaksu do komputera.
Po pewnym czasie przyszła do mnie Asia i mówi:
-Załamałam się...
-Co? Nie dajesz rady? Działania do stu cię przerosły? weź kalkulator - poradziłam litościwie.
-Nie. Chociaż chyba tak... Siedzę u siebie i słyszę:
Asia! Pomyliłaś się! Tu powinno być 57, a nie 67. Za chwilę:
Asia! A tu to jest minus, a nie plus! Ty znaków nie odróżniasz! Więc się wkurzyłam i poleciałam do małolaty i... Faktycznie! Źle policzyłam! Mało tego! Sprawdziłam resztę i jeszcze trzy byki znalazłam!
-Hehehe! Pośpiech?
-No! I tu widać to, co wszyscy matematycy mi mówili - ZA SZYBKO!!!
Fakt - Asia podobnie jak ja - robi dobre działania, a potem na pastwisku pasie się jej 5 i 1/3 krowy...
Pośmiałyśmy się luzacko i młoda poszła.
Nie na długo...
Wróciła szybciej, niż wyszła. Z rykiem (prawie)!
-MAMOOOOOO!!!!! BUUUUUUUUUUU!!!! Ja tam nie wrócę!!! Ta smarkula stoi na schodach i się drze:
Asia! Szóstki od czwórki TEŻ nie odróżniasz!!
I tak oto z hukiem runął mit doskonałej pod każdym względem starszej siostry...
Jak to powiedział poeta?
IDEAŁ SIĘGNĄŁ BRUKU!! :-D
Nie wiem jak Aś odbuduje swój autorytet w oczach młodszej siostry. Ciężko jej będzie. Chociaż w sobotę ma szansę. I to dużą. Ale jakoś nie chce z tego skorzystać.
No cóż - nie mój cyrk - nie moje małpy ;-)
A teraz na zakończenie prezentuję Wam zakonnicę w ubraniu

Stringów nie ma! I mieć nie będzie! Zrobiłam! A jakże! Tyle, że na jej dupsku każdy fason wyglądał jak pas zawodnika sumo :-/
Więc stwierdziłam, że trudno - wiatr jej będzie hulał pod kiecką, a tyłek jej nie zmarznie, bo i tak głównie śpi u Ani w łóżku ;-)
Ale skoro już wyciongłam frywolne akcesorium, to się wzięłam i zaczęłam robić nówki na uszy i szyję:

Wzór oklepany do bólu, ale za to kordonek mam nowiutki i apetyczny :-)
Srebrny i rewelacyjnie się nim robi. Mam już więcej różnych modeli, ale pojedynczych . Więc nie pokazuję póki co "jednych" kolczyków ;-)
Jak dorobię, to obiecuję, że się będę lansować! A co! ;-D
No i na zakończenie bardzo miłe dla mnie sprawy.
Jak już wcześniej pisałam wygrałam zabawę blogową u
Che-li i kilka dni temu przywędrowała wygrana

A drugie candy zaowocowało takim pięknym notesikiem od
Ani
Baaaardzo się cieszę, że w końcu coś wygrałam! A do tego te COSIE są takie śliczne!!
Dziękuję za cierpliwe czytanie :-)
A następną razą będzie "policyjnie" ;-)